TOMASZ RÓŻYCKI „Stacja doświadczalna Paryż”

„Jak być dziś pisarzem francuskim?”, takie pytanie pojawia się na okładce „Nowej Dekady Krakowskiej” (2015 nr 3–4). Rozmowa o Francji powraca ostatnio wyraźnie pod wpływem niepokoju wstrząsającego Europą po zamachach terrorystycznych w Paryżu. W tym kontekście powraca także pytanie o francuską kulturę i literaturę. Niestety, pytanie to nie ma związku z docierającą do nas nową falą niezwykłej, inspirującej literatury, awangardowego spojrzenia na sztukę czy poruszających wyobraźnię nowych teorii humanistycznych — tak jak to bywało na przestrzeni wielu pokoleń — powraca raczej w wyniku bezradności. „Jak być dziś pisarzem francuskim?” zaczyna dla polskich uszu brzmieć podobnie do słynnego pytania stawianego przez paryżan w Listach perskich Monteskiusza: „Jak można być Persem?”.

Pytanie takie zadawali perskim podróżnikom paryżanie zadziwieni, że może istnieć na świecie jakakolwiek inna tożsamość, język, kultura i punkt widzenia poza oczywistym, paryskim. W tle na szczęście słychać także zadziwienie odmiennością i zainteresowanie egzotyką. Dziś zdaje się, że to polski czytelnik staje na pozycjach ówczesnego paryżanina ze względu na niewielką znajomość współczesnej literatury francuskiej. Niech przemówią liczby: co godzinę we Francji wydaje się 8 książek, około 80 tysięcy książek każdego roku, z czego połowa to zupełnie nowe tytuły. Słynny wrześniowy sezon literacki to co roku około 800 premierowych powieści publikowanych z nadzieją na przyznawane jesienią nagrody. Do tego paryski marcowy Salon du Livre, przed którym publikuje się zwykle także średnio 700–800 nowych powieści. Zgodnie ze zwyczajem w paryskich księgarniach wystawia się często książki autorów z danej dzielnicy — jest ich przeważnie kilkanaście, a czasem nawet jest to kilka nowych książek pisarzy z tej samej lub sąsiedniej ulicy. Oczywiście, ogromna większość tych tytułów to byty sezonowe, po kilku tygodniach już nikt o nich nie pamięta, nawet we Francji. Jednak spora ich liczba pozostaje w pamięci i narodowym imaginarium. Ile z tego dociera do Polski w przekładzie? Oczywiście bardzo, bardzo niewiele.

Numer „Nowej Dekady Krakowskiej” poświęcony francuskim pisarzom przynosi teksty próbujące nieco zmniejszyć zakres tej nieznajomości, podsumować twórczość autorów już znanych, wskazać patronów zjawisk współczesnych. Z komentarzy i notatek do wybranych lektur ostatnich lat wyłania się temat pamięci i poszukiwania tożsamości jako najbardziej charakterystyczny dla omawianych dzieł. Dyskusję otwiera artykuł Jakuba Kornhausera, w którym książki Joëla Egloffa (choćby Człowiek, którego brano za kogoś innego z 2008 roku) służą do zilustrowania tezy, jak być dziś pisarzem francuskim. Oczywiste nawiązanie do Musilowskiego Człowieka bez właściwości wskazuje Francję jako imperium w stanie schyłkowym, a przynajmniej w konwulsjach zasadniczej przebudowy, właśnie próbujące wyzwolić się z ostrego podziału na prowincję i Paryż, od lat centrum umysłowe, kulturalne i polityczne, wpatrzone w siebie i zasłaniające sobą prawdę o Francji. Jak być pisarzem francuskim? Książki Egloffa wskazują na stopień pomieszania i trudności: oto paryżanie, którzy są najbardziej antyparyscy, postkolonialiści, którzy budują nową mitologię Francji, dodając do dualizmu Paryż–prowincja także terytoria zamorskie i byłe kolonie.

