WOJCIECH KARPIŃSKI, W moich oczach

 

Gdy pisałem pierwszą część Szkiców sekretnych, Polska należała do sowieckiego imperium, a ja mieszkałem w Warszawie. Gdy pisałem część drugą, na imperium widoczne już były rysy, w Polsce odradzało się społeczeństwo obywatelskie, ja zaś mieszkałem w Paryżu. Część trzecia powstawała, gdy istniała już wolna Polska i mogłem swobodnie wybierać miejsce zamieszkania i publikacji. Dlatego jedynie początkowe rozdziały tej książki, sekretne także w znaczeniu policyjno‑bibliograficznym, pisane pod pseudonimem, przez ukrywającego się autora, który nie mógł i nie chciał jawnie wskazywać na ważne dla niego konteksty i znaczenia, wymagają dzisiaj szerszych wyjaśnień. Pozostałe części powinny tłumaczyć się same, postaram się jednak naszkicować ich tło.

Każdy rozdział tej książki opisuje sekretne doświadczenia, z którymi musiałem się zmierzyć na mojej drodze. To były przeżycia specjalne, inicjacyjne, gdy zdarzało mi się wykryć skierowane do mnie znaki. Starałem się je odcyfrować, utrwalić, włączyć w moją duchową przestrzeń. Wsłuchiwałem się w głos pisarzy, którzy mówili do mnie rzeczy istotne o otaczającym świecie, uczyli myśleć, czuć, patrzeć. Znajdowałem taką lekcję w książkach Orwella, Kucharzewskiego, Zdziechowskiego. Znajdowałem ten szyfr w zdaniach Nietzschego, pisanych nad przepaścią, na moment przed katastrofą, przejrzystych i tajemniczych, w których dawał dowód niezwykłej jasności widzenia i bezprzykładnego zaślepienia. Przede wszystkim docierał do mnie zarys bliskiego mi świata w tekstach pisarzy zbójeckich, u Miłosza i Gombrowicza, u Czapskiego i Jeleńskiego, u Wata i Herlinga, u Stempowskiego i Wierzyńskiego, i Herberta. Tak było w latach młodzieńczych, dziecinnych prawie, gdy, uczeń szkoły podstawowej, czytałem starszemu bratu przez ramię Zniewolony umysł; tak było, gdy w szkole średniej dostałem do ręki Inny świat Herlinga‑Grudzińskiego; tak było, gdy w klasie maturalnej chodziłem po lekcjach do Biblioteki Narodowej, aby pochylić się nad wierszami Miłosza i Dziennikiem Gombrowicza; tak było, gdy, dwudziestoletni student, czytałem na tarasie paryskiej kawiarni pamiętną uwerturę Dziennika trans‑atlantyckiego Gombrowicza: „Piszę te słowa w Berlinie”; tak było przy odkrywaniu wyrwanych stron z dziennika Czapskiego. Tak jest nadal. Ich czar nade mną trwa… Szukam na kartach ich książek swobodnego polskiego Głosu, szukam sekretnych wejść do tego niezwykłego Domu, który został nam ofiarowany przez kilku wielkich polskich twórców.

 

Napisałem pierwszy z tych szkiców, W polskich oczach, w Warszawie jesienią 1969 roku, a wydrukowany został w maju 1970 roku w paryskiej „Kulturze”. Miałem wtedy dwadzieścia sześć lat. Skończyłem wydział romanistyki trzy lata wcześniej. Byłem na studiach doktoranckich na Uniwersytecie Warszawskim. Praktyka i teoria sowieckiego komunizmu były mi zawsze obce. Jeżeli przez moment mogłem się łudzić, że schroniłem się przed opresyjnym systemem we francuskim XVII wieku, to wkrótce zrozumiałem, że jest to schronienie iluzoryczne. Marzec ’68 był tego brutalnym dowodem. Mój brat Jakub znalazł się w więzieniu, niektórzy przyjaciele wyjechali na emigrację. Wiedziałem, że nie będzie dla mnie miejsca na uniwersytecie. Pracę doktorską postanowiłem mimo wszystko skończyć w najkrótszym przewidzianym terminie. Jak jednak w tych warunkach w ogóle pisać, rozmawiać, jak uzyskać prawo głosu?

Od najmłodszych lat miałem wewnętrzne przekonanie, że żyję w świecie dwoistego zniewolenia, przez wrogie imperium i narzuconą ideologię. W Warszawie jesienią 1969 roku to poczucie dominacji było przemożne. W ramach jakichś tam partyjnych szamaństw, w związku ze zbliżającą się rocznicą bolszewickiego wodza, na największym budynku stolicy mojego kraju, wybudowanym przez wschodnie imperium jako widomy znak panowania nad miastem i krajem, zawisł olbrzymi, na wiele pięter, portret Lenina. Poczułem się obrażony i osaczony. I do gruntu poniżony. Atakowała mnie ta twarz, gdy szedłem przez wymiatany wiatrem pusty plac na ostatnie zajęcia ze studentami. W odruchu obrony postanowiłem spisać — w oparciu o lektury Miłosza i Orwella, Wata i Herlinga‑Grudzińskiego, Zdziechowskiego i Kucharzewskiego, Mochnackiego i Żeromskiego — moje przemyślenia nad mechanizmami wschodnich czarów, nad istotą rosyjskiego maksymalizmu.

Przy pisaniu towarzyszyła mi, jako kontrapunkt, inna twarz, starszego brata Jakuba, który od miesięcy był nieobecny w domu, znajdował się niedaleko od pokoju przy ulicy Narbutta, w którym wystukiwałem moje wywody, siedział w areszcie śledczym przy ulicy Rakowieckiej.

Wiele jeszcze cieni towarzyszyło mi w tym wyzwalającym zapisie: pisarze zbójeccy, ci, których nie tak dawno dane mi było poznać w Paryżu i Londynie, ci spotkani na kartach książek czytanych z wypiekami. To kontakt z ich słowem miał znaczenie decydujące. Nie zawsze sam wychwytywałem te powinowactwa z wyboru, a i pisząc, celowo starałem się je ukryć, aby utrudnić identyfikację autora. W samym zakończeniu szkicu pojawił się cień Kazimierza Wierzyńskiego. Napisałem: „«Kiedy świat wyjdzie z kataklizmu zwanego Sowietami…» — tak zaczął niegdyś Kazimierz Wierzyński szkic o Borysie Pasternaku”. Pamiętam prawie zmysłowe zachłyśnięcie się oczywistością, gdy jakieś siedem lat przed napisaniem W polskich oczach natrafiłem w numerze „Kultury” z marca 1961 roku na te słowa poety. „Gdy świat wyjdzie z kataklizmu zwanego Sowietami, gdy załamie się ich terror, a na ziemiach rosyjskich zacznie się inne życie, ludzkość stanie przed niezliczonymi zagadkami i w zdumieniu badać będzie ciemną przepaść minionej epoki”. Te słowa na zawsze trafiły mi do głowy i do serca. Nie miałem jeszcze wtedy dwudziestu lat.

