ZBIGNIEW HERBERT, Saga o podboju

[…] Statek. Był dla Skandynawów tym, czym u Greków świątynia, u Rzymian akwedukty. Dzieło techniki i sztuki zarazem, najpełniejszy wyraz geniusza świata skandynawskiego. Coś znacznie więcej niż środek transportu, coś znacznie więcej niż dzieło techniki.

Opiewany przez pokolenia skaldów, mieniący się w ich pieśniach tysiącami metafor, dojrzewał długo jak poematy epickie, podobnie jak one, dzieło niepisanej tradycji przekazywanej z generacji w generację, tajemnica rzemiosła bezimiennych wynalazków i udoskonaleń.

Ów „wilk fal morskich”, „koń piratów”, „pług morza”, „sęp rzek” jest najbardziej znanym dziełem cywilizacji Normanów. Jego sylwetkę pokazują nam odnalezione kamienie runiczne, odnajdujemy go w tkaninach i dziełach epickich. Ale pełny obraz zawdzięczamy archeologom, istniał bowiem zwyczaj grzebania zmarłych w łodziach.

Najczęściej używa się na określenie statków wikingów terminu — drakkar. Nazwa pochodzi od rzeźbionej w drzewie głowy smoka, którą zdobione były dzioby tych łodzi, nie w celu odstraszenia przeciwników, jak mniemano, bowiem wikingowie nie staczali bitew morskich, ale w celu odstraszenia złych duchów zsyłających wiatry, góry lodowe, mgłę i burze […].

Nie należy sobie jednak wyobrażać, że wspaniałe łodzie zapewniały podróż bezpieczną po morzach i oceanach. Znakomity sprzęt żeglarski, odwaga, instynkt morza uwieńczone były najczęściej powodzeniem, ale zdarzały się oczywiście katastrofy, które pochłaniały wiele ofiar. W Grenlandii w miejscowości Herjolfsnes znaleziono pusty grobowiec, a w nim tabliczkę z drzewa pokrytą pismem runicznym. Napis głosił: „Tę kobietę, która na imię miała Gudveig, rzucono w morze w pobliżu Grenlandii”. Inny napis runiczny, na kamieniu znalezionym w Hønen, jest lakonicznym epitafium załogi, która zginęła w wyprawie ku wybrzeżom Ameryki: „Wyruszyli w daleką wyprawę ku ziemi zwanej Vinland o pustyniach lodowych, ponieważ brak było i żywności, i suchego odzienia. Los odwrócił się przeciwko nim. Umarli młodo”. Z flotylli liczącej 25 statków, które wyruszyły pod wodzą Eryka Rudego, dziesięć jednostek pochłonął Atlantyk.

Z pokolenia w pokolenie przekazywano sobie wiedzę o przylądkach, wyspach, dogodnych miejscach do lądowania, wiatrach i prądach morskich. Przedsięwzięcia żeglarskie przygotowywane były drobiazgowo. Na dalekie wyprawy zabierano, oprócz innych środków żywnościowych, jabłka i borówki, żeby zapobiec szkorbutowi, który stanowił plagę renesansowych żeglarzy. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że Jan i Sebastian Cabot, a także Krzysztof Kolumb korzystali z doświadczeń potomków wikingów w czasie swoich wypraw przez Ocean Atlantycki.

Przez długi czas sądzono, że wikingowie obywali się w swoich wyprawach bez map i instrumentów pozwalających określić położenie statków, kierując się wyłącznie instynktem. Dowody materialne, które poparłyby tezę przeciwną, są skąpe, ale wielu uczonych skłania się do przypuszczenia, że istniały przecież mapy morskie Normanów ryte na tablicach z drzewa, które z powodu kruchości materiału zginęły.

