WOJCIECH KARPIŃSKI „Henryk”

(„Zeszyty Literackie” nr 132)

Śmierć Henryka i dla mnie stanowiła rodzaj wyzwania, wracałem myślą do naszych rozmów, do jego tekstów, do listów, chciałem napisać o nim, sprawiedliwie przekazać ów czar, który bił z jego twarzy, z rozmów w pokoiku na Czackiego, z książek, z florenckiego pudełka na papierosy. Było to mi potrzebne do wewnętrznych rachunków z samym sobą. Nie potrafiłem ich zamknąć w linearny wywód. Zamiast tego wysłałem list do Marcina Króla, w którym starałem się uchwycić blaski i cieniste strony kontaktów z Henrykiem — napisałem, dlaczego nie potrafię o nim napisać:

 

Paryż, 5 stycznia 1986

Kochany Marcinie,

wiadomość o śmierci Henryka, choć przecież spodziewana, poruszyła mnie głęboko. Chyba najtrafniej ująłeś jego miejsce na naszej „mapie” — naszej jako pewnej grupy, naszej, czyli każdego z nas, jego przyjaciół, z osobna — gdy powiedziałeś w niedawnej rozmowie, że można się było z nim kłócić, mógł denerwować, ale gdy spojrzeć wstecz — i wokół — był kolorową plamą na szarym tle. Był. Potrafił narzucić swą osobowość, styl myślenia i zachowania, choć czasem przecież nachodziła wątpliwość, czy pod kolejnymi maskami istnieje osobowość i jaka ona jest naprawdę. Właśnie. Jak to jest naprawdę? Do jakiego punktu można stawiać takie pytanie, a kiedy staje się brakiem otwartości i hojności serca? A także i jednocześnie: czy można tego pytania nie ponawiać, czy zaniechanie sądzenia (wewnętrznego i subiektywnego z definicji) nie jest objawem obojętności? Reguł powszechnych nie ma. Ale chyba trafnie zauważył Jacek Woźniakowski, który był u Henryka w szpitalu kilka dni przed jego śmiercią i podziwiał jego zachowanie: pewne role bywają potraktowane tak głęboko, że stają się osobowością, są prawdą osobowości. Gdy Henryk mówił: „Uczono nas przecież”, przyjmował na siebie całą tradycję kultury i wypełniał jej mądrze interpretowane pouczenia.

Myślę tak nie tylko w tej chwili, uniesiony poczuciem żalu. Pamiętam i zafascynowanie jego osobowością, i wspólny śmiech, i jego słowa mądre, zaskakujące, celne, i momenty rozdrażnienia, mojego milczenia wobec jego niesprawiedliwych tyrad. Przejrzałem jego listy, głównie z wczesnych lat siedemdziesiątych, ale i późniejsze — i odnalazłem w nich oba jego oblicza. Także to drugie, w długim wywodzie z roku 1977, czy w niezbyt obfitej korespondencji po grudniu 1981. Ale kilka fragmentów nabrało jakby nowego życia, ukazuje obie twarze, czy właśnie tę głębszą, dostępną dopiero później, gdy wypełnią się dni. Pisał zaraz po ukazaniu się swojej książki w Znaku: „…Z dziennikami Waugha nie rozstaję się; im dłużej je czytam, tym wspanialsze mi się wydają. Gdybym tak potrafił napisać, co o nich myślę de profundis egzystencji w naszym kraju i w drugiej połowie naszego wieku! Czyli po ziszczeniu się jego najczarniejszych wizji. Ale także chciałbym napisać o bohaterskiej postawie człowieka, który wiedział, że trzeba być wiernym sobie jako idei, a nie jako kupie mięsa i kości”. Te ostatnie słowa wyznaczają pewien ideał, jego ideał; tę postawę, takie właśnie rozmieszczenie akcentów miał na myśli Jacek Woźniakowski.