Wierzyński nie był wówczas pisarzem szczególnie mi bliskim. Choć obdarowywałem pisarzy emigracyjnych raczej kredytem sympatii, to poetów sądziłem pragmatycznie: czy ich wiersze działały na mnie. Byłem — i jestem — stworzeniem poezjożernym, potrzebuję wierszy jako codziennego pokarmu. Na Wierzyńskiego pozostawałem wtedy głuchy. A jednak przytoczone zdania uderzyły mnie oczywistością: ależ tak, tak trzeba myśleć o tym nieszczęściu, które zwaliło się na Rosję i na cały świat wraz z triumfem rewolucji bolszewickiej. Nie porywać się na dawanie dat, kiedy wyjście z kataklizmu nastąpi, tylko starać się nazwać ów kataklizm, bo tak zdobędziemy władzę mówienia o naszym świecie.

Kilka lat po przeczytaniu tych słów (kilka lat w tym wieku może stanowić całą epokę) dane mi było latem 1965 roku poznać w Londynie Kazimierza Wierzyńskiego. Dowiedział się od Juliusza Mieroszewskiego, że przyjechał młody człowiek z kraju interesujący się literaturą. Wierzyński odezwał się do mnie i zaproponował spotkanie. Nie potrafiłem chyba w pełni wyrazić mu wtedy wdzięczności za owe słowa o kataklizmie, z którego świat kiedyś wyjdzie. Po naszym pierwszym spotkaniu Wierzyński odezwał się raz jeszcze i zaprosił na kolację do Włocha, wyciągnął na nią także Juliusza Mieroszewskiego — dzięki temu należę do nielicznych osób, które miały okazję oglądać Mieroszewskiego duszę towarzystwa. Rozluźniony, opowiadał zabawne historyjki z II Korpusu, o tyle sympatyczniejszy niż w politycznych spekulacjach, które roztaczał w swojej pustelni na Chiswicku, gdzie panem domu wydawał się złośliwy jamnik szczekający pod wyleniałym kraciastym kocem.

Głos Wierzyńskiego dotarł do mnie w przejmujący sposób w Warszawie na początku 1969 roku. Byłem przez wszystkie te lata, od listopada 1956 roku, od stłumienia powstania węgierskiego, do końca, do lat dziewięćdziesiątych, wiernym codziennym słuchaczem Radia Wolna Europa. I pamiętam, jak w czasie audycji zaraz po pogrzebie w Pradze Jana Palacha, który spalił się na znak protestu przeciw interwencji w Czechosłowacji państw Układu Warszawskiego, przejęty spiker oświadczył, że w londyńskim studio, rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa zjawił się Kazimierz Wierzyński i przeczyta właśnie napisany wiersz Na śmierć Jana Palacha. Dwa tygodnie potem poeta już nie żył, zmarł nagle na atak serca.

Latem 1969 roku udało mi się dostać paszport i mogłem w Maisons‑Laffitte przeczytać ostatni tom Wierzyńskiego Sen mara, przygotowany dosłownie w przeddzień śmierci, a w nim ten wiersz, jeden z piękniejszych po polsku — Zaklęty:

 

Wciąż musiałem się śpieszyć przez noc i wertepy
W górę i w dół, i szeptem powtarzać zaklęcia,
Nie mówcie, że zbłąkany, mówcie o mnie ślepy
Od miłości, goryczy, od klęsk i od szczęścia.
Tyle tutaj doznałem, ile doznać można,
I nie wiem, czy w mym sercu coś jeszcze się zmieści,
Dlatego droga moja tak była bezdrożna
I tak skłócone o niej pisałem powieści.
Ale wiodło mnie jedno i z tym tu powrócę,
Jeśli kto kiedy moje odmierzy obszary:
Nawet wątpiąc o sobie, wiedziałem o sztuce,
Że nad wszystko, nad zgubę, dotrzymam jej wiary.

 

Ten wiersz przepisałem sobie i przywiozłem do Warszawy. Towarzyszył mi w tamte jesienne dni 1969 roku, gdy pracowałem nad szkicem W polskich oczach.

Wystukiwałem go na maszynie do pisania, którą dostałem od Andrzeja Rapaczyńskiego. Musiał ją zostawić, gdy wyjeżdżał z Polski jesienią 1968 roku. Nie miałem wprawy, był to pierwszy tak długi tekst, jaki zdarzyło mi się napisać. Maszyna była przedpotopowa, zamykana w drewnianym pudle, mocno zdezelowana, ale wtedy każda maszyna stanowiła bezcenne dobro. Kilka miesięcy później wystukałem na niej jeszcze doktorat. Czcionka „o” coraz bardziej się obluzowywała, w końcu wyskakiwała i trzeba było ją ręcznie dopisywać. Następnie przyjaciel przekazał mi starego biurowego underwooda, a wreszcie, w 1975, gdy dostałem Nagrodę Kościelskich, mogłem za nią kupić w Rzymie przenośną olivetti z polskimi czcionkami. Wiernie służyła mi do wyjazdu na kilkumiesięczny pobyt za granicę we wrześniu 1981 roku. Przeciągnął się na wiele lat.

Szkic W polskich oczach, istniejący w jednym egzemplarzu, pokazałem jednej tylko osobie, Henrykowi Krzeczkowskiemu. Poznałem go dwa lata wcześniej. Należał do najciekawszych ludzi, jakich zdarzyło mi się w życiu spotkać. Nie wiedziałem wówczas o nim zbyt wiele, ale darzyłem go zaufaniem. Przyglądałem się mu z życzliwą uwagą. Rozumiałem, że przeszedł daleką i trudną drogę. Czułem, że jest człowiekiem mądrym, dobrym i wobec spraw zasadniczych gruntownie uczciwym. Dzisiaj, pół wieku od naszego poznania, trzydzieści lat od jego śmierci, po paru dziesięcioleciach spędzonych na studiowaniu jego biografii, na przygotowywaniu książki o nim — mogę powiedzieć, że mój sąd tylko się potwierdził: był człowiekiem mądrym, dobrym i wewnętrznie uczciwym. Jego przyjaźń stanowiła piękny dar, który rozświetlał moją drogę. Starałem się na ten dar zasłużyć. Wymagało to wyobraźni, przenikliwości umysłu i szczodrobliwości serca — z obu stron. Jego twarz jest też wpisana jak znak wodny w teksty, które wtedy pisałem. Rozmowa z nim — a raczej dialog, który rozgrywał się w mojej głowie, gdy słuchałem jego barwnych opowieści — była sztuką niełatwą i nie wszystkim dostępną. Trzeba się było jej nauczyć, rozróżniać to, co było lotem fantazji, a co materiałem do refleksji. Jeśli potrafiło się zdobyć na ten zabieg, rozmowy przynosiły ważną lekcję patrzenia na siebie, na świat.

