WOJCIECH KARPIŃSKI, Opowieść o polskim Paryżu

Wspomnienia Wojciecha Karpińskiego, nagrane w latach 90. XX wieku, spisane i autoryzowane, ukazują się po rosyjsku na łamach „Nowej Polszy” w cyklu Zbójeckie książki i miasta w opracowaniu Piotra Mitznera. Drukujemy fragment pierwszego odcinka.

 

Spróbuję opowiedzieć, jak wygląda życie kogoś piszącego po polsku, pasjonującego się literaturą polską, kto mieszka w Paryżu. Tak się układa rytm mojego życia, że pracuję w nocy. W związku z tym śpię rano, a mówiąc dokładniej, śpię dosyć długo i czasem, gdy po przebudzeniu wychodzę do sklepu, żeby coś kupić do jedzenia, sprzedawcy mi mówią „dobry wieczór”. To jest trochę dziwne, ale już do tego przywykłem.

Mieszkam daleko od centrum, w XVI dzielnicy Paryża. Jest to dobra dzielnica jako adres, ale tam, gdzie mieszkam, to nie jest już ta dobra szesnastka, choć jest to ciekawe miejsce. Ciekawe dlatego, że to było centrum średniozamożnej emigracji rosyjskiej. Ci najzamożniejsi mieszkali niedaleko Łuku Triumfalnego. Sześćdziesiąt metrów od mojego domu, przy ulicy Boileau, poprzecznej do mojej ulicy Claude Lorrain, stoi dom numer 59, w którym mieszkał Vladimir Nabokov przed wyjazdem do Stanów Zjednoczonych. Stamtąd, w maju 1940 roku, gdy wojna już trwała, udało mu się z rodziną uciec przed Niemcami. Troszkę dalej, przy tej samej ulicy Boileau — jest duży dom, w którym mieszkało aż kilku pisarzy rosyjskich, między innymi Aleksiej Remizow, i we francuskim piśmie slawistycznym kiedyś czytałem korespondencję Remizowa i to była właściwie korespondencja między mieszkańcami tego domu, którzy między sobą oczywiście po rosyjsku się komunikowali. Gdy zamieszkałem w tej dzielnicy, koło Porte de Saint Cloud, jeszcze widywałem starsze małżeństwa, które między sobą mówiły po rosyjsku, a do sprzedawców mówiły francuszczyzną szalenie śpiewną i nie można się było pomylić, skąd te osoby pochodzą.

Polski Paryż bardzo się zmienił od pewnego czasu. Życie temu Paryżowi nadawało kilka instytucji emigracyjnych albo kilka miejsc, które siłą rzeczy awansowały do rangi instytucji. Kto przyjeżdżał do Paryża, ten prędzej czy później znajdował się w orbicie Księgarni Polskiej „Libella” na Wyspie Świętego Ludwika niedaleko Hotelu Lambert, księgarni prowadzonej przez Kazimierza Romanowicza i jego żonę, świetną pisarkę — Zofię Romanowiczową. Prowadzili tę księgarnię od roku 1946 i 31 grudnia 1993 roku działalność tę zakończyli. Na wieczorze u księży palotynów w Ośrodku Dialogu Andrzej Wat w rozmowie z Kazimierzem Romanowiczem powiedział, że właśnie były takie trzy–cztery polskie wyspy w Paryżu: Księgarnia Libella i Biblioteka Polska na Wyspie Świętego Ludwika, taką wyspą polską było oczywiście Maisons‑Laffitte i „Kultura” i taką wyspą dla mniej licznych, ale bardzo ważną, była osoba będąca równocześnie instytucją — to znaczy Konstanty Jeleński — ktoś niezwykle ciepły, serdeczny, ofiarny i kto dla kilku pokoleń polskich pisarzy, artystów, przyjaciół po prostu, był właśnie taką paryską Polską czy polskim Paryżem.

