WOJCIECH KARPIŃSKI
Spotkania

Wojciech Karpiński, Carol i Czesław Miłoszowie, Paryż, 1988, fot. Krzysztof Jung. Źródło: www.wojciechkarpinski.com.

Spotkania

Twórczość Czesława Miłosza jest jak ocean. Trudno byłoby mi w na­szych czasach wskazać kogoś o równie szerokim oddechu. Dla porównania trzeba myśleć o Goethem, o Chateaubriandzie: o tych, którzy tworzyli język dla całej epoki, dla kilku epok. Potrafili nazywać – nie tylko rzeczy, nie tyl­ko idee, lecz głębiej i szerzej. To są nauczyciele wrażliwości. Pomagają w odkrywaniu, przez niekaleczące określenie, naszych uczuć, naszych do­znań wobec natury, wobec zbiorowości, wobec drugiego człowieka, wobec nas samych. To oni dostarczają nam nowych okularów, odkrywają dla nas nowe barwy w palecie świata, uczą mówić przez to, że pokazują, jak sami zdobyli sobie prawo głosu.

Rozmach pisarski Czesława Miłosza zdumiewa szerokością oddechu, ale też trwaniem w czasie, bezprzykładnym. Katastroficzne wiersze z Trzech zim, gęste od nadmiaru bogatych, trudno czytelnych obrazów, powstawały w połowie lat trzydziestych. Nad tą poezją, od jej początków, unosiły się Obłoki, jak w wierszu pod tym tytułem, powstałym w Wilnie w 1935 roku. Mówił on przecież mniej o świecie i o obłokach, będących strasznymi stróżami świata, niż o pragnieniu prawdy wewnętrznej, wciąż niedosiężnej, o groźbie martwego snu, o wewnętrznym skwaśnieniu, o zaślepieniu przez pychę, pożądanie i okrucieństwo, i ziarno pogardy. Wezwanie do litościwej nocy o sen jest odczynianiem złych sił.

W poezji Miłosza nigdzie nie ma miejsca dla snu martwego. Ratunek przychodzi ze stron różnych, z siły spojrzenia, z zapamiętanego szczegółu, z mocy wyobraźni, z namysłu, współczującego i trzeźwego, nad materią czasu – ze spotkania ze światem, z przetworzenia tego spotkania w pamięci i wyobraźni, z opowiedzenia owego spotkania i towarzyszących mu przemian. Krótki wiersz Spotkanie, ledwo dziewięć linijek, błyskawiczna notat­ka, zapis jednej chwili, jednego gestu, można uznać za emblematyczny dla twórczości Miłosza, dla tego, co jest w niej specyficzne i co różni ją od przemożnych nurtów literatury XX wieku. Jest to nie tylko opis spotkania, za­trzymanie gestu z przeszłości, ale też refleksja nad tym gestem. Nie błaga: chwilo trwaj, tak jesteś piękna; pyta w zadumie: gdzie jesteś, chwilo? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, lecz sama potrzeba stawiania pytań chroni przed martwym snem:

Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach,
Czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc.

I zając przebiegł nagle tuż przed nami,
A jeden z nas pokazał go ręką.

To było dawno. Dzisiaj już nie żyją
Ni zając, ani ten co go wskazywał.

Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
Błysk ręki, linia biegu, szelest grud –
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.

