TOMASZ CYZ, Redaktor jest dość samotny – rozmowa z Barbarą Toruńczyk

„Autor w życiu redaktora istnieje bardzo mocno, co nie oznacza, że to związek ze wzajemnością. Redaktor stawia na autora, czuje w nim coś i pragnie, żeby się to zrealizowało. I może się w tym swoim chceniu posuwać niekiedy za daleko” – mówi redaktor naczelna „Zeszytów Literackich”

TOMASZ CYZ: Basiu, zapytam wprost: chce ci się jeszcze?
BARBARA TORUŃCZYK:
Nie mam okazji ani czasu na wahanie. Dużo mnie jednak denerwuje – to, co dzieje się z książkami, stosunek mediów do autorów. Ale nerwy działają podniecająco, to rodzaj ostrogi. Sytuacja, kiedy klasyczni wzorcowi wydawcy, z pewnymi tradycyjnymi przywiązaniami do tego fachu, mają chwile załamania, słabości, choć oczywiście się z tym nie obnoszą – spina mnie. Jestem człowiekiem walki, frontu.

To z czym teraz chcesz walczyć?
Z ogólną niemocą kultury. Taki stan wielu mobilizuje. Miejsce dla mnie jest tu, gdzie jestem – czyli przy autorach, żeby mieli forum, na którym mogą istnieć, byli szanowani i spotykali się ze zrozumieniem. Chcę przy tym wytrwać, w inne sprawy włączam się na tyle, na ile mogę. A mało mogę.

A chciałabyś?
Nie bardzo, trochę się rozczarowałam. Choć ostatni czas uważam za przełomowy, bo obudziło się coś, co można nazwać ruchem obywatelskiej samoobrony, nie tylko w kulturze zresztą. To autentyczne zaangażowanie, zaczęło się samo z siebie, na różnych polach.

Czyli polskie społeczeństwo po 20 latach dojrzało…
Zawsze znajdzie się generacja, której nie wystarcza mądrość poprzedników. I to prawdopodobnie dzieje się właśnie teraz. Być może zbyt stanowczo obstawaliśmy przy zasadzie, że skoro udało się stworzyć tę nową Polskę, to trzeba ją chronić, również przed krytyką. Ale tak nie można za długo. Przychodzą nowe pokolenia, o innych aspiracjach. To są inni ludzie, reagują zgodnie ze swoim układem nerwowym i mi się to podoba. Na tej fali obudził się ruch obywatelski w kulturze, w internecie z okazji ACTA, jeszcze wcześniej w obrębie Kościoła, w obronie godności. Na ogół takie ruchy szybko się instytucjonalizują i przyjmują kryteria polityczne albo stają się sprawą środowiskową. Ale nie giną bez śladu.

Kim jest redaktor? 
Mogę mówić tylko w odniesieniu do takich redaktorów, z którymi się zetknęłam, których identyfikuję i chcę iść w ich ślady. To na pewno ma dużo wspólnego z powołaniem i dawnym uprawianiem rzemiosła, tu obowiązuje bardzo osobisty stosunek do ludzi, do ich dzieł, szacunek dla reguł zawodu, które rządzą światem autorów — reguł artystycznych. To trzeba rozumieć. Kiedyś wydawało mi się, że redaktor jest kimś na wzór dyrygenta. Byłam raz świadkiem dyskusji, kiedy ktoś ze świata nieartystycznego powiedział: „Nie rozumiem, po co są dyrygenci”. Starałam się wytłumaczyć, że to ktoś, kogo obowiązuje zapis muzyki, potrzeba jej odtworzenia i dania głosu instrumentom, żeby się zgrały, żeby w wyniku tych działań powstał jakiś wspólny świat, który ma siłę przyciągania. I ktoś, kto stara się przede wszystkim o zachowanie lojalności wobec twórcy tej muzyki. Redaktor to taki niewidzialny dyrygent. Albo metronom, który reguluje rytm, sposób zachowania, myślenia, ale sam nie odgrywa w tym roli. Niezauważalnie pomaga autorowi w ustawieniu głosu.