Później, od połowy lat siedemdziesiątych, taką kolejną polską wyspą, również zadziwiającą, był ośrodek księży palotynów. To było dzieło jednego, niezwykłego człowieka, ale przecież inspirowanego przez swoich przełożonych, osobiście przez kardynała Stefana Wyszyńskiego, który miał szerokie spojrzenie na obowiązki, zadania i na otwartość Kościoła — to było właśnie dzieło jednego człowieka, ks. Józefa Sadzika. Skupił on wokół siebie kilka wyjątkowych osób, czasami od ortodoksyjnego Kościoła zapewne odległych, ale którym były bliskie problemy duchowe, sensu życia, problemy sztuki. Założył więc ksiądz Sadzik ten Ośrodek Dyskusyjny — Centre du Dialogue. Tam byli przyjmowani wszyscy ludzie myślący otwarcie i szukający prawdy. Ten ośrodek też jest w środku Paryża, na ruchliwej ulicy, rue Surcouf, na parterze. Okna jednej, dość dużej sali, wychodzą na ulicę i są witrażami zaprojektowanymi przez Jana Lebensteina, przedstawiają wizję Apokalipsy. Nad stołem w sali, przy którym siedzą ci, którzy występują, wisi głowa Chrystusa zaprojektowana przez Alinę Szapocznikow, więc to Centrum Dialogu stało się też centrum polskiej sztuki metafizycznej. Występowali tam ludzie bardzo różni — bodajże to Stefan Kisielewski rozpoczął swoim odczytem działalność i występował tam potem wiele razy. Występowali ludzie z kraju i z emigracji. W czasie gdy podział na kraj i emigrację był bardzo wyraźny, w Centrum Dialogu nie przestrzegano tych rozróżnień. Byle tylko dana osoba budziła zaufanie i zainteresowanie, bez względu na przynależność polityczną mogła tam przyjść, można się było z nią spotkać. Dzięki złączeniu umysłowej powagi i otwartości było to miejsce bardzo ważne.

Z czasem pewne istotne elementy polskiego Paryża znikły i były to elementy nie do zastąpienia, cudowni ludzie, którzy, niestety, odeszli. Dwie osoby mam przede wszystkim na myśli, które były takim intensywnym i promieniującym istnieniem, wspomnianego już Konstantego Jeleńskiego, który zmarł w roku 1987. Od jego odejścia powstała luka, ponieważ to on łączył pewne środowiska francuskie z pewnymi środowiskami polskimi i nikt go nie zastąpił.

Druga osoba dziś boleśnie nieobecna to Józef Czapski. Dana mu była młodzieńczość do późnych lat osiemdziesiątych. Jeszcze w wieku lat osiemdziesięciu kilku, ku przerażeniu wszystkich, jeździł na mobiletce — takim pół rowerze, pół motocyklu — z domu „Kultury” do dworca w Maisons‑Laffitte. Później chodził o lasce, do bardzo późnych lat rzucał się w rozmowy na bliskie sobie tematy, oglądał jeszcze wystawy, chodził na polskie imprezy. Później już do niego przychodzono, ale też do ostatniego momentu było to niezwykłe promieniowanie. Bardzo nam jest wszystkim go brak. Ktokolwiek znalazł się w kręgu oddziaływania Józefa Czapskiego, wiedział, widział, czuł, że znajduje się w kręgu oddziaływania osoby niezwykłej. I jeszcze, że jest to element nie tylko kontaktu między dwiema czy trzema osobami, ale że jest to kontakt między wieloma osobami, który się i w przestrzeni, i w czasie nawiązuje — ponad podziałami generacyjnymi, ponad podziałami narodowymi. To promieniowanie zostaje w nas i jeśli ktoś ma w pamięci widok tej osoby, to na pewne rzeczy inaczej reaguje albo przynajmniej wie, że można inaczej reagować i wie, że są inni ludzie, którzy też w kręgu oddziaływania tej osoby istnieli i którzy zostali przez to głęboko naznaczeni.