Nie mówiłem Henrykowi, kto jest autorem przyniesionego szkicu, po co mu go daję, to się rozumiało z kontekstu naszych dotychczasowych rozmów. On sam zaproponował, abym mu tekst zostawił, znów: nie formułując wyraźnie, w jakim celu. Wiedziałem, że Henryk kilka miesięcy wcześniej napisał do paryskiej „Kultury” wspomnienie o Annie Kowalskiej pod pseudonimem Mikołaj Sawulak. Była to jego pierwsza publikacja w tym piśmie (ale przecież w „Tygodniku Powszechnym” zaczął drukować też niedawno). Wyobrażałem sobie, że Henryk przesłał swój tekst dzięki kontaktom z zachodnimi dyplomatami i dziennikarzami i to samo zrobi z moim szkicem. Tu się pomyliłem — a dzisiaj, znając jego sekretne dzienniki i dokumenty związane ze służbą w wywiadzie w latach 1946–51, lepiej rozumiem, że warunkiem śmiałej i uczciwej budowy nowej twarzy, nowej osobowości, było odrzucenie podwójnej gry.

Domyśliłem się, że Henryk wybrał inną drogę działania, gdy usłyszałem od niego rzucone mimochodem słowa, że Kisiel wyraził się z uznaniem o rozważaniach na temat rosyjskiego maksymalizmu. Nie byłem tą informacją zachwycony. Stefan Kisielewski, którego odwagę podziwiałem, znany był z gadatliwości i zamiłowania do drażnienia władzy i kolegów nieprawomyślnymi historyjkami. Nie komentowałem jednak tej informacji, jakby mnie nie dotyczyła.

I oto w drugiej połowie maja 1970 roku usłyszałem od Henryka, że w najnowszym numerze „Kultury” został opublikowany szkic W polskich oczach autorstwa… Tomasza Stalińskiego. Trzeba pamiętać, że wówczas pod tym pseudonimem ukazała się tylko powieść z najwyższych sfer partyjnych Widziane z góry, a władze starały się wytropić jej autora. Podobno odbyła się nawet rewizja w domu Jerzego Putramenta na Mazurach, niegdyś głównego politruka w literaturze, w poszukiwaniu śladów Stalińskiego. Henryk był zaniepokojony tą informacją, ja także, bo niedawno przecież odbył się proces mojego brata Jakuba, który został skazany właśnie za imputowane mu kontakty z „Kulturą”. Najbardziej jednak był przejęty powstałą sytuacją Stefan Kisielewski, z jego Dziennika można wyczytać niepokój. To było chyba pomyślnym elementem całego tego qui pro quo. Nie pozwalał sobie na żadne dowcipy czy aluzje na ten temat.

Może były też inne pozytywne strony owego autorstwa. Tekst ten otwierał w 1970 roku majowy numer „Kultury”. Redakcja skomentowała, że „szkic Tomasza Stalińskiego porusza jeden z najważniejszych problemów, stojących przed nami”, zaznaczała odmienność poglądów i zapowiadała dyskusję w kolejnych numerach. W tym czasie znałem wprawdzie Giedroycia i spędziłem w gościnnym domu „Kultury” parę tygodni, rozmawiając z redaktorem, ale można mieć wątpliwości, czy wypowiedź młodziutkiego terminatora pióra i właściwie debiutującego publicysty zostałaby w podobny sposób uhonorowana. W następnych numerach ukazały się dyskutujące z tekstem głosy Jerzego Pomianowskiego i Józefa Lewandowskiego. To wówczas, w numerze lipcowo‑sierpniowym z 1970 roku, redakcja wyjaśniła: „Otrzymaliśmy ostatnio dużą ilość rękopisów z kraju, co — przy skomplikowanych warunkach — spowodowało, że przez omyłkę szkic W polskich oczach (majowy zeszyt «Kultury») przypisany został Tomaszowi Stalińskiemu. Jego autorem jest ZENON MIELNICKI. Przepraszamy obu naszych współpracowników krajowych za tę omyłkę”. Gdy w 1972 roku, już po upadku Gomułki, znów odwiedziłem Maisons‑Laffitte, przyznał mi się kochany Zygmunt Hertz, że to on wymyślił tego Zenona na cześć ówczesnego kacyka numer dwa, Kliszki. Nikt mi nie udzielał wówczas wyjaśnień na temat pomyłki z autorstwem i na temat dróg, jakimi tekst dotarł do redakcji, sam nie chciałem się zbytnio wypytywać. Niedyskrecje mogły nadal mieć nieprzyjemne skutki.

Po upadku komunizmu próbowałem dowiedzieć się więcej o krążeniu tekstów i informacji w tamtych latach. To istotny temat. Wiedziałem, że nikt za mnie nie zajmie się wyjaśnieniem tych sekretów. Wreszcie w roku 2011 pojechałem do archiwum Instytutu Literackiego, aby w korespondencji Giedroycia z tamtego okresu odnaleźć ślady mojego szkicu i przemiany autorstwa. Zrozumiałem już wcześniej, że teksty Stalińskiego otrzymywał Giedroyc z Monachium. Uważałem, że to Władysław Bartoszewski je przekazywał, co on sam potwierdzał. Nie potrafił mi jednak powiedzieć, czy mój artykuł też powędrował tą drogą. Bartoszewski zaczął prowadzić bezpośrednią korespondencję z Giedroyciem znacznie później, niż został wydrukowany mój tekst. Znalazłem na temat owego szkicu wzmianki w teczkach z listami Miłosza („Przyszła «Kultura» z artykułem Stalińskiego. To poważny i rozumny człowiek, tylko zbyt polski”, na co Giedroyc odpowiedział: „Artykuł Stalińskiego szalenie mnie zdenerwował. Drukowałem go jedynie dlatego, że jest niesłychanie typowy dla myślenia Polaków i zdecydowałem się, by ten problem gruntownie przedyskutować w «Kulturze». […] Bardzo liczę, że zechcesz się włączyć do dyskusji nad tym artykułem”) i Herlinga‑Grudzińskiego (jak zorganizować dyskusję i wciągnąć do niej także Czapskiego, Miłosza, Pomianowskiego). Nie zdołałem jednak się dowiedzieć, kiedy i w jaki sposób doszła do Giedroycia informacja, że tekst ten został mylnie przypisany Tomaszowi Stalińskiemu.