Katarzyna Thiel‑Jańczuk podkreśla jeszcze jedno fatum ciążące na francuskim pisarzu, który musi działać w warunkach wyjątkowo delikatnych: otóż po ogłoszeniu przez Barthesa „śmierci autora” podmiot mówiący stracił swój podstawowy status — autor nie żyje od dłuższego czasu i aby pisać, musi robić to niejako zza grobu. Czy kryzys tradycyjnej literatury i roli przewodniej Francji nie zaczyna się właśnie wówczas, po filozoficznym przełomie, po którym nic nie może być już jak poprzednio? Biografemy Barthesa otwierają drogę hybrydom: zamiast autobiografii czy biografii mamy raczej do czynienia z biofikcją uprawianą przez takich wybitnych jej przedstawicieli jak Modiano, Rouaud, Ernaux czy Pascal Quignard, co autorka nazywa „wychyleniem ku Innemu”. Szczególnie Quignard w swoich esejach‑poematach‑powieściach zdaje się podążać za słynnym zdaniem Rimbaud: „Ja to ktoś Inny”, w ramach swoistej archeopatii badając i rekonstruując przeszłość w celu odnalezienia Złotego Wieku lub wskrzeszenia Ostatniego Królestwa, jak sam to nazywa. To wskrzeszanie przeszłości i podążanie na przekór czasowi przekształca strumień tekstu w, jak powiada Michon, laus perennis, nieustanną modlitwę, nieprzerwaną laudację, w której powraca się do istnienia umarłych.

Marta Wyka w szkicu Żal po Francji przywołuje postać Érica Zemmoura, jednego z popularnych proroków wieszczących rychłą apokalipsę i wzywającego do opamiętania dziennikarza reprezentującego „prawdziwą Francję”, od lat rujnowaną przez socjalistów i politykę państwową. W swojej ponadpięciusetstronicowej kronice, wymownie zatytułowanej Francuskie samobójstwo, Zemmour prowadzi śledztwo w sprawie „dobrowolnej śmierci zadawanej sobie przez Francję od lat”. Wskazuje winnych: Paryż (który będzie „zawsze, tylko i aż, Paryżem”), francuskich lewicujących intelektualistów (dostaje się Foucault popierającemu ponoć ajatollahów) i zgniły multikulturalizm, który zamiast radosnej integracji niesie ze sobą narastanie przemocy. Zemmour dostrzega także źródła odnowy: to tradycyjna francuska prowincja, gdzie resztki dawnych wartości („prawdziwa Francja”) wciąż jeszcze żyją. Marta Wyka zwraca uwagę na uproszczenia towarzyszące takiej wizji, wykorzystywane jak Europa długa i szeroka przez skrajną prawicę i nacjonalistów.

Do grona zwróconych w przeszłość pisarzy (ale w jakże innej intencji i z jakże innym rezultatem!) i poszukujących tam odpowiedzi na dzisiejsze pytania za pomocą „śledztwa metafizycznego” należy także zeszłoroczny noblista Patrick Modiano, o którego nieprzełożonych na polski powieściach (m.in. Dora Gruber czy Żebyś się nie zgubił w dzielnicy) pisze Anna Łabędzka, zastanawiając się, na czym polega fenomen świata i stylu modianesque w relacji do biografii autora i rekonstruowaniu własnej tożsamości. Z kolei Jerzy Franczak opowiada o „symulatorze katastrof” Houellebecqa w kontekście jego intensywnie aktualnej politycznej fantazji zatytułowanej Uległość. To oczywiście kolejna, za słowami autora, „prowokacja nostalgiczna” wskazująca lata sześćdziesiąte i demontaż patriarchatu jako źródła dzisiejszych i przyszłych cierpień. Wizja Houellebecqa jest jednak niezwykle prawdopodobna i groźna, a samo zagrożenie nie wynika jedynie, jak sądzę, z zagrożenia fundamentalistycznym islamem i nie dotyczy tylko Francji. Ale właśnie w tym kontekście wypada wrócić do porównania z Musilem i jego Wiedniem jako „stacją doświadczalną upadku świata”. Czyżby dziś dotyczyło to Paryża?