To, o czym wspomniałem, to jest ten polski Paryż częściowo już odchodzący, ale częściowo jeszcze trwający w postaci Centrum Dialogu Ojców Pallotynów. Największe znaczenie, zupełnie zasadnicze dla wszystkich, miała zawsze paryska „Kultura”. „Kultura” paryska to pojęcie, które oznacza pismo, a równocześnie dom w Maisons‑Laffitte, który dzielił się jakby na dwie części, na dwa światy, dwie strony. Zawsze w Maisons‑Laffitte istniała strona Giedroycia — ideologa, człowieka, który rozmawiał tylko na tematy zasadnicze i rozmawiał tylko o tym, o czym chciał mówić, oraz istniała strona, którą przyjaciele tego domu określali stroną Zygmunta — Zygmunta Hertza — który był jakby ministrem spraw zagranicznych „Kultury”. On miał naprawdę kontakt z ludźmi, interesował się ludźmi. Gdy mówiłem o tych kilku instytucjach polskich i mówiłem o „Kulturze”, to myślałem przede wszystkim o osobie Zygmunta Hertza: jeździł jak wielbłąd obładowany paczkami książek, które podrzucał różnym osobom z kraju, do hotelu, na spotkania. Zajmował się dziwnymi zakupami dla nich. W Bibliotece „Kultury” ukazała się korespondencja między Zygmuntem Hertzem a Czesławem Miłoszem. Dokładniej mówiąc, są to listy Zygmunta Hertza do Czesława Miłosza. To bardzo ciekawa korespondencja, ale powiedziałbym, że w pewnym sensie Zygmunt Hertz — w moim odczuciu — był kimś lepszym i mądrzejszym, niż wynikałoby z tej korespondencji. On notował w tych listach różne plotki, zabawne dykteryjki, patrzył na świat i ludzi w sposób ostry, złośliwy, ale Zygmunt Hertz był osobą gruntownie, tak do szpiku dobrą i tę swoją dobroć chował pod maską cynizmu, czy takiego żartobliwego, ironicznego spojrzenia. Obawiam się, że może dla niektórych czytelników tej pasjonującej korespondencji jego dobroć nie jest na pierwszy rzut oka widoczna. To był naprawdę niezwykły człowiek, który dla mnie osobiście, dla Miłosza, dla Jana Lebensteina i wielu, wielu innych osób zrobił bardzo, bardzo dużo i sprawiało mu to przyjemność, że przyczynia się do tego, by innym było trochę lepiej na świecie.

Moje zamieszkanie na stałe w Paryżu łączy się z uczestniczeniem w powstawaniu i redagowaniu „Zeszytów Literackich” i utrzymywaniu tych „Zeszytów” przy życiu. „Zeszyty Literackie” są od początku dziełem Barbary Toruńczyk, której uporowi i pracy zawdzięczają swoje powstanie i trwanie. Są „Zeszyty” równocześnie rodzajem pomostu, który łączy grono piszących i grono czytelników rozrzuconych po świecie. Basia Toruńczyk przebywa obecnie między Mediolanem a Warszawą; ja mieszkam w Paryżu, ale czasem też podróżuję; Adam Zagajewski zarabia na życie, wykładając amerykańskim studentom, jak należy pisać po angielsku; Stanisław Barańczak jest profesorem Uniwersytetu Harwardzkiego; Ewa Kuryluk też dużo podróżuje, ale mieszka w Nowym Jorku i tam maluje, pisze i wykłada czasem na wyższych uczelniach amerykańskich; Ewa Bieńkowska mieszka pod Paryżem i współpracuje ze stacją naukową Polskiej Akademii Nauk w Paryżu; Tomas Venclova — Litwin, nasz przyjaciel i członek redakcji — wykłada na Uniwersytecie w Yale; Josif Brodski — wspaniały poeta i niezwykle miły przyjaciel — wykłada na Columbii i innych uniwersytetach amerykańskich… Ale naszym miejscem spotkania stworzonym właśnie przez Basię Toruńczyk są „Zeszyty Literackie”. Każdy z nas — tak mi się wydaje — chce umieścić tam to z pisarstwa własnego, a może jeszcze bardziej z pisarstwa innych, które jest mu bliskie, to właśnie, co jest dla niego ważne i czego mu brak w kulturze polskojęzycznej. Bez względu na to, czy uczestniczy w tej kulturze polskojęzycznej w sposób tak bezpośredni i intymny jak my, czy w sposób trochę dalszy jak Tomas Venclova czy Josif Brodski.