Rozwiązanie zagadki przyniósł list znaleziony w teczce Andrzeja Micewskiego:

Szanowny Panie Redaktorze!

Bardzo zdziwił mnie fakt, że w majowym numerze Pańskiego miesięcznika znalazłem artykuł W polskich oczach podpisany moim imieniem i nazwiskiem. Zdziwienie nie było przykre, szkic ten bowiem uważam za znakomity i nader bliski moim poglądom. Rzecz jednak w tym, że ja go wcale nie napisałem. Przypuszczam, że nieporozumienie wynikło z trudności „kolportażowych”, na jakie napotyka wysyłanie swobodnej myśli z kraju i do kraju. Życząc postępu w tej dziedzinie pozostaję z szacunkiem, nader zaszczycony przypisanym autorstwem tej ciekawej pracy.

Gdzieś nad Wisłą w czerwcu

Tomasz Staliński

U dołu napis ołówkiem, przez archiwistę, zapewne wyjaśnienia Giedroycia: „[Stefan Kisielewski] pisany przez A. Micewskiego”.

Ten list wysłał zapewne Andrzej Micewski z Wiednia. W jego teczce znajduje się też pisany na bibułce list Kisiela do Giedroycia upoważniający Micewskiego do załatwiania jego spraw, także finansowych. A w liście datowanym 30 czerwca 1970 roku, adresowanym do Wiednia, Giedroyc informuje Micewskiego: „W numerze lipcowym daję wyjaśnienie co do Stalińskiego, informując czytelników, że go pomyliłem z Zenonem Mielnickim. Mam zamiar niszczyć Mielnickiego jak najgwałtowniej. Musi się przygotować na solidne cięgi”. Znalazłem więc odpowiedź na pytanie, kiedy Giedroyc dowiedział się, że autorem tego szkicu nie jest Tomasz Staliński. Nadal nie wiem, kiedy i przez kogo został poinformowany, że to ja napisałem ten tekst.

 

W czerwcu 1972 roku znów udało mi się wyjechać na Zachód. Było to już w zmienionej sytuacji. Zniknął Gomułka, na jego miejsce przyszedł Gierek. Mój brat Jakub wyszedł z więzienia. Wprawdzie obroniłem pracę doktorską, nie wróciłem jednak na uniwersytet. Rozpocząłem współpracę z „Tygodnikiem Powszechnym”. Przed samym wyjazdem zakończyliśmy pisaną razem z Marcinem Królem dla Znaku książkę Sylwetki polityczne XIX wieku (Henryk Krzeczkowski zachęcał nas do tego projektu), złożyłem w Czytelniku tom Antologia współczesnej krytyki literackiej we Francji (tu Henryk też okazał się pomocny: gdy byłem bez pracy, namówił Michała Sprusińskiego do zamówienia u mnie tego opracowania). W Paryżu czekała na mnie Krysia Kisielewska, córka Stefana, miałem dla niej przesyłki od rodziny i znajomych. Dzięki Krysi znalazłem schronienie w niedawno wybudowanym Cité des Arts. Wacek Kisielewski i Marek Tomaszewski akurat wyjechali i mogłem nocować w ich atelier. Potem przeniosłem się do Maisons‑Laffitte. Znów zostałem zaproszony, aby zamieszkać w „Kulturze”, w gościnnym pawilonie, na piętrze, w pokoju, który zazwyczaj zajmował Gustaw Herling‑Grudziński. Na półkach stały roczniki „Kultury”, na dole była część biblioteki. Oddawałem się orgii lektur.

Jeszcze przed wyjazdem w Warszawie udało mi się uzyskać dostęp do nowej publikacji Tomasza Stalińskiego. Ogłoszone w 1971 roku Cienie w pieczarze były drugą książką wydaną przez Instytut Literacki w Paryżu pod tym pseudonimem. Jeżeli autorstwo Widzianego z góry, powieści z kluczem o jednym z ówczesnych wysokich bonzów partyjnych, pozostawało tajemnicą i wiele było domysłów, kto miał tak dobre rozeznanie konfliktów, napięć i ambicji w komunistycznej wierchuszce, to Cienie w pieczarze stanowiły rodzaj wewnętrznej spowiedzi sobowtóra Stefana Kisielewskiego. Była to opowieść o tym, jak niweczona jest duchowa i materialna suwerenność Polaków pod komunizmem, jak odbierana jest im pamięć, jak słowa tracą dawny sens i zostaje im narzucone przemienione znaczenie. I jak bohater książki, podobny jak dwie krople wody do Stefana Kisielewskiego, aby się ratować, postanawia dać świadectwo prawdzie, uwiarygodnić, utrwalić sekretny nurt świadomości. Chce się wymknąć działaniu wschodnich czarów. W tym celu zamierza je opisać. Weźmie udział w „boju napowietrznym”, który toczy się w polskich umysłach. Spróbuje odzyskać skradzione mu niepodległe słowo, zdobyć głos, utrwalić pamięć. Może w ten sposób zdoła dotrzeć do rzeczywistości i samemu umocnić swą rzeczywistość.

Ta książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Wydała mi się najlepszą powieścią o PRL (nadal ją za taką uważam). Jej napisanie stanowiło akt odwagi cywilnej, politycznej, ale też artystycznej. Zawarty w Cieniach w pieczarze autoportret w przymglonym zwierciadle należy do najmocniejszych dzieł Stefana Kisielewskiego, stanowi kontynuację, ożywienie i rozwinięcie niezapomnianych dokonań, jakimi były jego wczesne felietony, z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych, w „Tygodniku Powszechnym” (takie jak Ten ci jest śmiercią ode mnie starszy… czy O prywatnej a ulubionej zgniliźnie) i artykuły zaraz powojenne wydane w 1949 w tomie Polityka i sztuka (zwłaszcza Krytykom Kościoła i Pochwalam Kraków z 1946 roku — zaczynający się od słów: „Siedziałem na premierze Wesela w teatrze im. Słowackiego w Krakowie i — połykałem łzy”).

Tymi wcześniejszymi dokonaniami Stefana Kisielewskiego zajmowałem się w owym czasie, starałem się je przypomnieć czytelnikom. Napisałem szkic Kisielizm jako duchowa forma życia, w którym żartobliwie przedstawiałem Krótki Kurs Kisielizmu: wyróżniłem cztery prawa dialektyki w kisielizmie, w tym prawo przechodzenia cierpików w szczęśniaków (i odwrotnie) oraz prawo przemijającego wtorku i wiecznej niedzieli, z których byłem szczególnie dumny. Cenzura kilkakrotnie konfiskowała ten tekst, ale Kisielowi się spodobał i mianował mnie swoim nekrologistą — wypisywał mi ten zaszczytny tytuł w licznych dedykacjach na swoich książkach. Mam nadzieję, że godnie wypełniam powierzoną mi misję, gdy po dziesięcioleciach jeden z rozdziałów Szkiców sekretnych, książki o „boju napowietrznym”, o poszukiwaniu Głosu, o odbudowywaniu pamięci, poświęcam przejmującej spowiedzi Stefana Kisielewskiego.

