TOMAS VENCLOVA, Żydzi i Litwini. Co się zmieniło, a co nie przez ostatnie 40 lat

Dokładnie 40 lat temu napisałem artykuł Żydzi i Litwini. Ukazał się on najpierw w samizdatowej prasie żydowskiej, potem w Izraelu, a następnie przetłumaczyli go i wydrukowali litewscy emigranci. Na emigracji artykuł odbił się pewnym echem. Vytautas Kavolis, Liūtas Mockūnas, Algirdas Julius Greimas i jeszcze kilka osób powiedziało mi później, że podpisałoby się pod nim, ale były także odmienne reakcje, co prawda w większości anonimowe albo niby anonimowe. Wówczas jeszcze mieszkałem na Litwie, wyjechałem dwa lata później.

O napisanie artykułu poprosił mnie Feliks Dektor, tłumacz z języka litewskiego na rosyjski, który w tamtym czasie był redaktorem żydowskiej prasy drugoobiegowej. Ogłosił wspomnienia o getcie kowieńskim i chciał, żeby na ten temat napisał także Litwin, dokładniej — Litwin antyreżimowy, a ja wtedy już taki byłem. Tekst zadedykowałem mojej córce Mariji, zwanej też Marytė, która miała wtedy dwa lata. Marija po matce jest Żydówką. Zresztą jej matka jest Żydówką także tylko po kądzieli. Po mnie natomiast Marija jest Litwinką, podobnie jak i ja jestem Litwinem, i po kądzieli, i po mieczu. Pomyślałem więc, że gdy moja córka dorośnie, może być dla niej ważne zrozumieć, co niegdyś wydarzyło się między oboma jej narodami.

Tak więc, co przez ostatnie 40 lat zmieniło się, a co nie? Zacznę od Mariji. Ma teraz 42 lata, sama jest matką, uważa się za Amerykankę i Litwinkę, kilkukrotnie była na Litwie i niedawno złożyła wniosek o nadanie obywatelstwa litewskiego. W Izraelu nigdy nie była, ale o Holokauście wie niemało, podobnie jak wielu Amerykanów. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, na ile był dla niej ważny wspomniany artykuł. Feliks Dektor dotychczas żyje i ma się dobrze, kursuje między Izraelem a Rosją, wydaje książki — ostatnio Czarną księgę — i pisma Ze’ewa Żabotyńskiego.

Jeśli natomiast zwrócić uwagę na najważniejszą myśl tamtego artykułu, rzuca się w oczy, że wówczas Litwini — także ja sam — właściwie nic nie wiedzieli o historii Żydów na Litwie. W okresie międzywojennym w litewskich podręcznikach historii Żydom poświęcano w najlepszym razie pół strony. Autorów tamtych opracowań obchodzili wyłącznie etniczni Litwini; no i jeszcze Polacy, ale zgodnie z oficjalną wykładnią byli oni albo wynarodowionymi Litwinami, albo perfidnymi wrogami, albo jednym i drugim zarazem. W podręcznikach z czasów sowieckich w ogóle nie było wzmianek o Żydach, to słowo było, powiedzmy, niestosowne, unikano go. O mordach z czasów wojny pisano, ale przemilczając bądź starając się przemilczać, że ich ofiarami byli przede wszystkim Żydzi. Tymczasem Litwini propagandę sowiecką przyjmowali na odwrót, działało to tak: jeśli władza, a zwłaszcza KGB o czymś zapewniają, to znaczy, że prawda jest diametralnie inna. Jeśli obwinia się i atakuje „burżuazyjnych nacjonalistów”, to znaczy, że wszyscy oni jak jeden mąż są bohaterami i bojownikami o wolność. Bardzo niewielu rozumiało, że w ten sposób człowiek stawał się zależny od KGB, że to właśnie KGB miało wpływ na jego sposób pojmowania historii, nawet jeśli dochodziło do tego okrężnymi drogami, w swoiście perwersyjny sposób. Choć to niełatwe, trzeba jednak przyznać, że nawet najstraszliwsze organizacje i siły czasem przedstawiają jakąś część prawdy, nawet jeśli przy tym ją zakłamują. Nie wszyscy, których atakowali Sowieci, i nie wszyscy, których uważamy za bojowników o wolność, byli nimi naprawdę. Niewątpliwie dzieci słyszały to i owo w domach, jednak można powątpiewać, czy te zasłyszane informacje były prawdziwe: w opowieściach babek i ciotek był obecny i zwyczajowy antysemityzm, i chęć usunięcia ze świadomości wspomnień, które ciążyły na sumieniu, i jeszcze inne rzeczy. Na emigracji, z niewielkimi wyjątkami, panowało apologetyczne podejście do 1941 roku2 (jego refleksy docierały także na Litwę), a Żydzi byli uważani za „obcych” par excellence.