W ruinach klasztoru Benedyktynów w Grenlandii odkryto przedmiot, który przez długi czas był prawdziwą archeologiczną zagadką: drewniana kula, której powierzchnia zewnętrzna pokryta była trójkątnymi figurami geometrycznymi. Przez kulę prowadziła pionowa oś. Według wszelkiego prawdopodobieństwa był to astrolab morski. Ów, jak go nazywano, solarsteinn, pozwalał określać tylko szerokość geograficzną, a więc orientować się, jaką odległość przemierzył statek. Żadne znalezisko archeologiczne nie wskazuje na to, że wikingowie używali logu. Aby określić szybkość statku, musieli poprzestać na obserwacji siły i kierunku wiatru, a także szumu wody i głębokości zanurzenia dziobu. Gdy odbywano dalsze wyprawy, flotyllę prowadził doświadczony pilot morski, znawca szlaków i podstępów morza.

Te wszystkie szczegóły należało przytoczyć, aby uświadomić sobie, że wyprawy Normanów nie były dziełem barbarzyńców oślepionych żądzą krwi i złota. Były one w równym stopniu wynikiem siły i odwagi, jak i trzeźwej kalkulacji i drobiazgowo opanowanej techniki […].

Osiedlanie się na nowych ziemiach przebiegało według ustalonego od wieków rytuału. Kiedy statek znajdował się jeszcze na morzu, a pewne znaki świadczyły, że ląd jest blisko, wypuszczano dwa na pokład zabrane kruki. Jeśli nie wracały, nastawiano dokładnie żagiel w kierunku, gdzie zniknęły za horyzontem. Kiedy zarys wyspy ukazywał się wreszcie oczom załogi, rzucano ze statku kolumnę drewnianą zabraną z domu opuszczonego w ojczyźnie. I tam na wybrzeżu, gdzie zaniosły go fale morskie i wola bogów, budowano pierwszy wspólny dom.

Początkowo małe społeczeństwo przybyszów wybierało naczelnika zwanego godi, który sprawował funkcje zarówno administracyjne, jak i religijne. Później, kiedy powiększała się liczba nowych przybyszów (Islandia w roku 1000 liczyła ponad trzydzieści tysięcy mieszkańców), stawało się rzeczą konieczną stworzenie struktury bardziej odpowiadającej aktualnym potrzebom. I tak na przykład Islandię podzielono na pięć sfederalizowanych jednostek terytorialnych, które wybierały rodzaj parlamentu i najwyższy trybunał.

Pod koniec IX wieku osadnik norweski nazwiskiem Gunnbjörn płynął z Norwegii do Islandii. W czasie podróży rozpętała się burza, która zapędziła statek daleko na zachód. Po tygodniu walki z morzem żeglarze zobaczyli wyłaniający się z morza potężny łańcuch gór, z których szczytów spływały lodowce. Wiadomość o tym przypadkowym odkryciu przekazywano sobie z ust do ust. Wiek później Eiríkr, skazany na banicję przez trybunał irlandzki za zabójstwo, ruszył na poszukiwanie tej legendarnej ziemi. Tak została odkryta, a następnie skolonizowana Grenlandia.

Trzeba przywołać na pomoc wszystkie siły wyobraźni, by stworzyć obraz, który wydaje się być zaczerpnięty ze snu, z fantazji nadrealistów: potężna katedra w arktycznym krajobrazie, wśród monotonii lodowców twarzą zwrócona ku zimnym falom oceanu. A przecież taką katedrę zbudowali wikingowie na wyspie, która przeżyła okres świetności, zanim w roku 1350 ostatni osiedleńcy wycieńczeni walką z nienawistną naturą ruszyli na północ ku krainie noszącej kuszącą nazwę Vinland — ziemia wina.

Fakt, że wikingowie odkryli Amerykę Północną kilka wieków przed Kolumbem, znajduje potwierdzenie nie tylko w sagach islandzkich, które zawierają opisy i zdumiewająco ścisłe dane topograficzne o nowym lądzie, ale także materialne dowody. Odkryto mianowicie w Grenlandii ziarna i minerały przywiezione bez wątpienia z Ameryki, ostrze strzały indiańskiej, a wreszcie archeologowie odnaleźli ruiny domostw wikingów na wschodnim wybrzeżu Ameryki […].