Ten wiersz powstał w 1937 roku. Na mojej prywatnej mapie poezji Mi­łosza wydaje mi się odpowiednikiem Przypisania Goethego. Niemiecki po­eta, zbliżający się wtedy do pięćdziesiątki, wraca do pracy nad Faustem, wspomina tych towarzyszy jego dawnych prac, którzy nie usłyszą już nowych pieśni. Zapatrzony elegijnie w nurt czasu nie przeczuwa, że przed nim jest jeszcze ponad trzydzieści lat pracy nad Faustem. Miłosz mial w momen­cie pisania Spotkania dwadzieścia sześć lat. Nie uśmiecham się na określe­nie opisywanego w nim przeżycia: „to było dawno”. Tak był ujmowany ów moment na wewnętrznej mapie czasu. Od powstania tego wiersza minęło wielekroć więcej lat niż od tamtej zapamiętanej w zatroskanym wspomnie­niu chwili, ale wydaje mi się, więcej, wiem o tym w uprzywilejowanych mo­mentach, że i chwila przebiegającego zająca (może to być królik czmychają­cy spod kół roweru o świcie rysującym się przez drzewa Tiergartenu i odbi­jającym się ciemnym połyskiem w Szprewie koło Hansabrücke), i chwila za­myślenia nad upływającym czasem, nad cieniście rysującą się pamięcią, te momenty żyją, ożywają w oczach i sercach czytelników, powrócą znowu. Wiem także, że wiersz Miłosza, ewokowana przez niego chwila, mówi nie tylko do mnie jako wspaniałe spełnienie polszczyzny potrafiącej nazywać. Otóż po latach od jego napisania, po latach od owej chwili, co była dawno, na początku lat dziewięćdziesiątych ten wiersz, w angielskim przekładzie, został rozwieszony w metrze nowojorskim, w ramach akcji popularyzowa­nia poezji lansowanej przez Josifa Brodskiego. Opowiedzieli mi o tym stu­denci New York University, gdy omawialiśmy poezję Miłosza. Był to jeden z istotnych dla mnie zbiegów okoliczności, czy też porozumiewawczych sy­gnałów posyłanych niekiedy przez dobre siły.

Gdy przeczuwana w młodzieńczych wierszach katastrofa odsłoniła jed­no ze swych oblicz, w latach okupacji, głos Miłosza uległ wyciszeniu. Uzyskał przez to nową, niezrównaną siłę. Słowa, obnażone, ważą, jakby były to kamienne inskrypcje. Czasem jest w nich ironia, ale nie prześmiewcza, lecz szukająca poniżonego i zmąconego sensu. Takim utworem jest Świat, poema naiwne. Powie o nim (w Podróżnym świata, tomie fascynujących rozmów z Renatą Gorczyńską, odkrywających pełniejsze znaczenie jego utworów): „to jest wiersz o tym, jaki świat powinien być. Utwór był napisany w okrop­nych okolicznościach. Warszawa 1943 to było dno. Ale wystarczyło tylko aktu magicznego, ażeby opisywać właśnie na przekór. […] Tu jest próba ka­ligraficznego, jak powiedziałem, oczyszczenia obrazu z jakichś czerwonych, czarnych sadz”. W wierszu Równina to obnażenie jest całkowite, bez filtrów ironii, ale też bez redukcji sensów. To jest czysta magia poetycka, nie „poe­zja czysta”, o jakiej dyskutowano we Francji w okresie międzywojennym, ale ten nieredukowalny do operacji rozumowych związek słowa i rzeczywi­stości, pamięci i wyobraźni:

Od lat, od lat, ta sama, niepojęta,
Choćbym za zrozumienie całe życie dał,
Równina pod chmurami niskimi rozpięta
Smugami pyłów i zbożowych fałd.

Od lat, od lat, ta sama, niepojęta,
Z gromadami kobiet na kartofliskach,
Z pólkiem, gdzie koniczyna mieni się niezżęta,
Z komarów długą skrą przy końskich pyskach.

Wiersze okupacyjne, w tym Równina i cykl Świat, ukazały się nazajutrz po wojnie w tomie Ocalenie. Głos Miłosza, rozbrzmiewający w wierszach pisanych na placówce w Waszyngtonie, podszyty bywa ironią, ale nie taką jak w Świecie, lecz pełną szyderstwa. Dziecię Europy odczytywać należy na kilku poziomach znaczeń, związek języka z rzeczywistością uległ zmąceniu, świat stal się trudniej czytelny, mniej dostępny poezji.

Do Jonathana Swifta to wybór i taktyki, i patrona:

Ty możesz wskazać mi, dziekanie,
Jak się ten płyn przedziwny stwarza,
Że prócz inkaustu pozostaje
Coś więcej na dnie kałamarza.

Wiersz kończy się obietnicą-zobowiązaniem: „Będę się starać, mój dziekanie”.