Dziś mamy już nie tylko dość szeroką wiedzę o Żydach, udostępnianą w opracowaniach historii Litwy, ale istnieją także bogate, fundamentalne książki o dziedzictwie i przeszłości Żydów litewskich. W znacznym stopniu kultura litwaków nie jest już uważana za obcą. Nawet jeśli nie została ona jeszcze całkowicie zintegrowana w społeczeństwie litewskim, to, jak sądzę, położono już fundamenty pod ten proces. Na przykład organizuje się wiele wystaw poświęconych żydowskiemu Wilnu i biorą w nich udział bynajmniej nie wyłącznie artyści żydowscy. Wydaje się, że zainteresowanie żydowską dzielnicą Wilna jest niekłamane, nawet jeśli często traktuje się ją jak egzotyczną enklawę. Muszę przyznać, że żałuję, iż zabrakło pieniędzy, a może i woli, by kupić dla Litewskiego Muzeum Narodowego namalowany przez Chagalla obraz przedstawiający wileńską synagogę. Gaon Wileński stał się niemal tak samo nieusuwalnym przedstawicielem wielonarodowego dziedzictwa Wilna co Giedymin albo Adam Mickiewicz. A pojęcie „Jerozolimy Północy” stało się częścią wizerunku miasta. Grigorij Kanowicz czy nieżyjący już Icchokas Meras zostali uznani za twórców kultury litewskiej, mamy niemało udanych spektakli i filmów o żydowskiej przeszłości i o losie Żydów. Opublikowano wiele martyrologicznych wspomnień, sytuacji Żydów w czasie okupacji niemieckiej nie przemilcza się już i próbuje się ją włączyć do pamięci zbiorowej. Nie przemilcza się także działalności Litwinów kolaborujących z hitlerowcami, choć mówi się o tym na wysokim poziomie abstrakcji; jakiekolwiek oskarżenia kierowane wobec konkretnych osób zwykle traktowane są jako oszczerstwa i kłamstwa sprokurowane przez KGB. Obszar wileńskiego getta jest odbudowywany, jest tu miejsce i dla tablic pamiątkowych, i dla pomników. Byłoby oczywiście dobrze — i mam nadzieję, że prędzej czy później to się uda — gdyby została odbudowana Wielka Synagoga. W artykule sprzed lat napisałem: w czasach sowieckich kwartały niegdysiejszego getta były odbudowywane tak, żeby nikomu nie przypominały, że kiedyś były żydowskie, i to jest nasza narodowa hańba. Teraz wyzbyliśmy się tego wstydu — żydowskiego charakteru części miasta już się nie przemilcza. Wydaje mi się, że Wilnu jest bardzo potrzebne dobre, duże muzeum żydowskie — takie jak muzea w Berlinie albo w Warszawie. Mam też nadzieję, że takie muzeum powstanie i uważam za swój obowiązek, by tutaj tę ideę podnieść.

W artykule sprzed 40 lat mówi się, że Litwini i Żydzi przez długie dziesięciolecia współżyli jak Marsjanie i przybysze z Ziemi z opowiadania Raya Bradbury’ego. Żyli jakby w odrębnych przestrzeniach i jeśli dochodziło między nimi do spotkań, to tylko dzięki bardzo rzadkim szczęśliwym przypadkom. Teraz już chyba tak nie jest — Litwini i Żydzi to nie są już dwa nieprzenikające się światy.

Zainteresowanie judaizmem, jego tradycją teologiczną, filozoficzną i filologiczną, a także tradycją prowadzenia sporów, stawiania pytań i formułowania różnych interpretacji, judaistyczny szacunek dla wiedzy — wszystko to staje się w pewnych litewskich kręgach nawet modne. Pojawiły się litewskie powieści, w których próbuje się uczciwie mówić o litewskim stosunku do Holokaustu i o roli, jaką odegrali w nim Litwini. Pojawili się katoliccy księża, którym, gdy chodzi o ich poglądy na Holokaust, nie można niczego zarzucić — na przykład Julius Sasnauskas1. Wszystko to jednak należy odnosić do elit, poza tym generalnie panuje amnezja, dotycząca zresztą nie tylko Żydów, ale i przeszłości Litwy. Także książki nie dają zbyt wiele, skoro krąg czytelników — i do tego czytelników myślących — jest dość wąski.