Jest na to jeszcze miejsce w świecie cyfrowym, w sieci?
Internet to jeszcze inna sprawa. Zgadzam się, że żyjemy w bardzo specyficznym momencie, ale takie bywały już w historii kultury, choćby podczas przełomu Gutenbergowskiego i przejścia z gęsiego pióra na czcionkę. Czy to zapoczątkowało inne istnienie dzieła literackiego, odmienny sposób myślenia o świecie? Może w jakimś stopniu, ale są to hipotezy niesprawdzalne. Istotne jest co innego — to, że wspaniałe dzieła powstawały w różnych epokach, miały moc porywania innych, i ludziom kultury zawsze chodziło o to, żeby przetrwały i nadal oddziaływały. Internet równie dobrze może przyczynić się do tego, żeby coś przetrwało i się rozpowszechniło, jak czcionka. Choć na pewno dziś wszystko jest bardziej umasowione. Jak ktoś ma dostęp do internetu, może mieć miliony odbiorców. Ta masa tworzy wielką siłę, nie wiadomo zresztą jaką. Mam nadzieję, że świat literatury i świat komputera, internetu, uporządkują się i znajdą własny rytm, własne miejsce. Ta nowa kultura ma jednak kilka groźnych cech: arogancja, poczucie siły, to, co się czasem nazywa „nowym barbarzyństwem”, anonimowość, masowość, nerwowość, przymus natychmiastowej reakcji, stawianie na spontaniczność, likwidacja postawy dystansu i namysłu… Kształtuje się inny sposób myślenia — powierzchownego na kształt internetowy, łączącego dane w sposób liniowy, bez zgłębiania sensu rzeczy. Metafizyka i jej pytania do świata oddalają się. Uważne przyglądanie się tematowi, wnikanie weń — również. Ci, którzy nawykli do myślenia tradycyjnego, zgłębiającego sens rzeczy, introwertycy wszelkiej maści, którzy nie lubią przyłączać się do masy, czyli też do internetowych platform istnienia, w pewnym momencie mogą się poczuć zagrożeni, bezsilni, obcy w świecie nowych technik. I dlatego tak bardzo potrzeba miejsc, gdzie panuje inny styl myślenia i reagowania na świat.

Ale może taki jest właśnie ten dzisiejszy czas? Może zmienił się model świata?
No tak, ale nawet, jeśli przyjmujemy taką diagnozę, to nie znaczy, że wszystko, co ta zmiana przynosi, jest dobre. Swego czasu wyznawcy światopoglądu postępowego uważali, że nowe jest „z natury rzeczy” lepsze. Teraz mamy recydywę takiego myślenia w odniesieniu do wynalazków technicznych, zwalniających użytkowników od kontemplacji, namysłu nad światem czy od odpowiedzialności za słowo. A może taka diagnoza to swoiste alibi, ułatwiające rozstanie z kulturą, refleksją o życiu, jego sensie? Przecież to nie kwestia rozeznania sytuacji, tylko kwestia wiary, że oto nagle zmienił się świat i przeszłość należy wyrzucić za burtę. To na ogół samosprawdzająca się diagnoza: im bardziej się w nią wierzy, tym bardziej następuje umacnianie się zachowań ją potwierdzających. W czasie wojny w Warszawie dwudziestoletni poeci dochodzili do wniosku, że zmienił się świat, triumfuje siła, kultura humanistyczna przegrała, objawiła swoją nicość, słowem: literatura jest nieważna, trzeba strzelać, a Polska ma stać się mocarstwowa albo zginie. Miłosz (i nie tylko on) uważał takie stawianie sprawy za groźne. Już pomijając aspirację do roli światowej potęgi, czyli, po przetłumaczeniu na pojęcia użyte w naszej rozmowie, do zajęcia dobrego miejsca w „nowym modelu świata”… Przecież kultury nie uprawia się zrywami, wtedy, kiedy ktoś orzeknie, że ,,już można”. Fundamentem kultury jest uporczywość wysiłku twórczego i żaden internet tego nie zmieni ani od tego nie uwolni. A zatem internet o tyle jest niekorzystny dla procesu twórczego, że towarzyszy mu przeświadczenie, iż tworzyć i myśleć trzeba szybko, od razu, dla efektu, a o wszystkim, co odmienne — zapomnieć, bo to przestarzałe, staromodne, nie mieści się w „nowym modelu świata”.