Wystukałem rozważania o Cieniach w pieczarze w domku gościnnym „Kultury” na maszynie, która służyła zazwyczaj Gustawowi Herlingowi‑Grudzińskiemu, gdy raz na kwartał przyjeżdżał na paryski miesiąc. Przy kolacji opowiadałem o zafascynowaniu tą książką. Jerzy Giedroyc robił smutną minę spaniela i uśmiechał się z ironią. Gdy oddałem mu tekst, powiedział, że to przykład, co może zrobić inteligentny krytyk z książką, którą on sam uważa za wyraz wieloznaczności i dramatycznej bezradności Kisiela. Wkrótce po napisaniu, w sierpniu 1972, wyjechałem z Paryża w moją pierwszą podróż do Włoch. W Wenecji spotkałem się z Andrzejem Rapaczyńskim, pierwszy raz po jego wyjeździe na emigrację w 1968 roku. Razem oglądaliśmy Rawennę, Ferrarę, Florencję, Sienę, Orvieto, Neapol, Capri, wybrzeże amalfitańskie, Paestum. W Rzymie Andrzej zaprowadził mnie na via Ofanto, poznałem Miriam Chiaromonte. Andrzej z Wandą wrócili do Stanów. Zamieszkałem u Miriam. Na poczcie na Piazza San Silvestro odebrałem przesyłkę z „Kultury” z korektą tekstu o Cieniach w pieczarze. Natychmiast ją odesłałem. Szkic zatytułowany Słowo niepodległe ukazał się pod pseudonimem Jacek Salski we wrześniowym numerze „Kultury” z 1972 roku.

 

Po powrocie do Warszawy zacząłem regularną współpracę z „Twórczością”. Wśród pierwszych szkiców było wprowadzenie w dzieło i życie Nicoli Chiaromontego (zaczyn Prywatnej historii wolności) oraz esej o Obrazach Włoch, arcydziele Pawła Muratowa wtedy właśnie opublikowanym po polsku we wspaniałym przekładzie Pawła Hertza (tak rozpocząłem Pamięć Włoch). Szukałem własnego głosu, jakim mógłbym wyrażać ważne dla mnie sfery rzeczywistości, przy zrozumieniu bolesnych ograniczeń, chwiejności tego rodzaju przedsięwzięcia. Cenzura stanowiła utrudnienie w rozmowie ze światem, ale mobilizowała też do różnicowania wypowiedzi, wyostrzała słuch czytających.

W lecie 1974 roku znów pojechałem na Zachód. Zacząłem od Włoch. Na Stazione Termini w Rzymie czekał na mnie Andrzej Rapaczyński w towarzystwie Karola Bergera — wtedy go poznałem, mogę więc dokładnie określić dzień i godzinę naszego pierwszego spotkania, pociąg z Wiednia spóźnił się i zjawiłem się na Termini kilkanaście minut po północy. Przenocowałem u Miriam. Następnego dnia wyruszyliśmy we czwórkę (Wanda, Andrzej, Karol i ja) na południe, do Neapolu, Paestum, na Capri i na Sycylię. Miriam zawiadomiła o naszym przyjeździe Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego. Byliśmy u niego we czwórkę zaraz po przyjeździe do Neapolu, poprosił mnie, abyśmy się spotkali sami następnego dnia. Przyszedłem na via Crispi zaciekawiony, choć serce wyrywało się do muzeum na Capodimonte, gdzie nie zdążyłem pójść za tym pobytem. Gustaw z miejsca przedstawił sprawę. Z zasady nie ma zwyczaju namawiać ludzi piszących na zostanie na Zachodzie, raczej postępuje przeciwnie, wie dobrze, jakie trudności są związane z wyborem takiej drogi. Uważa jednak, że powinienem się zastanowić. Zbliża się nieunikniona generacyjna zmiana warty, ktoś powinien przejąć po nich, po pokoleniu wojennej emigracji, obowiązki obrony wolnego polskiego słowa. Od lat jestem przecież zainteresowany polską literaturą emigracyjną. Sądzi, że to jest moja droga. A zresztą wracam z włoskiej wyprawy przez Paryż, na pewno te sprawy wyjdą w moich rozmowach z Giedroyciem.

Poszliśmy na spacer po Spacca Napoli. Gustaw jak czołg parł naprzód, nie zważając na samochody (i na mnie), od czasu do czasu rzucał tylko pocieszające: „Włosi świetnie prowadzą”. W uszach brzęczały mi jego słowa wypowiedziane na via Crispi. Tematyka naszej rozmowy nie była całkowitym zaskoczeniem. Szukałem przecież od lat własnego miejsca, które pozwoliłoby w sposób twórczy i uczciwy wyjść poza „koła magiczne” wyznaczane przez współczesną myśl i współczesną politykę. I po to pisałem „szkice sekretne”, zamieszczane w „Kulturze” i w „Twórczości”, i w „Tygodniku Powszechnym”, aby to miejsce wybudować. Rozumiałem jednocześnie, jak niebezpieczne jest zamknięcie ideologiczne i instytucjonalne w jednej przegródce, choćby najmocniej związanej z bliską mi sprawą. Póki będzie to możliwe, nie zamierzałem zmieniać adresu, a także uzależniać się od jakichkolwiek partii czy ugrupowań.

Spędziłem jednak bezsenną noc w neapolitańskim hoteliku przed dalszym ciągiem naszej wyprawy. Wkrótce widoki na Capri, słońce padające na greckie kolumny sycylijskich świątyń, obrazy w kościołach Rzymu, muzea Toskanii i Umbrii przywróciły właściwe proporcje problemom. W Rzymie zatrzymałem się znów u Miriam Chiaromonte. Napisałem w studio Nicoli szkice, które weszły potem do Pamięci Włoch, stanowią w pewnej mierze moją odpowiedź na dylematy, które poruszył Gustaw w neapolitańskim monologu.