Traktat moralny, drukowany w krakowskiej „Twórczości”, pytał o moż­liwości nadziei w powojennym świecie: W pierwszym i ostatnim wersie poematu znajduję tytuły emblematyczne dla XX wieku: Autor Ocalenia rozpoczyna od pytania: „Gdzież jest, poeto, ocalenie?”, a kończy konstatacją gorzką, trzeźwą, lecz nie uciekającą przed obowiązkami, także przed obowiąz­kiem wierności sobie, i od nadziei na przyszłość:

Na dziś nie daję ci nadziei,
Nie czekaj darmo treuga Dei,
Bo z życia, które tobie dano,
Magiczną nie uciekniesz bramą.
Idźmy w pokoju, ludzie prości.
Przed nami jest
                              – „Jądro ciemności”.

Pierwszy tom poetycki wydany przez Miłosza na emigracji, Światło dzienne, zawierał wiersze napisane przed podjęciem decyzji o pozostaniu na Zachodzie, i późniejsze. W tym okresie głos Miłosza nadal jest zmącony wewnętrznym rozdarciem, przeniknięty politycznymi pasjami i konfliktami. Ale to w tym tomie znalazł się utwór Mittelbergheim, powstały wkrótce po zostaniu na emigracji, w 1951 roku, po wizycie w alzackiej miejscowości noszącej tę nazwę. „Wiersz rekonwalescencji, przywracał chwilowo perspekty­wę”, powiedział o nim Miłosz. To rzeczywiście cudowny moment równowa­gi, w środku drogi, w środku góry, jak symbolicznie nazywa się alzacka miejscowość stanowiąca tytuł.

Oczy mam jeszcze zamknięte. Nie goń mnie
Ogniu, potęgo, siło, bo za wcześnie.
Przeżyłem wiele lat i jak w tym śnie
Czułem, że sięgam ruchomej granicy
Za którą spełnia się barwa i dźwięk
I połączone są rzeczy tej ziemi.
Ust mi przemocą jeszcze nie otwieraj,
Pozwól mi ufać, wierzyć, że dosięgnę,
Daj mi przystanąć w Mittelbergheim.

Wewnętrzne rozdarcia powrócą, nie można ich było zlikwidować ma­gicznym aktem najpiękniejszych nawet wersów. Będą przezwyciężane wewnętrzną walką, życiem i dziełem, kolejnymi utworami. Powrócą też chwi­le równowagi, nie będącej redukcją. Poszukiwania punktu stałego, archimedesowego punktu oparcia, który pozwoliłby lepiej zrozumieć przemijanie, przemiany, zanurzenie w czasie historycznym, zmienność ludzkiej egzysten­cji – to marzenie, tę modlitwę ujął w słowa najbardziej wyraziste ten oto fragment wiersza Grób matki. Można te linijki uznać za motto do istotnej części twórczości Miłosza:

Pomóż mi stworzyć miłość wiecznie żywą
Z mojej wytrwałej ze światem niezgody,
[…]
Punkt nieruchomy, co dziejom na przekór
Na złe i dobre dzieli to co płynne –
Pomóż mi matko umocnić w człowieku,
Ty, co znasz moje przysięgi dziecinne.

Obrona przed wewnętrznym porażeniem, przed wewnętrznymi szamotaniami polegała nieraz na otwarciu się na świat, na zobaczeniu i zapamiętaniu szczegółu, jak w Spotkaniu, jak w Świecie. Takie spotkanie w świecie, zarazem pokazujące granice mowy i wzywające do ich przekroczenia, zostało opisane w Esse. „Przyglądałem się tej twarzy w osłupieniu. Przebiegały światła stacji metra, nie zauważałem ich. Co można zrobić, jeżeli wzrok nie ma siły absolutnej, tak, żeby wciągał przedmioty z zachłyśnięciem się szyb­kości, zostawiając za sobą już tylko pustkę formy idealnej, znak, niby hieroglif, który uproszczono z rysunku zwierzęcia czy ptaka? Lekko zadarty nos, wysokie czoło z gładko zaczesanymi włosami, linia podbródka – ale dla­czego wzrok nie ma siły absolutnej? – i w różowawej bieli wycięte otwory, w których ciemna błyszcząca lawa. […] Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazywania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja j e s t e m – ona j e s t. […] I po co zapisano stronice, tony, katedry stronic, jeżeli bełkocę, jak­bym był pierwszym, który wyłonił się z iłu na brzegach oceanu? Na co zda­ły się cywilizacje Słońca, czerwony pył rozpadających się miast, zbroje i mo­tory w pyle pustyń, jeżeli nie dodały nic do tego dźwięku: j e s t? Wysiadła na Raspail. Zostałem z ogromem rzeczy istniejących”.