W swoim artykule pisałem: żyliśmy razem 600 lat i być może ten czas się kończy: w takim momencie nie możemy być wobec siebie wrodzy albo obojętni. Na szczęście ten wspólny czas się nie skończył: na Litwie żyją i mają tu wiele do powiedzenia Irena Veisaitė czy Leonidas Donskis, a także zwyczajni Litwini żydowskiego pochodzenia, którzy ucieleśniają litewski naród polityczny definiowany przez pojęcie obywatelstwa — i tym samym Litwa trafia do grona normalnych krajów, bo to właśnie w normalnych krajach tacy ludzie są czymś zwyczajnym, codziennym. Mieszkają też na Litwie ludzie, którzy podkreślają swoją wierność żydowskiej, judaistycznej tradycji — i bardzo dobrze, że oni tu są.

W swoim artykule pisałem też: musimy zrozumieć, że unicestwienie Żydów jest także unicestwieniem nas samych, że obraza Żydów jest także obrazą nas samych, że likwidacja kultury żydowskiej to zamach także na naszą kulturę. Czy taki sposób myślenia stał się aksjomatem, który bez wyjątków przyjmuje większość Litwinów? Chyba nie. Antysemityzm nie tylko nie zanikł (całkowicie zaniknąć chyba zresztą nie może, jest w nim bowiem coś niewytłumaczalnego, niemal metafizycznego), nie stał się nawet zjawiskiem marginalnym — dość często dochodzi do głosu w samym centrum życia społecznego. Badania socjologiczne pokazują wprawdzie, że rolę kozła ofiarnego, najbardziej nielubianej grupy społecznej, zaczynają odgrywać Romowie (Cyganie), czarnoskórzy, muzułmanie, homoseksualiści i osoby niepełnosprawne umysłowo, ale to doprawdy kiepskie pocieszenie, bo to oznacza, że na Litwie wciąż istnieje utajona nienawiść do „innych”. Więcej, pewne zjawiska wskazują na to, że ta nienawiść się umacnia: w chwili kryzysu może przejść od słów do czynów, które niestety, jak można przypuszczać, zostaną skierowane w stare koleiny. Historycznie rzecz ujmując, to Żyd stał się najjaskrawszym, emblematycznym przykładem „innego”.

Nierzadko stwarza się wrażenie, że współżycie Litwinów i Żydów do 1940–41 roku było idyllą. To nieprawda. Być może było lepiej niż w większości okolicznych krajów, ale tak czy inaczej odcisnęło na nim swoje piętno zjawisko wyobcowania. Nie ma co ukrywać, i pisałem o tym w swoim artykule, że w naszym folklorze i w dziełach naszych klasyków (Valančiusa, Kudirki, Pietarisa, choć nie Vaižgantasa, nie Krėvė i nie Maironisa) znaleźć można niemało antysemityzmu. Zresztą, Litwini pod tym względem nie różnią się od innych narodów. Tak samo jak Kudirka antysemitami byli Wagner i Dostojewski. To jest, oczywiście, obrzydliwe, ale nie czyni z nich jeszcze wrogów ludzkości. Myślę, że i Wagner, i Kudirka, i zwłaszcza Dostojewski byliby przerażeni Holokaustem. Z drugiej strony, mimo wszystko nie godzi się zapominać, że przyczyniło się to do wytworzenia atmosfery, w której Holokaust stał się możliwy. Dość znaczne tendencje antysemickie, choć nie tak silne, jak na przykład w Polsce, były obecne w dyskursie publicznym w ostatnich latach międzywojennej niepodległości. Tę złą litewską tradycję bada się dziś dość starannie i obiektywnie. I dobrze, że się to robi. A jednak litewski dyskurs dotyczący Holokaustu ma wciąż, delikatnie mówiąc, luki.