Chciałaś być redaktorem?
To się stało przez przypadek. Nie myślałam, że mam do tego szczególny pociąg. Zakładając „Zeszyty Literackie”, nie widziałam siebie jako redaktora naczelnego, myślałam, że tworzę pismo, które jest potrzebne, ale poprowadzi je ktoś inny. Przedtem robiłam „Zapis” – byłam typowym sekretarzem redakcji w warunkach polowych, kimś od spraw technicznych, od tego, żeby pismo powstało i było upowszechniane. Coś tam oczywiście wkładałam od siebie, ale nie myślałam, że jestem pełnoprawnym redaktorem tego pisma. Redaktorem był Wiktor Woroszylski, to było jego pismo. Potem współpracowałam jeszcze między innymi z „Res Publiką”, „Biuletynem Informacyjnym KOR”, NOW-ą. To był sposób istnienia opozycji demokratycznej – tworzenie pism i instytucji intelektualnych, jak Towarzystwo Kursów Naukowych. Ale nie myślałam, że jestem do tego jakoś powołana.

Podczas spotkania w radiowej Trójce w listopadzie wspominałaś słowa Kota Jeleńskiego o tym, że z Polski do Francji to przyjeżdżają sami redaktorzy…
Zapamiętałam te słowa. Powiedział jakoś tak: „Jakie to jest zastanawiające, Basiu, że jak tu, na Zachodzie, jest ktoś młody i ma temperament, to jest artystą. A jak ktoś przyjeżdża z Polski i ma temperament, to jest redaktorem albo politykiem. Jak to jest?”. To było trafne spostrzeżenie. Dzisiaj sądzę, że była to także uwaga pod moim adresem, bardzo osobista, żebym się zastanowiła nad sobą.

Przypadek przypadkiem, ale tkwisz w nim już dobrych kilkadziesiąt lat.
Gombrowicz, jak dawał lekcje pisania i życia, mówił: rób jedną rzecz, ale rób ją dobrze. Mnie się wydaje, że spektrum talentu jest zawsze szersze niż to, w czym się człowiek realizuje. Przypuszczam, że mogłabym robić inne rzeczy, chociaż będąc przez te 30 lat redaktorem naczelnym „Zeszytów Literackich”, nie myślałam o tym. Może gdybym wybrała inną drogę, na przykład naukową, miałabym większy spokój. I miałabym może więcej satysfakcji, takiej wymiernej. Oczywiście wolno sądzić, że jak warunki są ustabilizowane – nie w sensie bytu pisma, bo to jest ciągle nieustabilizowane – ale te najszersze, to znaczy: z Polską jest spokój, panuje wolność, demokracja, kulturą rządzą powołani do tego urzędnicy, to wojownicy mogą odpocząć. Ale właśnie wtedy okazuje się, że nie. Mrożek napisał do mnie kiedyś taki list: Polska już wywalczona, święta sprawa załatwiona, mamy niepodległość, i on teraz bardzo potrzebuje odrobiny elitaryzmu, bez którego nie może się odnaleźć w świecie.

Pamiętam, jaki impuls mną kierował, gdy wyrwałam się wreszcie na Zachód, z tego życia podziemnego i opozycyjnego, po 13 latach czekania na paszport. Moją największą potrzebą było coś zrobić. Żeby wreszcie to, co można zrobić, przestało być unicestwiane, przestało rozsypywać się w rękach. Chciałam robić coś, co się sprawdza, daje poczucie efektywności. Mam to do dzisiaj: drażni mnie robienie czegoś pozornie. To pewnie pomogło mi się zabrać za stworzenie pisma. Bezwładność ludzi wychowanych w socjalizmie do dziś mnie intryguje. Ci wspaniali ludzie, tacy zdolni, inteligentni, nie zawsze są spełnieni. Jest bardzo dużo usprawiedliwień, które musimy rozumieć, bo rzeczywiście tamten czas był trudny. Ale istnieje też rodzaj specyficznego niedowładu, niemożność skończenia podjętej sprawy, uporania się z materią życia. No i straszny spadek tamtego systemu: niezdolność do brania na siebie odpowiedzialności, a nawet do dokonywania wyborów. Tamten system zniekształcał ludzi i to po części spływa też na ich dzieci. Żeby coś ze sobą zrobić, trzeba było bardzo dużego zbiegu pozytywnych okoliczności – i samozaparcia.