W czasie włoskich wędrówek prowadziłem w sobie sekretny dialog z przedstawionym przez Gustawa widzeniem sytuacji. Także jego pisarstwo, szkicowane przez niego poszukiwanie własnego głosu, własnej drogi, pomagało mi w znalezieniu wyjścia z tych dylematów. Czego szukałem? Głosu, siły, pamięci. Potrzebny był dystans do nieprzyjaciela, zdobycie języka zdolnego operować w wielu sferach, umiejętność przyswajania całej złożoności zewnętrznego świata, aby ocalić swój wewnętrzny świat. To wówczas, w naszych rozmowach na Capri, na Sycylii, wobec świątyń Agrygentu, Segesty, powracała często postać Fryderyka Nietzschego, to dlatego w Pamięci Włoch pisałem o nim, o Dionizosie w Sorrento, i jego twarz prześladowała mnie jako wyzwanie i ostrzeżenie.

W końcu października 1974 przyjechałem z Rzymu do Paryża. Znów zamieszkałem w domu „Kultury”. Na owej Gustawowej maszynie wystukałem szkic O duchu bezprawia, starałem się opisać negatywną stronę Monteskiuszowego Ducha praw, otwartym tekstem prezentowałem esencję pomnikowego dzieła Jana Kucharzewskiego, które przedstawiało przemiany i jedność maksymalizmu despotycznej carskiej Rosji i wówczas dopiero się formującej bolszewickiej despotii. O duchu bezprawia ukazało się w grudniowym numerze „Kultury” z 1974 roku pod pseudonimem Kazimierz Opaliński. Tych wątków nie mogłem oczywiście nakreślić tak wyraźnie i jednoznacznie w tekstach drukowanych pod nazwiskiem w kraju, udawało mi się jednak przekazywać motywy podobne w szkicach pisanych do „Twórczości”, która była pod mniej czujnym nadzorem cenzury niż „Tygodnik Powszechny”.

Podczas posiłków rozmawiałem na tematy związane z moim tekstem z Jerzym Giedroyciem, który w liście do Czesława Miłosza z 19 listopada 1974 roku napisał: „Jest u nas Wojciech Karpiński. Niezmiernie ciekawy chłopiec, po którym sobie dużo obiecuję. Lubię go zresztą i za to, że zdumiewająco przypomina fizycznie i umysłowo Adzia Bocheńskiego”. Tematu poruszonego przez Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego w naszej neapolitańskiej rozmowie Giedroyc nie podejmował.

 

Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce zastało mnie w czasie podróży po Stanach. Nie miałem zamiaru dobrowolnie oddawać się w jego władanie. Przez kilka miesięcy zostałem w Ameryce, gdzie znalazłem tymczasowe zajęcie na Uniwersytecie Yale. Zamieszkałem następnie w Paryżu. Blisko współpracowałem z „Zeszytami Literackimi”. Starałem się kończyć i publikować książki wcześniej zaczęte. Gry z cenzurą były już zbędne. Szukałem głębszego usprawiedliwienia dla pisarskich projektów. Układałem konspekty zamierzonych książek. Były to sposoby porządkowania rzeczywistości, którą starałem się zrozumieć.

Najbardziej rozbudowany projekt powstał na Palatynie w Rzymie 18 stycznia 1987 roku, było to dokładnie w piętnastą rocznicę śmierci Nicoli Chiaromontego. Tematyką, która mnie pasjonowała, był związek przemiany i stałości. Jak być wiernym sobie i nie zastygać w schematach, jak się uczyć, jak czerpać nowe pokarmy ze świata i pozostać sobą? Punktem wyjścia czy też epigrafem był wiersz Goethego Błoga tęsknota, a zwłaszcza jego ostatnia strofa. Józef Czapski, którego też ten problem najgłębiej przejmował, zacytował ją we wprowadzeniu do monografii Pankiewicza i dał jej polski przekład: „I dopóki nie ma w tobie tego «umieraj i stawaj się», jesteś tylko smutnym przechodniem na mrocznej ziemi”. Chciałem prześledzić, jak ten problem rysował się w oczach wybitnych myślicieli i artystów. Nie interesowały mnie spekulacje filozoficzne, ciekawił mnie ludzki konkret. Zamierzałem pochylić się nad świadectwami, jakie zostawili, nad listami i autobiograficznymi wyznaniami.

Tego dnia wyszedłem na cały dzień na Palatyn. Siedziałem na ławce w Ogrodach Farnezyjskich. Rozpisałem ten projekt na głosy: miał tam być August von Platen, van Gogh, Nietzsche, Hofmannsthal (do szkicu Kapelusz Hofmannsthala zebrałem całą bibliotekę…), Tomasz Mann, korespondencja troista (Rilke, Pasternak, Cwietajewa), Wiaczesław Iwanow i Michaił Gerszenzon (Korespondencja z dwóch kątów), Błękitny Jeździec (Marc, Macke), Gombrowicz i Miłosz, Jeleński i Czapski. Plany układa się najłatwiej (wiem coś o tym), są jednak potrzebne. Pomagają w wyznaczaniu sekretnych linii, znaków wodnych. Z tych projektów tylko Nietzsche, potem van Gogh oblekły się w ciało, a raczej w słowo.

Dlaczego Nietzsche? Jego cień towarzyszy mi od dziesięcioleci. Gdy w maju 1968 roku, po wydarzeniach marcowych, przeprowadzano u nas w domu rewizję (trwała długo, ubecy wezwali posiłki przestraszeni liczbą książek, po jej zakończeniu nasza gosposia powiedziała porozumiewawczo do mojej matki: „Dumasa schowałam do lodówki” — wzięła właśnie Hrabiego Monte Christo do czytania, a rozumiała, że to książki są poszukiwane), miałem wypożyczone z BUW‑u Narodziny tragedii i dla uspokojenia zajmowałem się wypisywaniem cytatów: „…widzieć wiedzę przez optykę artysty, sztukę jednak przez optykę życia…” — mam do dzisiaj tę kartkę.

Cień Nietzschego towarzyszył mi w wędrówkach po Włoszech, poszukiwałem jego śladów w Niemczech, w Szwajcarii. W paryskim mieszkaniu nad biurkiem wisi fotografia głowy, a właściwie olbrzymich wąsów i krzaczastych brwi, pod którymi widać magnetyczne spojrzenie. Mój amerykański przyjaciel Martin Malia, znakomity znawca rosyjskiej kultury i polityki, zdziwił się w pierwszym odruchu obecnością Gorkiego na tej ścianie. Kilku polskich gości dostrzegło wizerunek Piłsudskiego. To Nietzsche już po drugiej stronie szaleństwa.