 

Pora przedstawić głównych aktorów królewskiego dramatu: Edwarda, Harolda i Wilhelma. Mieli osobowości tak różne, charaktery tak odmienne, iż samo ich zetknięcie w czasie musiało spleść węzeł tragedii losów.

Zacznijmy od najstarszego z nich, króla Edwarda. Kiedy rozpoczyna się opowieść, ma on około sześćdziesięciu trzech lat. W tkaninie z Bayeux występuje pięciokrotnie, jeśli wliczyć scenę, gdy niesiony jest na marach do nowo zbudowanej katedry w Westminster.

Typowy antybohater. W jednym z francuskich podręczników historii można przeczytać następującą opinię o tym monarsze: „Édouard était doux et pieux; il mérita son surnom de Confesseur”. Ten niezamierzony humor z książek szkolnych mimo wszystko dość dobrze oddaje charakterystykę tego króla „mimo woli”. Spędzał swoje życie na praktykach religijnych i postach; prawie anachoreta, a przy tym pozbawiony woli i chorobliwie nieśmiały. Jeden z biografów mówi o nim ze wzruszającą naiwnością: „W czasie nabożeństw odzywał się tylko wtedy, gdy chciał się o coś zapytać”.

Jego dwudziestokilkuletniego panowania nie opromienia żadna wielka zwycięska bitwa, a także żadna dalekosiężna koncepcja polityczna. Nie znalazł też wiele łaski w oczach osób oceniających wielkość postaci historycznych według ilości ściętych głów, spalonych miast i zdobytych prowincji. Jedynie Chesterton w swojej przewrotnej Historii Anglii ma dla niego słowa podziwu, zapewne z powodu oddania sprawom wiary i niezrównanej łagodności charakteru (dobroci). Legenda i podania ludowe otoczyły tę postać blaskiem wszelkich cnót i świętości […].

Ten osobliwy król angielski, ubierający się z normandzka i mówiący po normandzku, zyskał wdzięczność ludu, znosząc uciążliwy podatek zwany danegeld. Dziełem jego życia, któremu poświęcił znaczną część dochodów, była budowa opactwa i katedry w Westminster w zamian za niespełnioną, a ślubowaną pielgrzymkę do Rzymu, od czego z powodu słabowitego zdrowia zwolnił go papież. To oddalenie dworu od miasta miało nieprzewidziane i niezamierzone skutki. Pozwoliło mianowicie na rozwinięcie się wśród mieszczaństwa londyńskiego ducha niezależności, co odegrało niemałą rolę w historii tego kraju.

W pierwszej scenie tkaniny z Bayeux widzimy starego króla na tronie u kresu swego życia i panowania. Podobny jest do Dawida ze średniowiecznych psałterzy.

Harold — bohater tragiczny. Młody, ambitny, wnuk prostego chłopa, najlepszy i najdzielniejszy — jak przekazuje tradycja — spośród siedmiu synów Godwina, hrabiego Wessex. Dziedzic jego fortuny i pretensji do tronu. Pretensje te nie były pozbawione podstaw. Matka Harolda była siostrą zmarłego w roku 1035 króla angielskiego Kanuta, Harold był zatem królewskim siostrzeńcem. Poza tym siostra Harolda była żoną króla Edwarda, a małżeństwo to było bezdzietne. Co najważniejsze jednak, Harold cieszył się ogromnym poparciem Anglosaksończyków […].

Postać Harolda, który jest istotnym bohaterem dramatu, występuje w tkaninie z Bayeux, pojawia się częściej niż postać Wilhelma Zdobywcy, w sumie osiemnaście razy. Nad jednym z jego portretów widnieje napis Dux Anglorum, co oddaje lepiej rzeczywistą władzę i rangę w królestwie niż oficjalny tytuł hrabiego Wessex. Jest on w istocie drugą osobą po królu. Wydaje się rzeczą mało prawdopodobną, aby pozycję swoją przywódcy opozycji anglo‑saksońskiej zdobył drogą intryg czy przekupstwa. Musiał cieszyć się rzeczywistym poparciem współplemieńców. Po śmierci tradycja ludowa zaliczyła go w poczet bohaterów narodowych. Stanowi on ulubioną postać wielu romantycznych powieści, poematów i dramatów.