Czy ten gest powołania na emigracji nowego pisma był odbierany jako barbarzyński? Może dziś na to tak nie patrzymy – można przecież w internecie, na Facebooku, ogłosić manifest i już. Ale stworzenie pisma w 1981/82 roku było próbą opisu świata i jego wyboru.
Odpowiedź chyba nie do mnie należy. Nie wiem, jak to było odbierane. Byłam skoncentrowana na tym, co robię, wierzyłam w to. Dochodziły mnie nieprzyjazne komentarze. Ale nie chciałam o tym nic wiedzieć, nie pozwalałam sobie przekazywać takich informacji – tak jak się to robi wobec plotki czy donosu towarzyskiego. Nie chciałam się zatruwać i wiedziałam dlaczego – właśnie po to, żeby móc zrobić to, co chciałam zrobić.

To jak gest artysty, który stara się być głuchy na krytykę.
Żeby coś powołać do życia, trzeba mieć twórczy stosunek do rzeczywistości. Ludzie tego pozbawieni po prostu nie rozumieją, że może powstać coś nowego na ich oczach i że to ma sens. Nie widzą dla tego miejsca, ponieważ to nie istniało. Być może odezwał się we mnie ten twórczy stosunek do rzeczywistości.

Jakie były Twoje pierwsze refleksje po powstaniu „Zeszytów”?
Na początku czułam, że to ciągle nie jest to. Ma się jakąś wizję tego, co się chce osiągnąć, ale w przypadku pisma to się konkretyzuje w ludziach, co jest bardzo złożoną sprawą. Redaktor jest pośrednikiem między światem artystycznym a rzeczywistością – i są tutaj duże ograniczenia. Nie każdy pisał, nie każdy autor był dostępny. Może dopiero przy dziewiątym numerze miałam poczucie, że pismo weszło na swoją drogę. Na początku uważałam też, że jeśli przetrwa pięć lat, to będę zadowolona. Nie sięgałam dalej wyobraźnią. Miałam inne plany, chciałam zrobić doktorat i mogłam o to zabiegać, ale nie mogłam połączyć jednego z drugim, co szybko zrozumiałam. Gdy założyłam pismo, rzuciłam studia doktoranckie i pomyślałam: może wrócę do tego za pięć lat? Na początku miałam ten bodziec, że jak się zrobiło pierwszy numer kwartalnika, to po trzech miesiącach musi się ukazać punktualnie numer drugi, później trzeci i czwarty, żeby zamknąć rok. A potem trzeba zdobyć pieniądze na następny rok, bo to nie może być humbug, niemowlę, co ledwo zakwiliło, to upadło. No i że czas też tego wymaga, bo w Polsce po roku nic się nie wyjaśniło. 

Zwrotnym momentem było przeniesienie „Zeszytów” do Polski. Czy to się stało wskutek zmian, które nastąpiły w kraju?
Chciałam zapewnić pismu dalsze trwanie w nowych warunkach. Polska była już niepodległa i bardzo szybko zrozumiałam, że to koniec emigracji. Pisarz, który tworzy po polsku, musi mieć wydawcę w kraju, jeśli ten kraj jest wolny. Przestał istnieć powód, dla którego „Zeszyty” istniały za granicą. Ale nie przestały istnieć powody, dla których tego rodzaju twórczość była potrzebna i ważna. Emigracja miała bardzo silną tradycję historyczną, po wojnie głównie dzięki „Kulturze” paryskiej, dzięki jej pisarzom. Ci ludzie nas ukształtowali. Ich sylwetki były enigmatyczne, koleje losu nieznane; istniała potrzeba złączenia tego, co nazywało się literaturą krajową, z literaturą emigracyjną. A raczej zakorzenienia tej wizji literatury, i szerzej, kultury europejskiej, która powstała na emigracji i dla nas stała się wzorcowa, w kraju przeżywającym nawrót potężnej fali romantyzmu. Chodzi o dość uproszczone łączenie moralności obywatelskiej, politycznej, z zasadami pisania. Bunt przeciwko temu był dla mnie pierwszym impulsem w młodości. Dorobek „Kultury” był pod tym względem zobowiązujący. Uważałam, że należy tę bakterię kultury wyhodowaną na emigracji przenieść w postaci szczepionki do kraju. Najprostsze było zamknięcie pisma i tak postąpiły w zasadzie wszystkie pisma emigracyjne. Z wyjątkiem paryskiej „Kultury” i „Nowego Dziennika”, który był pismem Polonii amerykańskiej, niewiążącej swojej przyszłości ze zmianami w kraju.