To spotkanie z twarzą, datowane 1954, wydrukowane zostało po raz pierwszy w Kontynentach jako fragment prozy Spotkania. Potem Miłosz włączył to hymniczne uczczenie egzystencji do tomu wierszy zebranych. Jakże słusznie, bo jest to jeden ze wspaniałych przykładów jego poezji, sięgania po „formę bardziej pojemną”, wykraczania poza przyjęte podziały na gatunki, aby wzmocnić swój „uchwyt za rzeczywistość”. Jest ten krótki tekst nie tylko pochwałą bytu, jest także, w moim rozumieniu, apologią słowa, wyobraźni, pamięci, mimo wszelkich ich ograniczeń, z nadzieją na przezwy­ciężanie tych ograniczeń – podobnie jak miało to miejsce w wypadku tam­tego spotkania, „było to dawno”, z zającem. A oba te spotkania zyskują peł­niejszy sens, gdy się je zestawi z trzecim – z drewnianą wiewiórką. Jak na­zwać ten fragment Ziemi Ulro? Dla mnie to jeden z najpiękniejszych zna­nych mi erotyków w literaturze, o niezrównanej sile ekspresji. I jest to jed­nocześnie hymn na cześć wyobraźni, na cześć Erosa, który zapala cieka­wość, budzi pożądanie barw świata. „Miałem sześć lat i mamusia kupiła mi na rynku (słowa targ nasza pol­szczyzna nie znała) drewnianą wiewiórkę. Działo się to w mieście Tartu, które wtedy nazywano Dorpatem. Zwierzątko, czy raczej jego płaski sym­bol, było wycięte z dykty i pomalowane na kolor brązowo-czerwony. Tania zabawka. I oto dzięki niej dane mi było zapoznać się z potęgą Erosa, tak że gdybym nigdy później nie patrzył na twarz pięknej kobiety, druzgotany, roz­sadzany od środka nie wiadomo nawet jakim pragnieniem i czy pragnieniem, umiałbym dzisiaj ułożyć hymn na chwałę silnego boga. Czyli zakochałem się i tak żarliwe było moje uczucie, że teraz odnoszę się do niego z najwięk­szą powagą i ani mi w głowie żartować tylko dlatego, że skierowało się na śmieszny przedmiot.

Enigmatyczne. Choć nie tak znowu bardzo, skoro nie wierzę w rzekomo naukowe prawdy, jakimi karmi mnie cywilizacja. Seksualny popęd, sublimo­wane jego odmiany i tak dalej, podczas kiedy jest odwrotnie, bo gdzież tam prymitywnemu popędowi równać się z możnym, władczym, żartującym z naszych rozumów bóstwem! Jakby rzeką o mnóstwie łożysk toczył się gwałtowny żywioł, w dodatku coraz to nowe łożyska sobie żłobiąc, i jeden z tych nurtów był podawany za przyczynę pozostałych. Kochać się w drew­nianej wiewiórce! A czyż nie kochałem się później w ilustracji, w ptaku, w poecie, w słowach jednej linijki spiętych rytmem? Zaryzykuję nawet twierdzenie, że mój Eros był zazdrosny i nie lubił, kiedy zwracałem moje afekty do ludzkich istot, bo chciał mnie wykształcić na sługę absolutnego, który byłby zakochany we wszelkiej rzeczy, jaka istnieje, każdej z osobna i wszystkich razem”.