„Zeszyty Literackie” zaczęły się w Paryżu, jak wspomniałem, było to dzieło Barbary Toruńczyk, ale też pomagało w tym przedsięwzięciu wiele osób. Tu chciałbym wymienić człowieka, który bardzo nam pomógł na początku swoim spokojem, metodycznością — kogoś, kto nie jest literatem, nie jest człowiekiem piszącym — mam na myśli Krzysztofa Apta, który jest informatykiem. Pochodzi z Katowic, skończył studia na Uniwersytecie Wrocławskim, jest wybitnym matematykiem; wykłada na uniwersytetach amerykańskich i na Uniwersytecie Amsterdamskim. W tamtym czasie był zatrudniony w Paryżu w Państwowym Ośrodku Badań Naukowych. Miał małe mieszkanko i w tym mieszkanku stół, którego część to były „Zeszyty Literackie”, to znaczy miejsce, na którym przechowywał dokumenty, prowadził korespondencję z księgarzami, z drukarnią, skąd organizował wysyłkę „Zeszytów”, i od tego się zaczęło, z tego się rozkręciło coś, co stało się istotną i ważną częścią mojego Paryża.

Później, ku naszej wielkiej radości, w latach osiemdziesiątych nawet dwa podziemne wydawnictwa zaczęły publikować wersję krajową „Zeszytów Literackich” — w Krakowie i w Warszawie. Gdy stało się to możliwe, zaczęto publikować równolegle „Zeszyty Literackie” w Paryżu i w Warszawie. Później redakcja się przeniosła i teraz redakcja oraz administracja znajdują się tylko w Warszawie. Ale pozostały więzi przyjaźni i więzi współpracy w mocnym, intymnym i bliskim sensie tego słowa.

Otrzymujemy teraz listy z prowincjonalnych miast i miasteczek Polski, od nauczycieli czy od licealistów, którzy czytają „Zeszyty Literackie”. To ich przyciąga, że są tam teksty z całego świata. Jest nam bardzo miło i cieszymy się z tego, bo jest to spełnienie naszego zamierzenia. Wiem, że czytelnikom też jest taka szerokość spojrzenia potrzebna. Czasami „Zeszytom” zarzuca się elitarność czy zamknięcie w kręgu kultury wysokiej, te zarzuty jednak, jak myślę, wynikają z pewnego lekceważenia czytelnika, że on nie zrozumie, czy nie zechce czytać tego rodzaju tekstów. Najczęściej chce i może nawet jest za mało takiej przetworzonej i przyswojonej, i bliskiej nam literatury światowej i dokonań pisarzy europejskich.

Kiedyś spotkania ludzi związanych z „Zeszytami” odbywały się w pokoiku Basi Toruńczyk, kiedy mieszkała w Paryżu, ale spotkania większej liczby osób odbywały się właściwie tylko w Warszawie przy specjalnych okazjach, na przykład gdy przyjechał Miłosz czy Venclova, czy Barańczak… Oni razem występowali, ale przede wszystkim są to kontakty z Barbarą Toruńczyk, spotkania poszczególnych członków redakcji, kontakty osobiste i listowne.

Od początku zamieszczaliśmy na końcu zeszytu noty o autorach, bo to było przecież pismo emigracyjne i bardzo mało wiedzieliśmy o sobie wzajemnie. Był to rodzaj poczty redakcyjnej, informacje, gdzie ta osoba wykłada, co ostatnio wydała, nad czym pracuje… żeby i czytelnicy, i współpracownicy też mogli wiedzieć, co się dzieje w naszym kręgu.

