TOMAS VENCLOVA „Po wykładzie”

(„Zeszyty Literackie” nr 132)

Cмыкается какой-то тайный круг…

Anna Achmatowa

Kiedyś, jak nieraz, z moimi uczniami,

w języku, który jeszcze słabo znali,

czytałem wiersze.

Za oknem kałuże

i szare mury wzniesione wysoko

przez bezrobotnych (w epoce depresji).

Nieprzypadkowo to — Depression Gothic.

Pamiętam ten dzień: dręczyło mnie wtedy

poczucie, że ich zwodzę. Krucha kreda

pękała w palcach, głos się rwał co chwila,

a wszystko działo się jak gdyby we śnie.

Daremnie chciałem objaśnić studentom,

co było (i jest nadal) dla mnie ważne:

to, że spółgłoski znają się nawzajem

i nawołują, jak myśliwi w lesie

— dobitnie, chociaż głucho, samogłoski

wędrują w dół i w górę, jak po stopniach;

i że sylabie wtóruje sylaba,

niczym zwierciadła zwrócone ku sobie

powierzchnią, by w ten sposób zrodzić długą,

zniewalająco mroczną amfiladę,

w której jak ognik rozbłyskuje akcent.

Słowem, moc bardziej i mniej pospolitych

porównań, żeby słuchacze zdołali

pojąć, że w wierszu drobiazgów nie bywa,

że jedno ziarnko piasku im jest mniejsze,

tym lepiej umie wpływać na bieg rzeki.

Lecz to nie wszystko, bo w linijce wiersza

kryją się ledwo czytelne zagadki:

niegdyś — to imię zakazane bóstwa,

dziś za to słowa, które znaczą rzeczy;

marne, a jednak przydatne poecie

jak amulety. Ponad strofą półmrok

zwany przenośnią. To ona gnie zdanie

tak jak wiatr trawy i przepędza dźwięki

jak chmury w niebie, wtedy gdy przybliża

dalekie, ale pokrewne znaczenia;

ich zaślubiny błogosławi słownik.

 

Słuchacze jęli porządkować książki.

Zamilkłem. Wówczas świat się zaczął zmieniać.

W szybie widziałem odbicie kałuży

i beznadziejnie szarawych pinakli,

jednakże zza nich prześwitywał pokój —

— lokum wyniosłej, dumnej biedy, w kraju

innego czasu, co już nie istnieje —

i zanurzona w fotelu kobieta,

stara, otyła, przy tym dziwnie piękna.

Znałem ją niegdyś. I bałem się trochę

jej ciętych replik, niezwykłej pamięci,

która sięgała poza moje lata,

lecz jeszcze bardziej byłem przerażony

podczas wspinaczki na wysokie piętro —

że nagle urwie się ochrypły, ciężki

oddech. (To stało się pół roku później).

I chociaż milczała, ja chyba dobrze

odgadywałem, co miała na myśli.

 

Masz sporo racji. Choć warto by mówić

cokolwiek prościej. Nie ma co zaprzeczać,

to nasza praca. To, co w niej łatwiejsze.

Wystarczy przecież podążać za mową

i nie przeszkadzać jej. A ona sama

zadba o brzemienia, rytmy, anagramy,

oraz przenośnie. Jednak jest coś jeszcze.

Bo wiersze rodzą się o wiele wcześniej

niż my i nasz głos, w dominium przedwiecznej

pustki. Wiersz śni sam siebie. A nam trzeba

zmącić sny po to, ażeby z ich wnętrza

— raczej: z Niczego — móc go wyprowadzić

aż na otwarte place gramatyki.

I to jest trudne. O tym decyduje

już nie sam język, ale, jak przypuszczam,

coś godniejszego, coś, co go przewyższa.

Co rośnie niczym niewyraźny poszum,

żeby na koniec móc w język tchnąć ducha.

Zaś jeśli wierzyć słowom Augustyna,

który na pewno mylić się nie może,

Pan na wiek wieków zachowuje w sobie

każdy świt, każdą rzekę, także wszystkie

atomy, każdą łzę i chleb zleżały,

który pochłania szybko więzień w zonie,

i każdą kulę z karabinu straży.

Tego wszystkiego my nie ogarniemy.

Dla nas zostają detale: powiedzmy,

czapla na brzegu, brzydki pseudogotyk,

a także chwasty pod balkonem domu,

gdzie na fasadzie widniał, na wpół starty,

złotawy tekst: Deus conservat omnia.

Tego wystarczy, by wiersze umiały

pomieścić w sobie całą miłość, której

ty doświadczałeś. Aby pocieszyły

nawet umarłych.

                       Tak, godzi się darzyć

szacunkiem język, jego kręte ścieżki

i echa, bowiem dzięki nim jesteśmy

nieomal równi Bogu. Niemal równi.

Przed nami ściana nie do pokonania:

przeminie mowa, jak my przemijamy.

Szkoda ironii.

                   Za oknem widziałem

tak nietutejsze, zimne jak lód niebo.

W powietrzu było czuć spóźniony marzec.

 

2001

TOMAS VENCLOVA

tłum. Beata Kalęba