Wierny obyczajom swoich przodków ubiera się po saksońsku, ma włosy spadające na kark i długie marsowe wąsy. Był człowiekiem o niewątpliwej odwadze osobistej, czemu daje świadectwo tkanina z Bayeux, chwaląc z godną podziwu kurtuazją męstwo jego w czasie kampanii bretońskiej.

Kroniki normandzkie oceniają przeciwnika Wilhelma zbyt jednostronnie, czyniąc z niego symbol zdrady i krzywoprzysięstwa. Dla panegirystów księcia jest on analogiczną postacią jak Ganelon w Pieśni o Rolandzie. Rację ma zapewne sir Eric MacLogan, gdy mówi, że nie był on Judaszem, lecz raczej Makbetem, którego ambicja doprowadziła do klęski. W istocie jest to postać bardzo szekspirowska, krwista i namiętna, godna sympatii jak każdy bohater, który wyzwał los […].

Wilhelm zwany Bastardem, siódmy książę Normandii, potomek w prostej linii Rollona, ma w momencie śmierci ojca zaledwie osiem lat. Kroniki normandzkie mówią o nim, że w jego dziecięcym sercu pełno było odwagi i siły męskiej. Orderic Vitalis dodaje, że jako dwunastoletni chłopiec czytał Cezara i postanowił naśladować go we wszystkim. Od wczesnej młodości zahartowany w walce przeciwko sąsiadom, członkom książęcej rodziny, a także własnym wasalom, „starym Normanom”, którzy usiłowali wykorzystać jego niepełnoletność. Jako dwudziestoletni młodzieniec stacza z nimi zwycięską bitwę pod Val‑ès‑Dunes w pobliżu Caen. Jeśli wierzyć kronikom, przeciwnicy Wilhelma szli do walki ze starym pogańskim okrzykiem wzywającym boga gromu Thor aïe!

A mimo wszystkich zwycięskich bitew i szacunku, jaki potrafił narzucić zarówno sprzymierzeńcom, jak i wrogom, zatarcie piętna nieprawego pochodzenia nie było rzeczą łatwą. Kiedy oblega miasto Alençon, obrońcy wołają z murów: „Skóra, skóra, należy wygarbować tę skórę!”. Przejrzysta aluzja do zawodu dziadka Wilhelma. Ofiarą książęcego gniewu padają jeńcy, którym Bastard każe obciąć ręce i nogi.

Myliłby się jednak, kto by sądził na podstawie tego epizodu, że Wilhelm był impetycznym półbarbarzyńskim władcą. W istocie jego zasługi w dziedzinie państwowej i cywilizacyjnej są ogromne. Dokończył on bowiem dzieła swoich przodków, stwarzając to, co historycy nazywają państwem „typu normandzkiego” model i prototyp przyszłych monarchii oświeconych. Państwo to, używając określenia Burckhardta, było dziełem sztuki znakomitej organizacji prawnej, wojskowej i gospodarczej. Był także Wilhelm mecenasem nauk, a zwłaszcza bujnie się rozwijającej w jego księstwie historiografii. Opiekun Kościoła i sztuk, których najwspanialszą realizacją jest romańszczyzna normandzka o niespotykanym gdzie indziej rozmachu monumentalnym. Był książę fundatorem takich arcydzieł tego stylu jak kościoły św. Stefana, św. Trójcy w Caen, które zapowiadają gotyk. Ich surowość, czystość linii, bardzo wstrzemięźliwa ornamentacja i męska energia konstrukcji nie posiadają równych sobie w całej Francji. […]

ZBIGNIEW HERBERT

 

Fragmenty, całość w „Zeszytach Literackich” nr 140