To, co nas połączyło, to, co stało u początków, to był fakt, że 13 grudnia 1981 roku pewne grono osób znajdowało się za granicą, wówczas konkretnie w Stanach Zjednoczonych, a jeszcze konkretniej Basia Toruńczyk i ja byliśmy na Uniwersytecie Yale w New Haven. Ja byłem u przyjaciół, Basia miała stypendium doktoranckie. Gdy wyjeżdżałem do Stanów, nie myślałem o zostaniu na Zachodzie na stałe, ale po 13 grudnia wydało się nam to oczywiste, że powrót stał się niemożliwy. Stwierdziliśmy, że trzeba coś zrobić, co by umożliwiło kontynuację publikacji niezależnych polskich tekstów, niezależnej polskiej literatury. Przede wszystkim uważała tak Barbara Toruńczyk, która była przedtem w redakcjach nieoficjalnych pism: w redakcji „Zapisu” i w redakcji — oboje tam byliśmy — „Res Publiki”. Sytuacja była dramatyczna. Wielu naszych przyjaciół było internowanych, a my nie wiedzieliśmy nawet przez pierwsze dni i pierwsze tygodnie, jaki jest ich los. To się łatwo zapomina, ale tak było.

Potem, gdy sytuacja w Polsce coraz wyraźniej się utrwalała, stało się oczywiste, że nie wrócimy w najbliższym czasie i Basia coraz intensywniej myślała o stworzeniu pisma. Zresztą Czesław Miłosz i Konstanty Jeleński też byli u kołyski tego kwartalnika. Czesław Miłosz, którego spotkałem 16 czy 17 grudnia w Nowym Jorku, powiedział mi wówczas dwie rzeczy: jedną — że wita mnie jako pisarza emigracyjnego, a drugą — że trzeba wydawać pisma, że to jest forma przetrwania w momencie zagrożenia. Powiedział to ostro i wyraźnie. Miał przecież już dłuższe doświadczenie, jak takie sprawy przebiegają. Druga osoba to Konstanty Jeleński, który mieszkał w Paryżu i całe serce, całe swoje ciepło nam okazywał.

Jak wspomniałem, Basia Toruńczyk jako osoba bardzo energiczna całą sobą do tego dążyła. Moja rola polegała na tym, że przypominałem, jakie są kłopoty przy wydawaniu pisma: trzeba znaleźć pieniądze, trzeba znaleźć ludzi, którzy by się zajmowali tym pismem i pomagali w jego redagowaniu i wydawaniu. Tego nie może robić jedna osoba, bo nie podoła takim zadaniom. Trzeba znaleźć ludzi, którzy by w takim piśmie publikowali. I trzeba znaleźć ludzi, którzy by takie pismo czytali. Okazało się, że jest jeszcze więcej problemów i w różnych momentach podtykałem je Basi pod nos, a ona szukała dróg wyjścia, starała się przezwyciężyć kłopotliwą sytuację i pokazać, że jednak można to pismo wydawać. I pokazała. Ale to, co jej pomogło, to jest właśnie przyjaźń grona ludzi. Stanisław Barańczak od razu się szalenie zapalił i pomagał swoimi licznymi talentami, swoją pracowitością i skrupulatnością w ocenianiu tekstów poetyckich, w tłumaczeniu z angielskiego, z rosyjskiego. Przy drugim numerze dołączył do nas Adam Zagajewski, którego stan wojenny zastał w Polsce, ale gdy tylko wyjechał, zaczął pisywać do „Zeszytów Literackich”. Józef Czapski, do którego zwróciłem się o fragmenty z jego dzienników, natychmiast przysłał te teksty, a zareagował na naszą prośbę w sposób entuzjastyczny; widać było, jaką sprawia mu przyjemność i satysfakcję, że to, co pisał intymnie, osobiście, dla siebie, budzi czyjeś zainteresowanie. A więc przysyłał nam te fragmenty, które były w pierwszych trzech numerach opublikowane. W moim odczuciu te jego teksty stanowią wciąż niedoceniony pomnik polszczyzny.

Takich przyjaciół było wielu i dla nas jedną z ról pisma jest to właśnie, że jest ono tą nicią pajęczą, czy może lepiej powiedzieć: tą aksamitną tkaniną przyjaźni, która nas łączy.

WOJCIECH KARPIŃSKI