W innym liście, z 1972 roku, po narzekaniu na „wyziewy Kongresówki” dodał te słowa: „Ale niesłusznie sklamrzę, bo jeżeli choć w przybliżeniu na świecie jest tak, jak o tym mówią gazety, książki i znajomi globtroterzy, to przecież lepiej jest żyć tutaj, gdzie można jeszcze z pełnym przekonaniem hodować własne piękne fioły i sensowniej przygotowywać się do śmierci, czyli żyć”. A wyżej: „Dobrze będzie, jeśli benedyktyni nie wyprą się swej obietnicy i zechcą mnie w Tyńcu pochować — chyba Ty będziesz musiał tego dopilnować”. Niżej zaś, w tym samym liście, mądry wywód na temat Piłsudskiego i Dmowskiego i ich znaczenia dzisiaj (jakby odpowiedź samemu sobie na późniejsze zmiany akcentów i fascynacje): „Marszałek, bez względu na to, co robił i pisał i co o nim mówią dokumenty, ludzie i uczeni, jest mi z temperamentu bliższy, paradoksalnie bardziej katolicki, bardziej europejski w myśleniu o Polsce. A Dmowski, który napisał tyle świetnych zdań i akapitów, wciąż bez sensu wydaje mi się drobnomieszczańskim cwaniakiem z Bródna, nieinteligentnym i słabo oczytanym doktrynerem (gdyby nie był tak «teoretyczny», nie przeszkadzałoby mi jego nieoczytanie), typowym ciasnym racjonalistą, któremu się rzeczy mądre i głupie popieprzyły w sposób nieprzyzwoity i nieelegancki. […] Dmowskiemu brakło wielkości, Marszałkowi cierpliwości — może dlatego, że wiedział, jak mało czasu mu zostało. Dmowski był dzieckiem swego etapu historycznego, JP był anachronizmem, ale zdaje się bardzo nośnym na jakąś przyszłość. Rosłem w cieniu tych drzew, nawet nie zdając sobie sprawy, że są martwe”. Te uwagi (choć dzisiaj nie podzielam wiary w przyszłą — czy nie daj Boże obecną — nośność Piłsudskiego) wydają mi się trafniejsze i ważniejsze niż Przestrogi dla roztropności i inne wróżenia z fusów oraz seanse spirytystyczne spowite mgłą.

Ale jaki był kolorowy! Jak ożywczo działał! Nie potrafiłbym o nim napisać. Może Ty się zdobędziesz na odwagę czy też na szczodrobliwość wyobraźni i lekkość pióra — wymyka mi się ciągle — i tak już będzie. Zatrzymuję te chwile płynności radosnej i pobudzającej, sensownej wieloznaczności, śmiechu. I nagłych dotknięć realności. Potrafił, przy wódce, przy dobrym jedzeniu, wśród żartów, powiedzieć coś głęboko znaczącego dla życia, coś moralnego w dobrodusznym sensie. Tak, dobrodusznym. Nie pneumatycznym, czysto duchowym, odcinającym od egzystencji i jakoś skąpo zaciskającym spojrzenie, zmysły, myśl, ale dobrym, dobrotliwym wobec duszy. Pamiętam go takiego — na spacerze w Zakopanem i w Watrze, u Was w górskiej chałupie nad Szczawnicą, w jego dziupli na Czackiego. Może najbardziej w Budapeszcie. Spędzaliśmy, obaj rozluźnieni, czas w kawiarniach, barach, łaźniach, restauracjach i znów w barach. Raz czy dwa wybrałem się do muzeum, on spędził te godziny w oparach XVII‑wiecznej tureckiej łaźni, odpoczywając po wieczornym jedzeniu i piciu. Snuł wówczas swoje baśnie, zarazem bardziej kolorowe i mniej fantastyczne niż zazwyczaj, wolny od resentymentów, od odbicia w cudzych oczach odczytywanego jako nieakceptacja, wolny od widm przeszłości i jakoś swobodnie konszachtujący z przeszłością i z przyszłością. Był swobodny, nie tylko umiejętnie stwarzał rzeczywistość — nie tylko barwnie wymyślał i komentował, ale wysnuwał z siebie tę przestrzeń, realną i znaczącą, po której mogłem się z przyjemnością i pożytkiem przechadzać.

Były też inne momenty i spięcia. Pamiętam je. Nie tylko rozminięcie się, boleśnie komiczne, ról i kostiumów, jak w Melodii z Romanem Zimandem, jak potem, na ostatnich u mnie imieninach, z Adamem Michnikiem. Jak łatwo było go wtedy, w jakimś sensie tak męskiego i brutalnego, zranić. Wieczór u Kisiela, złośliwego i kapryśnego. Zupełne rozminięcie się „długości fal” z moim ojcem. A bardziej jeszcze — ostre przypływy zaślepienia w nocnych monologach. Polityka osłabiała go wówczas, jak w innych momentach stanowiła jego siłę. To, jak sądzę, ważna lekcja, którą mi mimowolnie przekazał, niedająca się zamknąć w formuły: widzenie świata historyczne i społeczne może otwierać oczy, rozszerzać i wzmacniać rozumienie kultury, byle nie popaść w iluzje „politologicznej gnozy”, byle nie dać się omotać historycznym analogiom, mafijnym koncepcjom. Gdy zdobywał się na dystans, na bezinteresowną pasję (wiem, że trudno określić, co to znaczy, ale chyba właśnie to: dobroduszną duchowość), potrafił świetnie widzieć i uczył innych widzenia. Z iloma ludźmi, i jak różnymi, umiał rozmawiać o sprawach dla nich ważnych: Zygmunt Kubiak, Michał Bristiger, Krzysztof Michalski, Ty, ja, wielu innych.