Jacek Olczyk przypomina Georges’a Pereca i jego poszukiwania dokonywane w przestrzeni języka jako wstęp do poszukiwań przestrzeni utraconych, których przejmującym i wybitnym świadectwem była powieść La Disparition, utrzymany w poetyce lipogramu rodzaj kombinatorycznego szyboletu (Perec był jednym z ważniejszych członków OuLiPo), który jest równocześnie, zdaniem autora artykułu, opowieścią o zniknięciu podmiotu i o Holokauście (ciotka Ester). Tu również powracają pojęcia biotekstu według Ricardou i autobiotekstu według Magné, mające zastąpić bio‑ i autobiografię „zabitego” przez Barthesa autora. Perec pomimo upływu lat zdaje się wciąż fascynować badaczy.

Do grona poszukujących odpowiedzi dołączają Tomasz Surdykowski piszący o Édouardzie Glissant, jednym z najwybitniejszych przedstawicieli postkolonialnej literatury francuskiej, uparcie odmawiającym zamykania swojej twórczości wewnątrz modnych kategorii zachodnich (murzyńskość–négritude, wykluczenie, métissage itp.) i poszukującego sposobu na opisanie skomplikowanej tożsamości Martyniki, jej postkolonialnego i postnarodowego społeczeństwa. A także Małgorzata Szczurek pisząca o Alainie Mabanckou. Mabanckou, znany polskim czytelnikom choćby z powieści Kielonek, coraz więcej miejsca poświęca pochodzącym z kolonii i Afryki coraz liczniejszym mieszkańcom Paryża, ich różnorodności etnicznej, kulturowej i politycznej, i ich tak wciąż pomniejszanej i niedocenianej obecności. Jego książka Black bazar to opowieść o upolitycznieniu ciała (skóry) i o tym, jak tożsamość może „wykraczać daleko poza granice terytorium i krwi”.

Brigitte Gautier, zastanawiając się nad przyczynami kryzysu, wraca do fundamentów francuskiej tożsamości narodowej i kulturowej, które od czasów przegranej wojny z Prusami w 1870 roku Republika oparła na szkole powszechnej i powszechnej służbie wojskowej. Obie te instytucje przestają obecnie pełnić funkcję integracyjną: armia jest zawodowa, a szkolnictwo boryka się z poważnym problemem nauczenia pisania i czytania po francusku wieloetnicznej społeczności w chwili, kiedy pogoń za wiedzą i status nie kojarzą się już ze szkołą, lecz z dostępem do mediów rozrywkowych, a obskurantyzm i odwrócenie od kultury wysokiej stały się normą. Brigitte Gautier nie kończy swego tekstu pesymistycznie: kryzys jest faktem, ale może być przejściowy, wartość francuskiej kultury sprawdza się w perspektywie długiego trwania.

Tekst Tomasza Cieślaka‑Sokołowskiego o jednym z najważniejszych modernistycznych artystów Marcelu Duchampie i jego przenosinach na początku XX wieku do Nowego Jorku brzmi w tym kontekście znacząco. Od pewnego czasu inspiracje czerpiemy skądinąd, gdzie indziej odbywają się ważniejsze i ciekawsze twórcze eksperymenty. Paryż przestał wskazywać nam drogę, bo już tego nie chcemy. Od jakiegoś czasu interesuje nas inna droga. Czy Paryż nas przeraża? Niepokoi? Czy sami nie szukamy wciąż tożsamości? Jak to jest być pisarzem francuskim? A jak jest być Persem?

Proszę zajrzeć do „Dekady”, gorąco zachęcam. Być może skieruje nas do książek, a to jest najważniejsze. Poza tym w numerze bardzo bogato: między innymi Ziemek i Kornhauser ciekawie o kinie francuskim, Mikołajewski o Simone Weil, a Neuger żegna Tomasa Tranströmera, choć wiem, że nie ostatecznie, bo jest jego poezja i ostatecznego pożegnania nigdy nie będzie.

 

Tomasz Różycki