Wspomnienie drewnianej zabawki przemienia się we wspaniały hymn do miłości, omalże jak u świętego Pawła. Czytając opisy jego spotkań – z zającem, z kobiecą twarzą, z drewnianą wiewiórką (ze światem, z rzeczywistością) – można zrozumieć, czym twórczość Miłosza różni się zasadni­czo od przemożnych obecnie nurtów literatury. W jego dziele stale jest obe­cna pochwała istnienia, twórcy i twórczości, wyrażana w różnej tonacji, uj­mowana z rozmaitej perspektywy. W tym „cyklu trzech spotkań” Miłosz okazuje się niezrównanym nauczycielem wrażliwości. Jego spojrzenie dlate­go jest tak odkrywcze i tak komunikatywne, że stara się on widzieć wszyst­ko, nie tylko zachwycenie, także porażenie – niedowładem języka, wszech­mocą nieszczęścia. Bez tego rozdarcia, wciąż obecnego, niepełne byłyby je­go spotkania z Esse, z ludzkim, a więc wielorakim, zmiennym istnieniem.

Powracają rozdarcia. Powracają spotkania. Patronuje im dwóch aniołów, czy też anioł stróż i diabeł, Miłoszowski Mefistofeles. Mistrzowsko opisał – w Ziemi Ulro – swoje dwa temperamenty, dwa spojrzenia na siebie i świat. „Kiedy mój anioł stróż (który przebywa w uwewnętrznionej zewnętrznej przestrzeni) odnosi zwycięstwo, ziemia wydaje mi się tak piękna, że żyję w ekstazie i o nic się nie martwię, bo otoczony jestem boską opieką, zdrowie mam dobre, czuję w sobie prąd wielkiego rytmu, w snach ukazują się ma­gicznie barwne krajobrazy, nie myślę o śmierci, bo czy nastąpi ona za mie­siąc czy za pięć lat, spełni tylko, co zasądził dla mnie Bóg Abrahama, Izaa­ka i Jakuba, nie Bóg filozofów. Kiedy zwycięża diabeł, z obrzydzeniem pa­trzę na kwitnące drzewa, które co wiosny powtarzają mechanicznie to, co im nakazało prawo selekcji gatunków, morze kojarzy mi się z pobojowiskiem monstrualnych skorupiaków gdzieś sprzed lat miliarda, przypadkowość i bezsens mego jednostkowego istnienia przygnębiają mnie, jestem wyłączo­ny z rytmu świata, który pędzi, zostawiając mnie, szczątek, na boku, no i straszno, bo życie przeżyłem, nie dostanę innego, a śmierć tuż”.

Tę pełnię spotkań starają się przedstawić kolejne tomy wierszy, w róż­nych tonacjach, w różnych stylistykach. Niektóre z tych spotkań Miłosza ze światem, z sobą, z poezją, z suwerennym i sensownym głosem, trafiły we mnie ze szczególną siłą. Takim talizmanem jest dla mnie całość Traktatu po­etyckiego. Najczęściej powtarzam sobie linijki z jego czwartej części, wyda­ją mi się doskonałym spełnieniem poezji Miłosza i jej znakomitą analizą:

Chcę nie poezji, ale dykcji nowej.
Bo tylko ona pozwoli wyrazić
Tę nową czułość, a w niej ocalenie
Od prawa, które nie jest naszym prawem,
Od konieczności, która nie jest nasza,
Choćbyśmy nasze nadali jej imię.

Gucio zaczarowany, napisany w 1962 roku, wkrótce po osiedleniu się w Kalifornii, jest dla mnie chwilą duchowej równowagi, jak Mittelbergheim, lecz bardziej „dynamiczną”, mocniej wpisaną w czas i przestrzeń, a przez to przynoszącą skuteczniejszą pomoc. Jest ten wiersz także chwilą poetyckiej równowagi. Otwierające go linijki zapadły mi w wyobraźnię jak słowa zara­zem doskonałe i ludzkie.

Poemat Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada olśniewa bogactwem spo­tkań, tematów, głosów, języków. W pamięć wrył mi się zwłaszcza początek i zakończenie części piątej – Mała pauza. To spotkanie dziecka, stojącego pod ścianą w pucułowatej zadumie, podjadającego butersznyt (kanapkę) z papierka, i wielkiego poety, te pytania, ten głos – trwają we mnie i mówią do mnie:

Życie niemożliwe, ale było znoszone.
Czyje życie? Moje, a co to znaczy?