Mimo starań o to, by przyjęło się polityczne pojęcie przynależności narodowej, nacjonalizm etniczny w Litwie nadal jest niewzruszonym paradygmatem ideologii społecznej i państwowej. I nie ma w tym nic dziwnego. Ów paradygmat tworzyli właściwie wszyscy działacze litewskiego ruchu narodowego, ci, którym stawia się pomniki, ci, których imionami nazywa się ulice i place — Daukantas, Basanavičius, Smetona. Jest ufundowany także na popularnej do dziś historii Šapoki. Hołdowali mu powojenni partyzanci i niemal wszyscy emigranci. W czasach sowieckich etniczny nacjonalizm miał dwie twarze. Nie był obcy wielu komunistom, jak również pisarzom bliskim nurtowi oficjalnemu, takim jak Justinas Marcinkevičius4; z drugiej strony zaszczepiano go po kryjomu w każdej rodzinie — ludzie przystosowywali się, kolaborowali, ale w głębi duszy byli, jak sami sądzili, „za litewskością”, i Marcinkevičius stał się postacią kultową dlatego, że był taki sam jak oni. Na etnicznym nacjonalizmie opierał się także Sąjūdis, choć ze względów taktycznych jego działacze starali się tego nie uwypuklać. Zgodnie z omawianym paradygmatem etniczny Litwin — wyłączając tego czy innego zdrajcę, którego nawet nie godzi się nazywać Litwinem — może być wyłącznie niewinną ofiarą albo bohaterskim bojownikiem, a najczęściej i jednym, i drugim. Litwin zawsze był i będzie otoczony przez wrogów pragnących upokorzyć go i zniszczyć jego tożsamość, a nierzadko także jego samego. Jakiekolwiek czyny etnicznych Litwinów można usprawiedliwić, ponieważ stanowią one obronę konieczną i nie mogą być inne.

Wielokulturowość jako światopogląd oraz wielokulturowa polityka trafiły na Litwę z zewnątrz, po jej przystąpieniu do Unii Europejskiej, i były niemal pozbawione miejscowych korzeni. Dlatego na Litwie wielu ludzi z lubością twierdzi, że w Europie ta polityka już zbankrutowała, mimo że takie opinie są wyraźnie przesadzone. Wielokulturowość przebiła się do świata akademickiego, już choćby tylko ze względu na ideowe i finansowe wsparcie z Zachodu, ale nie trafiła ani do odbiorcy masowego, ani do większości przedstawicieli władzy, którzy reprezentują mentalność mas. Globalizacja, ogólnie rzecz biorąc, jest uważana za coś złego, a nawet — za zdradziecki spisek przeciwko temu, co narodowe. Ta litewska ideologia zasadniczo pozostaje zbieżna z — powiedzmy — ideologią, którą we Francji ucieleśnia Marine Le Pen. Różnica jest taka, że na Litwie popierają ją mniej więcej wszystkie znaczniejsze siły polityczne, stąd istnieje między nimi cicha zgoda, konsensus.

Tak więc oficjalnie przyznaje się, że Holokaust to ogromne zło, i wyznaczono specjalny dzień w celu jego upamiętnienia, ale równocześnie także oficjalnie dąży się do usprawiedliwiania albo nawet do „uświęcenia” osób, które tak czy inaczej przyczyniły się do Holokaustu. Ich także się upamiętnia, poświęcając im tablice pamiątkowe. Należałoby to nazwać państwową i narodową schizofrenią. Stąd bierze się wszystko to, co budzi słuszny gniew wśród Żydów, a także wśród światlejszych Litwinów: od częstych antysemickich wyskoków w mass mediach, od jawnego, agresywnego antysemityzmu w komentarzach w internecie, po pobłażliwe reakcje na demonstracje skrajnej prawicy, które oczywiście odbywają się w czasie dla Litwy „sakralnym” (w rocznice niepodległości), w najważniejszych miejscach publicznych Wilna i Kowna. Moim zdaniem te demonstracje są obrazą dla niepodległej Litwy i tylko tak można je traktować. Gdy Dawid Katz i Efraim Zuroff zwracają na to uwagę, podnosi się fala niezadowolenia. Katz i Zuroff stają w obronie kryteriów przyjętych w demokratycznym świecie, natomiast dla wielu z nas ich reakcja oznacza „niepożądane mieszanie się w sprawy Litwy” i obrazę litewskiego patriotyzmu. Takie pojmowanie patriotyzmu jest anachroniczne i nierozsądne — i to delikatnie rzecz ujmując. Prestiżu Litwy nie uratuje się w ten sposób, raczej bardziej się go naruszy.