A jak dzisiaj czujesz tę zmianę po 1989 roku? Bo „Zeszyty” cechuje trwanie przy kulturze i nieangażowanie się w postępujące procesy.
Chodzi o to, gdzie są zakorzenione te procesy, z jakiej gleby czerpią. W okresie opozycji demokratycznej inspirowało nas pogłębione widzenie spraw świata, spraw człowieka. Myślenie o przyszłości, Polsce, Europie, demokracji, wolności potrzebuje żyznego gruntu i uważam, że „Zeszyty” są bardzo głęboko zaangażowane w tworzenie takiego gruntu. Bo bez tego mamy tylko degenerację świata politycznego, świata czynu, nawet kiedy chodzi, jak była mowa, o internet czy sposoby komunikowania się ludzi między sobą. Zerwanie ciągłości pomiędzy światem nowoczesnej polityki – i szerzej, upowszechnianych wzorów bycia w świecie – a kulturą, uważam za rzecz złą.

Kim jest autor?
Autor to człowiek, o którego redaktor musi się bić. Redaktor stawia na jakiegoś autora, czuje w nim coś i pragnie, żeby się to zrealizowało. I może się w tym swoim chceniu posuwać bardzo daleko, niekiedy za daleko. Bo autor jest kimś, kto żyje i rozumie świat po swojemu. Czy tu jest wzajemne zrozumienie? Niekoniecznie, autorom trzeba pozwolić myśleć po swojemu, to oni są najważniejsi, to oni posiedli sekret twórczego podejścia do świata. Podstawą tego związku jest zaufanie do autora i jego talentu. Autor w życiu redaktora istnieje bardzo mocno, co nie oznacza, że to związek ze wzajemnością. Być może więc nie jest bezpiecznie odpowiadać na to pytanie.

W wydanej na jubileusz książce „Żywe cienie” opisujesz swoje kontakty z autorami. Jacy oni byli?
O dobrym starcie „Zeszytów Literackich” zdecydowało poparcie takich ludzi, jak Miłosz, Jeleński, Czapski. Ich bezinteresowność i gest. Być może zaważyły tu ich doświadczenia, bo im było bardzo trudno zaistnieć i realizować się w języku polskim. Rozumieli potrzebę tego pisma i rozumieli – być może lepiej niż ja – trudności, wobec których stałam i nadal stoję, niebezpieczeństwa i zagrożenia. Ich współpraca była całkowicie bezinteresowna, w sensie dosłownym. Miłosz nigdy nie wziął grosza, a przecież on miał poczucie pieniądza i żył przez większość swojego życia w nędzy lub dość skromnie. To były wielkie gesty. Józef Czapski, kiedy nikt nie wierzył, że to się może udać, w księgarni przy bulwarze Saint-Germain podpisywał z nami pierwszy numer „Zeszytów”, w którym ogłosiliśmy fragment jego dziennika. On przyszedł do nas być może dlatego, że rozumiał więcej niż my. My tylko stwarzaliśmy szansę. A on chciał drukować swoje dzienniki i nie miał gdzie.

Miłosz, niezwykle płodny, również miał wielkie trudności z istnieniem w języku polskim. Od początku pomagał mu Giedroyc, który jednak nigdy nie wydał jego wierszy wybranych, a poecie to jest potrzebne, żeby zobaczyć siebie w tym lustrze. Miłosz odczuwał potrzebę wydawcy literackiego w języku polskim. I to znowu byliśmy my. Pojawiliśmy się z pomysłem, który on miał od dawna. Jeleński dzielił się po każdym numerze swoimi ocenami. 