Na małej pauzie, podjadając butersznyt z papierka,
Stoję pod ścianą w pucułowatej zadumie.
[…]
Po strzałach, po goryczach, po pieśniach, po płaczach
Nie mnie targać bandaże i łamać pieczęcie.

Jeżeli dzieckiem byłem nieświadomym
I głosy tylko przeze mnie mówiły?

Któż wie, do czego przeznaczenia służą
I jeden raz na ziemi to mało
Czy dużo.

Nieobjęta ziemia przynosi wyjątkowo nawet jak na Miłosza odważne i szczęśliwe sięgnięcie po „formę bardziej pojemną”. Sześć wykładów wier­szem to summa jego twórczości: powracają, w skrótowym, olśniewającym ujęciu, wątki i obrazy z poprzednich książek. Droga prowadzi dalej, do ostat­nich lat, do ostatnich dni, a ta konsekwencja w odnawianiu widzenia przy­prawia czytelnika-obserwatora-admiratora o zawrót głowy, aż po Pieska przydrożnego (spojrzenie odkrywcze pozorną naiwnością i zdumiewającą odwagą), po Księdza Seweryna (sięgnięcie w czas i w kulturę, w Kościół, za­sadniczą kreację zbiorową, trwającą od lat dwóch tysięcy, oraz w indywidu­alną wrażliwość, w świadomość jednostki), po To (gdzie po raz kolejny na­stępuje nowa synteza, kolejna próba nazwania tego, co wymyka się słowom).

Jak się po bogactwie jego poezji poruszać, jak odnaleźć w niej drogi dla siebie, jak usłyszeć możliwie w pełni jego głos? Pomaga nam Miłosz, poma­ga sam sobie, czyni to w komentarzach do własnej poezji, zawartych w ese­jach, a niekiedy w samych wierszach; nie są to wykładnie apodyktyczne, lecz wskazanie nowych perspektyw, czasem przyznanie się do własnych wahań co do znaczenia pewnych fraz i obrazów w języku dyskursywnym. Napisał w Ziemi Ulro, że nie rozumie swojej poezji i swojego życia; napisał w tej sa­mej książce, że jest łączność między chłopcem w szkolnej ławce rysującym mapy wyimaginowanych krain, poetą katastrofistą w Wilnie i starym pisa­rzem mieszkającym na Niedźwiedzim Szczycie w Berkeley – a dziś wypa­da dodać: także między nimi i jeszcze starszym, a wciąż się odnawiającym poetą w Krakowie.

Na mapie tej poezji można dokonywać najrozmaitszych wędrówek. Są w twórczości Miłosza teksty pomagające w orientacji podczas tych podróży: Ziemia Ulro (szczególnie początkowe i końcowe partie tego duchowego au­toportretu), szkice z Ogrodu nauk (Gorliwość, Rzeczywistość, Piasek w kle­psydrze, Niemoralność sztuki, a zwłaszcza ledwie czterostronicowy tekst Mickiewicz, więcej i trafniej mówiący o literaturze niż dziesiątki tomów), jak również wiele wierszy i tekstów wykraczających poza jednoznaczne gatun­kowe określenie. W Nieobjętej ziemi znajduję może najwięcej takich wska­zówek. Jakby Miłosz otwierał nowe okna na nowe pejzaże swojej poezji. Daje nam nowe klucze do odczytywania siebie – czyli jego poezji i przez to nas samych. Wprowadza, przez subtelną grę autokomentarzy, zaprzeczeń, zwątpień i utwierdzeń, w coraz to inne strefy wrażliwości. Fragmenty Nie­objętej ziemi, tej próby sięgnięcia po „formę bardziej pojemną”, układają mi się we – fragmentaryczny z natury rzeczy, a więc otwarty, nie duszący – traktat o poezji albo traktat o głosie:

„Naprawdę, co chciałem im powiedzieć? Ze trudziłem się dążąc do wy­kroczenia poza moje miejsce i mój czas, szukając tego, co jest Rzeczywiste. Aż prace dokonane (chwalebnie?), życie spełnione, tak jak być miało, w zgryzocie. I wtedy ukazuję się sobie jako ten, który łudził się, że jest swój własny, bo był tylko poddanym stylu”.