Inna twarz towarzyszyła mi niczym kontrapunkt w przygotowaniach i w pisaniu studium o Nietzschem — twarz Konstantego Jeleńskiego. Patrzył na mnie ze ściany utrwalony na mistrzowskim rysunku Krzysztofa Junga. Po śmierci Kota w maju 1987, która dla nas była niepowetowaną stratą, raną wciąż bolącą, przygotowywaliśmy numer specjalny „Zeszytów Literackich”. Staraliśmy się utrwalić tę niezwykłą postać, połączenie błyskotliwości, lekkości, głębi spojrzenia, poezji i wdzięku. Krzysztofowi Jungowi udało się w tym rysunku pochwycić nieuchwytne, zatrzymać w liniach ołówka blask lotności, świetlistości i melancholii, to była zaiste „dobyta z wody twarz księżyca”, przeciwieństwo Nietzscheańskiej pychy, egotyzmu, uporu tego samospalającego się geniusza. W tym też czasie przygotowywałem wybór listów Kota Jeleńskiego do Czapskiego, drukowaliśmy je w „Zeszytach Literackich”, zostały wydane jako Listy z Korsyki, jedna z piękniejszych polskich książek. A dla mnie ważny kontrapunkt do Skrzydeł Nietzschego.

W Nietzschem stale coś mnie fascynuje i jednocześnie odrzuca. Jego filozofia, w kolejnych wersjach, była mi obca. Nie poruszał mnie nadczłowiek, nie dotykała nienawiść do chrześcijaństwa (zbyt całe to dzieło naznaczone było, zwłaszcza pod koniec życia, wręcz obsesyjnym naśladowaniem Chrystusa), jego Zaratustra wydawał mi się pozbawioną humoru wersją Kiplingowej Księgi dżungli. Cóż mnie w nim tedy ujmowało? Człowiek, który stale przezwyciężał sam siebie, który niezrównanym stylem opisywał swoje przygody ducha, ten człowiek dał światu przejmujący wizerunek własnej Pasji.

Nietzsche wielokrotnie wspominał o skrzydłach, skrzydłach myśli, podziwiał je u siebie, żałował, że innym ich brak, twierdził nawet, że należy mieć dwie pary, aby naprawdę swobodnie się poruszać. W ostatnich stronach przygotowanych do druku, dosłownie na kilka dni przed katastrofą w Turynie, w Dytyrambach dionizyjskich, ostrzegał (innych czy siebie?): „trzeba mieć skrzydła, gdy się otchłań kocha”, a w tym samym czasie, w Ecce homo, z dumą wspominał, że młody Henryk von Stein, gdy przybył zobaczyć się z nim do Sils‑Maria, od samego spotkania dostał skrzydeł i dał się porwać wichrowi wolności.

O Nietzschem napisano całe biblioteki. Rozważania filozofów mniej mnie poruszają niż portrety szkicowane przez pisarzy: Ernst Bertram, Tomasz i Klaus Mann, Stefan Zweig, Gottfried Benn, Daniel Halévy… jest jakaś dziwna siła, która każe mi wciąż od nowa pochylać się nad jego historią, opowiadać sobie to życie, w którym nic się nie wydarza, a przecież dokonuje się mityczny wzlot i upadek. Zapewne dlatego usiłujemy śledzić przygody tego Don Juana poznania, że odkrywamy w nim własne pokusy, w jego wędrówkach przez idee, wierzenia, zwątpienia szukamy własnych granic. I może najcelniej określiła sens wydarzenia, jakim jest w kulturze europejskiej dzieło i życie Nietzschego, cesarzowa Elżbieta, piękna Sissi z legendy, gdy powiedziała: „Nietzsche uczynił z siebie ofiarę, rzucając się w przepaść Czasu. Przepaść się zawarła. Możemy ją teraz przekroczyć”. To samo wyraził Tomasz Mann, gdy pisał o Nietzschem jako o synu i wnuku protestanckiej plebanii, w którym przesilił się XIX‑wieczny romantyzm i którego ofiarna śmierć na krzyżu myśli utorowała drogę niewymownej nowości.

Przygotowywałem się do pisania Skrzydeł Nietzschego, zbierałem wciąż nowe książki o nim i jego. W listopadzie 1988 przyszło zamówione u berlińskiej przyjaciółki niezrównane krytyczne wydanie jego pism i listów, które opracowali Giorgio Colli i Mazzino Montinari. Nie miałem już wymówek. Usiadłem 5 grudnia do maszyny (kupiłem ją w sklepie koło Odeonu za pierwszą pensję w CNRS w 1982 roku). Byłem całkowicie pogrążony w pracy. O czwartej rano dzwonek do drzwi. Sąsiad z góry przyszedł poskarżyć się na hałas maszyny.

To był cios. Wyratowała mnie z opresji nazajutrz Barbara Toruńczyk. Rok wcześniej przebywała na stypendium w Stanach. Otrzymała wtedy od amerykańskiego pastora, sympatyka „Solidarności” i „Zeszytów Literackich”, jako dar komputer, macintosha, oczywiście stacjonarnego, innych wtedy zresztą jeszcze nie było. Basia przytaszczyła tę ciężką maszynę w bagażu ze Stanów. Teraz jej użyczyła. Dziwna skrzynka przypominała aparat telewizyjny z lat pięćdziesiątych z małym zielonkawym ekranem. Wkładało się dyskietki, raz z tekstem, raz z programem, do otworu gębowego w telewizorze i do małej przystawki. A więc mogę dokładnie wskazać dzień, kiedy zacząłem pisać na komputerze.

W tamtych dniach historia ruszyła naprzód. W kalendarzyku mam zanotowane: 9 grudnia 1988 przyjazd Wałęsy do Paryża, nazajutrz spotkał się z Sacharowem, dzień później z Polonią, 18 grudnia 1988 utworzono Komitet Obywatelski przy przewodniczącym „Solidarności” Lechu Wałęsie, od 6 lutego do 5 kwietnia 1989 trwały rozmowy Okrągłego Stołu. Śledziłem te wiadomości z przejęciem. W niewiarygodny sposób przybliżały się marzenia o wolności i niepodległości. A na imieniny w kwietniu 1989 dostałem z Warszawy w liście od Krzysztofa Junga mały obrazek. Przedstawiał drogę, z życzeniami, aby ta droga prowadziła mnie w piękne strony, w które on też się ze mną wybiera.

 

W październiku 1998 roku wybierałem się do New Haven, aby w Bibliotece Beinecke na Uniwersytecie Yale czytać rękopisy Nicoli Chiaromontego. Miałem także w planach pisanie szkiców o berlińskiej galerii malarstwa. We wrześniu oglądałem razem z Krzysztofem Jungiem jej nowo otwarty gmach na Kulturforum. Najlepiej obmyślane plany myszy i ludzi spotyka nieraz ten sam los, powiada Burns w znanym wierszu. W poniedziałek 5 października 1998 roku trochę przed szóstą po południu odebrałem w Paryżu telefon. Wiadomość, że Krzysztof Jung zmarł nagle w Warszawie na atak astmy. Zmieniłem plany. Przesunąłem wyjazd do Stanów o dwa tygodnie, pojechałem na pogrzeb do Warszawy, zajmowałem się porządkowaniem pozostawionych przez niego papierów.