Ci ludzie mieli świadomość – być może większą niż ja – jaką lukę wypełnia to pismo. Musi tu paść nazwisko Stanisława Barańczaka, z którym wymieniałam kilka listów w tygodniu. To człowiek niezawodny. Jego twórczość w tym czasie ulegała zmianom, był też tłumaczem poezji z rosyjskiego i angielskiego, cieszył się wielkim uznaniem jako krytyk i publicysta w USA, wykładał. I przy tych wszystkich jego obciążeniach czułam w nim stuprocentowe oparcie. W „ZL” swój drugi głos uzyskał Adam Zagajewski. Bardzo mi pomagali. Miałam w nich też niezawodną pomoc w staraniach o byt, o autorów. Inni, jak Wojtek Karpiński, byli i są niezastąpionymi doradcami.

Teraz w Polsce poznaję kolejne pokolenia, ci młodzi autorzy są jednak inni. Mają poczucie, co im się należy, co dla nich trzeba zrobić. To bardzo jednostronne myślenie. I dość często towarzyszy temu odwrócone widzenie. Z jednej strony godzą się z tym, że literatura utraciła w życiu publicznym rolę centralną i przekształciła w zjawisko marginesowe, podoba im się to, sami podejmują tematy marginesowe, intymne. A jednocześnie żądają dla siebie splendoru, tuby, która ma potęgować ich głos do nie wiadomo jakich granic. Interesują ich wielkie nakłady, pierwsze strony kolorowych magazynów. Przy czym w ich wizji świata rzeczywiście nie ma poczucia, że to oni są elementem tego świata. Wolą być światem samym dla siebie. Z jednej strony więc ich żądania, ambicje są niczym nie hamowane, z drugiej – na ogół nawet nie usiłują zobaczyć siebie z dystansu, w szerszym planie kultury, społeczeństwa. Może widzą siebie na planie rodziny, było parę karier literackich tego typu: pierwsza miłość, pierwsze dziecko… Oczywiście, są też autorzy inni. Wielkim przeżyciem jest dla mnie najnowsza książka Magdaleny Tulli, ogromnie cenię Mikołaja Łozińskiego, zaintrygował mnie „Saturn” Jacka Dehnela, jestem bardzo ciekawa przyszłych losów Doroty Masłowskiej. Debiut i rozwój pisarski Adama Szczucińskiego na naszych łamach należy do moich najpiękniejszych doświadczeń życiowych, stale mnie krzepi. Obserwowanie drogi Marka Zagańczyka również. Ogromne nadzieje wiążę z Tomaszem Różyckim. Wielkie bywają satysfakcje redaktora, szkoda, że nie znalazły swojego języka, bo to wspaniały temat.

To jeszcze raz: kim jest redaktor?
Zależy w stosunku do kogo. Redakcja to dla mnie ludzie, którzy pomagają w istnieniu i funkcjonowaniu pisma. Tu obowiązują reguły, że coś ma być na czas, ma być zrobione i nie ma być zapomniane. Redaktor potrafi myśleć w sposób maksymalistyczny, czyli bardzo trudno go zadowolić, więc w kontaktach mogą pojawić się rzeczy bardzo niemiłe dla ludzi, z którymi współpracuje. Częściej słyszą krytykę niż wyrazy satysfakcji. Poza tym redaktor ma wizję całościową, więc interweniuje w każdym momencie, walczy o dbałość wykonania poszczególnych elementów, co także może być denerwujące, bo jak wiadomo, trudno się spalać w pracy biurowej. Oczekuje z jednej strony inwencji, a z drugiej hamuje pomysłowość, bo ją kontroluje. Redaktor narzuca swoje gusty i nie życzy sobie na ten temat dyskusji, co bywa raniące, chociaż akurat to należy do abecadła tej pracy, bo jak wiadomo o gustach nie należy dyskutować, tu liczy się tylko zdanie redaktora. Przy tym redaktor naczelny dla współpracowników nie jest kolegą, bo rządzi, a mechanizm układania stosunków kierownik-podwładny cechują dość nużące prawidłowości.