„Labirynt. Budowany co dzień słowami, dźwiękami muzyki, liniami i barwami malarstwa, bryłami rzeźby i architektury. Trwający wieki, tak cie­kawy do zwiedzania, że kto się w nim zanurzy, nie potrzebuje już świata, wa­rowny, bo założony przeciwko światu. I największy chyba dziw: że kiedy nim się delektować samym w sobie, rozchwiewa się niby pałace utkane z mgły. Gdyż podtrzymuje go tylko dążenie do wyjścia poza, dokądś, na dru­gą stronę”.

„Od młodości starałem się uchwycić słowami rzeczywistość, taką, o ja­kiej myślałem chodząc ulicami ludzkiego miasta, i nigdy mi się to nie uda­wało, dlatego każdy mój wiersz uważam za zadatek niespełnionego dzieła. Wcześnie odkryłem nieprzyleganie języka do tego, czym naprawdę jeste­śmy, jakieś wielkie na niby podtrzymywane przez książki i stronice gazeto­wego druku. I każda moja próba powiedzenia czegoś rzeczywistego kończy­ła się tak samo, zagnaniem mnie z powrotem w opłotki formy, niby owcy odbijającej od stada”.

Na zakończenie (choć chciałoby się cytować dalej, twórczość Miłosza jest niewyczerpana) przytoczę opis kolejnego spotkania, kolejny fragment jego otwartego traktatu poetyckiego: „Skąd bierze się moja pokora? A stąd, że zasiadam do stawiania znaczków na papierze w nadziei, że coś wyrażę, umiem na tym spędzać całe dnie, ale kiedy postawię kropkę, widzę, że nie wyraziłem nic. Chciałbym siebie uważać za geniusza, to jednak niezbyt się udaje. Co. prawda nie wiem, gdzie są geniusze literatury, którym mógłbym zazdrościć. Ci dawni są schwytani przez obyczaj i styl swoich czasów, ci no­wi poruszają się z trudem w przezroczystej patoce, która już zastyga. A ja ciągle z moim nienasyceniem, jak w tej chwili, kiedy podchodzę do okna, widzę wieżę z zegarem, w dole śnieg na trawnikach campusu Ann Arbor, przechodzącą po ścieżce dziewczynę i samo już to, bycie tu, przy tym oknie, w chwili takiej jak każda inna, to znaczy niepowtarzalnej, z bielą śniegu i ruchem nóg oglądanych z wysoka, wystarcza, żeby mnie wpędzić w lament nad niewystarczalnością języka”.

Wracam do jego wierszy po odczytaniu, po raz nie wiem który, nakreślo­nych przez niego spotkań z rzeczywistością, ze światem, z drugim człowie­kiem, z sobą, z poezją, ze słowem („imion niech każdy tu zapomni”). Te spo­tkania były mniej lub bardziej intensywne, zawsze niepełne, wzywające do nowego wysiłku. Miłosz nigdy nie zaniechał prób uchwycenia nieobjętej zie­mi. W tym jego siła.

WOJCIECH KARPIŃSKI

WOJCIECH KARPIŃSKI ur. 1943. Autor książek o wielkich twórcach emigracyjnych: Książki zbójeckie; Herb wygnania. Zeszyty Literackie wydały również jego Portret Czapskiego; Pamięć Włoch; W Central Parku; Fajkę van Gogha; Amerykańskie cienie; Twarze; Obrazy Londynu; oraz książkę Henryk. Najnowszy tom to Szkice sekretne (Zeszyty Literackie, 2017). Wydał Wspomnienia Zbigniewa Karpińskiego oraz poszerzone wydanie Zbiegów okoliczności Konstantego A. Jeleńskiego. Ostatnio przygotowywał wystawę i katalog dzieł Krzysztofa Junga Peintures, dessins, photographies (Bibliothèque Polonaise de Paris, 2017) oraz katalog rysunków Krzysztofa Junga pokazywanych w Schwules Museum w Berlinie (2019).