Listopad 1998 roku spędziłem w New Haven. To miejsce było kilkakrotnie sceną ważnych wydarzeń w moim życiu. W lutym 1978 przyjechałem tu po raz pierwszy na dzień i od razu w niedawno otwartym Yale Center of British Art natrafiłem na znakomitą wystawę Davida Hockneya, komentarz do mojej amerykańskiej podróży, a potem wiosną chodziłem codziennie do biblioteki sztuki przygotowywać szkic o nim, który stał się częścią W Central Parku. W czasie następnej amerykańskiej podróży byłem tu tego wieczoru 12 grudnia (w Polsce była noc 13 grudnia 1981 roku), gdy dowiedziałem się, że połączenia z Polską są niemożliwe. Zostały zerwane. Na wiosnę 1982 miałem wykłady na wydziale nauk politycznych o autorytarnych i antyautorytarnych tradycjach w myśli rosyjskiej od Czaadajewa do Sołżenicyna. W bardziej szkolarskim ujęciu omawiałem tematykę, którą starałem się w sposób osobisty przedstawić w rozdziałach Prorok i Strona Tocqueville’a z W Central Parku. W bibliotekach czytałem książki związane z podróżą po Stanach z jesieni 1981 i codziennie w domu na Bradley wystukiwałem czystą wersję moich zapisków. Tutaj więc powstały także Amerykańskie cienie, choć notowałem je w różnych miejscach Ameryki (pamiętam, że na szczycie Hancock Tower, bostońskiego drapacza chmur ze wspaniałym panoramicznym obserwatorium, usiadłem na stopniach i wyjątkowo dobrze mi się pisało w zeszycie). W 1984 przyjechałem do Yale na konferencję na temat Polski. Wygłosiłem referat opublikowany potem w „Zeszytach Historycznych”. Niewiele z tamtych dni w New Haven pamiętam, raczej zatrzymałem obraz widmowego Nowego Jorku. W 1991, a więc już za wolnej Polski, przyjechałem do Yale na miesiąc, czytałem wtedy papiery Konstantego Jeleńskiego, zaglądałem także do Miłosza i do Wata. W bibliotece szukałem książek o Nietzschem, o Hofmannsthalu. Przygotowywałem się do kolejnego odcinka o van Goghu, interesowałem się Harrym Kesslerem, studiowałem Rembrandt Research Project, śledziłem publikacje na temat Rainera Fettinga.

Jesienią 1998 roku znów zjawiłem się w cudownych bibliotekach Yale. Byłem ciągle jeszcze otępiały, nie potrafiłem czytać z uwagą. Po pewnym czasie przyszło przebudzenie. Pomoc przynieśli pisarze zbójeccy. Poprosiłem w Bibliotece Beinecke o teczki Miłosza z rękopisami wierszy — Traktat poetycki, Gucio zaczarowany. Potem wziąłem rękopisy Gombrowicza z jego archiwum, sięgnąłem po rękopisy Klucza i haka i wierszy Wata. Czytałem listy Czapskiego i Herberta do Miłosza. W Beinecke znaleźli dom ci pisarze, którzy tak mnie poruszyli w młodych latach. Numery „Kultury” z lata 1963, z pierwszego mojego pobytu w Paryżu, traktowałem jako klasyczny wyraz czwartej polszczyzny — nie używałem wówczas tej trochę pedantycznej numeracji, ale z młodzieńczą siłą widziałem w ich tekstach wyraz mojej polszczyzny, mojej literatury. To doznanie powtórzyło się raz jeszcze, w sytuacji granicznej.

Zacząłem notować Głosy z Beinecke, najpierw w New Haven, potem w Paryżu. Tak powstała trzecia część Szkiców sekretnych. Pisałem ją na laptopie Macintosh, któremu nadal w różnych jego wcieleniach pozostaję wierny.

To żywa twarz Krzysztofa Junga towarzyszyła mi przy pisaniu tych rozdziałów. Pobudziła pamięć i wyobraźnię. Jak on potrafił się uczyć od natury, od ludzi, od książek i dzieł sztuki! W jego dobrych, świetlistych momentach umożliwiał tym, którzy zdobyli się wobec niego na zaufanie, duchowe otwarcie na wiele planów. Czerpał ze świata siłę i czynił innych silniejszymi. W sekretnej władzy otwierania na rzeczywistość, wzmacniania głosu i wzroku, był podobny do pisarzy zbójeckich — był dla mnie jednym z istotnych twórców Polskiego Odrodzenia w drugiej połowie XX wieku.

Podczas pisania trzeciej części Szkiców sekretnych wspierał mnie mały obrazek, gwasz na kartonie, miniatura dużego płótna, o zwiększonej jeszcze sile działania. Przedstawia drogę. W niewielkim pejzażu tkwi przedziwny ładunek energii: na pierwszym planie szeroka przestrzeń w różnych tonacjach czerwieni, po lewej trójkąt żywej zieleni, przechodzi środkiem w pasmo o zieleni tak ściemnionej, że aż brunatnej, prawie czarnej, jakby mroczna ściana lasu. U góry niebo, niebieskostalowe na horyzoncie, nad głową ożywa, ciemnieje, robi się po brzegach intensywnie szafirowe, przywodzi na myśl nieboskłon ze słynnego krajobrazu van Gogha, ale tutaj nie ma kruków, cała siła jest w zróżnicowaniu błękitów i ich kontraście z czerwienią i zielenią ziemi. Taką drogę utrwalił Krzysztof Jung i przekazał mi w liście do Paryża w kwietniu pamiętnego roku 1989. Skończyły się rozmowy Okrągłego Stołu, zbliżał się niewiarygodny koniec komunizmu w Polsce, ale istniał jeszcze mur berliński. A na obrazie wciąż rysowała się droga. I niebo, zmienne chmurami, wciąż trwało. I ziemia trwała w subiektywnej i przejmującej wizji artysty.

Na ten pejzaż patrzyłem, próbując utrwalić sekretną siłę głosu, jaka doszła do mnie z tekstów pisarzy zbójeckich, czytanych w Bibliotece Beinecke jesienią 1998 roku. Droga wisi u mnie na ścianie w paryskim mieszkaniu. Nadal otwiera ku wewnętrznym i zewnętrznym światom. Kieruje ku temu, czego szukałem i co starałem się opisać w Szkicach sekretnych. Chciałbym, aby z okładki rozświetlała zawartość tej książki.

Paryż, marzec 2017

WOJCIECH KARPIŃSKI 

Wstęp do książki Wojciecha Karpińskiego Szkice sekretne, Warszawa, Zeszyty Literackie, 2017.