 

Wszystko to nie stanowi, jak się często mówi, „odrębnych narracji — żydowskiej i litewskiej”, to nie są dwa przeciwstawne rodzaje światopoglądów narodowych. Nie, to jest przeciwstawienie światopoglądu mądrego i niemądrego, sumiennego i niesumiennego. Podział przebiega w tym przypadku nie między Żydami i Litwinami, ale przez środek społeczeństwa litewskiego.

Katon zwykł kończyć swoje wystąpienia stwierdzeniem: delenda est Carthago — poza tym Kartagina powinna zostać zniszczona. Ja swoje wystąpienie zakończę, jak zwykle, wspomnieniem o dwóch Kartaginach, które godzi się zniszczyć. Pierwsza to kult powstania i rządu tymczasowego 1941 roku. Pisałem o tym czterdzieści lat temu — dziś, gdy wiem na ten temat więcej, mam o rządzie tymczasowym Škirpy i Ambrazevičiusa jeszcze gorsze zdanie. Antysemityzm w tym rządzie był programowy, a jego tragiczne konsekwencje całkowicie znoszą rzekome zasługi tego rządu. Chwali się go za odtworzenie litewskiej administracji — no cóż, tak naprawdę odtworzył policję i podobne służby, którymi naziści bez trudu posłużyli się do własnych celów. Określenie wydarzeń z czerwca 1941 roku jako początku szlachetnego ruchu oporu, jak czynią to Vytautas Landsbergis i jego wpływowi współideowcy, kładzie się cieniem na wszystkim, co było potem, także na powojennym sowieckim ruchu oporu. Tych wydarzeń nie powinno się honorować na kartach podręczników, należy za to jasno stwierdzić, że od samego początku orientacja na hitlerowskie Niemcy była niesłuszna i niedopuszczalna i że w najlepszym wypadku powstańcy byli naiwni, a w najgorszym — było wśród nich niemało zbrodniarzy. Ponowny pogrzeb Ambrazevičiusa za państwowe pieniądze, z udziałem kompanii honorowej był poważnym błędem moralnym, który na szczęście (choć może nieco za późno) publicznie potępiło niemało litewskich inteligentów, wśród nich także bohater narodowy Tomas Šernas. Pewien polityczny histeryk, którego dziś już nie ma wśród żywych, nazwał tych ludzi „quislingami”, choć typowym quislingiem (który otwarcie przeszedł na stronę Hitlera) był — czy nam się to podoba, czy nie — właśnie Ambrazevičius. Oficjalnie próbuje się usiąść na dwóch krzesłach naraz: Škirpa i Ambrazevičius może i trochę pobłądzili, ale zasadniczo działali dla dobra swojego kraju i dlatego są godni szacunku. Zaproponuję pewną paralelę. Oto dzisiejszy oficjalny wizerunek Stalina w Rosji: zlikwidował więcej ludzi, niż należało, ale działał dla dobra Rosji i dlatego jest godny szacunku Rosjan. Paralela jest wyjątkowo niesympatyczna, ale — niestety — rzuca się w oczy. Po cichu upowszechnia się mniemanie: Holokaust upamiętniamy dlatego, że tego wymaga sytuacja międzynarodowa, a naszych litewskich bohaterów upamiętniamy dlatego, że tego wymaga szacunek wobec własnego narodu. Moim zdaniem świadczy to o godnym pożałowania stanie mentalności społecznej. Jednocześnie czuć żal z powodu Holokaustu i oddawać cześć rządowi tymczasowemu to kwadratura koła. Nie da się rozwiązać tej antynomii, nie należy mieć co do tego żadnych złudzeń.

I druga Kartagina: teoria podwójnego albo symetrycznego ludobójstwa, której odbiciem między innymi jest wileńskie Muzeum KGB, zwane Muzeum Ludobójstwa. By uniknąć bezsensownych sporów i tarć, to muzeum powinno się raczej nazwać muzeum zbrodni komunizmu. O ile wiem, na Litwie obowiązuje prawo, które pozwala skazać nie tylko tych, którzy negują albo umniejszają Holokaust, ale i tych, którzy negują albo umniejszają sowieckie ludobójstwo. Odmawiam nazywania tego sowieckiego ludobójstwa ludobójstwem i nazywam go „stratocydem”, likwidacją pewnych warstw społecznych. Jeśli miałbym za to zostać pociągnięty do odpowiedzialności — gdyż takie stwierdzenie łatwo zakwalifikować jako umniejszenie ludobójstwa sowieckiego — z chęcią będę bronić swojej pozycji przed każdym sądem.

 

TOMAS VENCLOVA

tłum. Beata Kalęba