Wobec autora redaktor jest inny. Nawet jeśli chce mu dać z siebie wszystko, to rzeczywistość narzuca swoje ograniczenia. Czasem myślę, że maksimum to zrozumienie sytuacji autora i po prostu okazywanie mu tego zrozumienia. Los autora, artysty, jest jednym z trudniejszych na tym padole. Wiążą się z nim niesłychane napięcia, bardzo trudne problemy z ułożeniem sobie życia, ze współżyciem z innymi na różnych planach, w różnych sferach. No i napięcia wynikłe z samego procesu twórczego, które wymagają bycia na jeszcze innej planecie, dosłownie w innym kosmosie. Miłosz o tym pisał. I ludzki chciałby być, i do swojego świata uciec jak najprędzej… Co można zrobić dla człowieka, który żyje w tak strasznych napięciach, a zarazem musi je maskować, tak jakby nieustannie obłaskawiał straszliwego zwierza? I ma, jak każdy człowiek, problemy bytowe. Czasem wydaje mi się, że maksimum tego, co może redaktor, to sprawić, żeby świat wokół autora stał się odrobinę łatwiejszy, pogodniejszy – nie należy cofać swojego zaufania, swojej wiary w autora, trzeba ją przejawiać w każdy dostępny sposób. Wiary w to, co robi oczywiście, bo dyskrecja jest w naszym fachu szlachectwem.

Żałujesz czegoś?
Jak pismo istnieje długo, to ma za sobą pokaźny cmentarz. A w momencie śmierci człowieka uzyskuje się inny jego obraz. Czasem nie mogę sobie darować, że to zainteresowanie, uwaga, które budzą się po śmierci danej osoby, nie znalazły wyrazu za jej życia. Że za mało dałam z siebie, nie okazałam należytego zainteresowania, nie przeprowadziłam pewnych rozmów. Po czyjejś śmierci się dowiadujemy, że ktoś chorował, coś przeżył, że było się obok i nie wiedziało, nie spieszyło z pomocą. Pozostaje żal. Choć w stosunkach z autorami nie staram się wkraczać za daleko. Nie chcę uczestniczyć w ich życiu osobistym, intymnym. W środowisku literackim często wydawca to przyjaciel, ktoś, z kim się chodzi na wódkę. A przecież życie towarzyskie dla prawdziwych artystów jest czymś drugorzędnym. Służy rozładowaniu napięć, rozluźnieniu. Prawdziwa ich wrażliwość, prawdziwe myślenie, realizuje się dopiero – i tylko – w pisaniu. I ja chcę być cienistym towarzyszem ich prawdziwego twórczego wysiłku.

Nie masz czasem poczucia redaktorskiej samotności? Samotności wynikającej także z tego, że autor będzie wierny sobie, swojemu dziełu, i kiedyś zdradzi?
To z założenia nie są stosunki symetryczne. Dobrego redaktora powinna cechować skłonność do myślenia o innych. Tego nie można wymagać od autorów, nawet jeśli jest to siłą ich pisarstwa. Ci ludzie muszą mieć własny świat i oni są ośrodkiem tego świata. To jest warunek sine qua non. Chociaż bywają głębokie przyjaźnie, wzajemne zrozumienie. Ale generalnie i zasadniczo: tak. Redaktor jest dość samotny.

TOMASZ CYZ

TOMASZ CYZ ur. 1977. Członek zespołu redakcyjnego „Zeszytów Literackich”. W latach 2009-2013 redaktor naczelny Dwutygodnika. Nakładem ZL ukazały się jego książki Arioso, Powroty Dionizosa oraz Pasja 20, 21. Powroty Chrystusa.


Rozmowa ukazała się w Dwutygodniku nr 97 12/2012


Zobacz także
Listy do Redakcji, część 2
Listy do Redakcji, ZL 144 nr 4/2018
MACIEJ LIBICH, List do redakcji „Gazety Wyborczej” 19.12.2018
PAWEŁ BRAVO, Pożegnanie królewny („Tygodnik Powszechny”, nr 5/2019)
KRZYSZTOF UMIŃSKI, (wspólpraca redakcyjna KLAUDIA WĘGRZYN), Trzydzieści sześć lat – rozmowa z Barbarą Toruńczyk (Dwutygodnik nr 251-11/2018)