Był uderzająco wolny od ambicji związanych z własnym „dziełem”, „spełnieniem”, niebezpiecznych, choć jakoś potrzebnych ambicji. Ale przywiązywał wagę do umiejętności „suflerskich”. Utkwiła mi taka scena: jesteśmy na Czackiego we trójkę z Zygmuntem Kubiakiem. Rozmowa o realiach poezji cudownie oderwana od codzienności. Iłłakowiczówna przez nas trzech chwalona. Leśmian podziwiany przez Kubiaka i przeze mnie, lekceważony przez Henryka. Gombrowicz wzgardzany przez nich obu przy moim uwielbieniu. Rozmowa schodzi chyba na jakiegoś Anglika (tego szczegółu nie pamiętam, nie jest ważny). Henryk mówi o nim — E. M. Forster? — że był wielkim „rozmawiaczem” swojej generacji, że w każdym pokoleniu bywa taka osoba, która pomaga innym w krystalizacji ich dzieł. I dodał: „Ciekawe, kto będzie takim rozmawiaczem dla współczesnej kultury polskiej?”. Błysnęło mi natychmiast: takim chciałby się widzieć. Był nim. Ile w to wkładał wysiłku, jak hojnie szafował czasem i umysłem! Zapewne sprawiały mu przyjemność te „nasiadówki” (lubił to słowo, okropne; w jego ustach nabierało jakiegoś tajemnego znaczenia, omalże uroku). Któż potrafi oddać ich barwę? Czym były one — purpurowe? złote? miodowe jak whisky? drażniąco opalizujące? — na tle szarej Warszawy, szarych księgarni, szarego Uniwersytetu, szarych dyskusji końca lat sześćdziesiątych i początku lat siedemdziesiątych? Masz rację, był kolorowy i przez to ożywczy. Nawet jeżeli nie umiał — nie chciał — dostrzec niektórych rodzących się później kolorów, to przecież chcąc nie chcąc, uczestniczył w ich powstawaniu, w ich tężeniu, migotaniu i gaśnięciu i ponownym lśnieniu.

Jego rola w ożywieniu „Tygodnika Powszechnego” — nieoceniona. Wyprzedzał te skryte jeszcze przed naszymi oczami procesy, które pojawiły się kilka lat później na inną skalę, jakby napisane w innej tonacji. Nie zawsze potrafił je rozpoznać (któż potrafi zawsze?), stanowił ich część, niezbywalną część tej Warszawy, tak, „warszawki”, na którą tak się boczył — do niej przecież należąc. Każdy, kto starał się swobodnie patrzeć w tamte lata, miał jakąś mapę Warszawy (czy innego miasta) zapisaną w wyobraźni; na mojej — Szucha, Aleja Przyjaciół, Maklakiewicza, Czackiego paliły się światłem szczególnym, różnorodnym, niezbywalnym.

Gdyby napisał pamiętniki, mawialiśmy, nie zapis konkretnych wydarzeń — dotarcie do nich było chyba niemożliwe przez dymne zapory zmyśleń, przemian, zapomnienia — lecz Pamiętniki moich rojeń: zarazem Casanova, Saint‑Simon i Retz imaginacyjno‑realnej erotyki, snobizmu, polityki. Gdyby notował, dzień w dzień, jak Jünger, z większym uwrażliwieniem na ludzki i kulturalny konkret… Nie mógł i nie chciał tego robić. Był umysłem tak zdumiewająco bezinteresownym, nie‑ku‑dziełu, że ci, których obdarowywał swoją barwnością, winni mu tym większą wdzięczność.

Czy napiszesz o Henryku? Spróbuj. Czy przyjedziesz? Mam nadzieję. Moglibyśmy dłużej porozmawiać i powspominać — nie sentymentalnie i biernie, lecz dobrodusznie i przyszłościowo.

 

WOJCIECH KARPIŃSKI

 

[Fragment mającej wkrótce ukazać się nakładem Zeszytów Literackich książki Henryk o Henryku Krzeczkowskim, jednej z najbardziej tajemniczych i wpływowych postaci polskiej kultury XX wieku]