SYBILLE BEDFORD „Ruchome piaski”

 

Zacząć było tak samo trudno jak zawsze przedtem i potem. Wciąż dobrze pamiętam, jak wczesną popołudniową porą chodzę z kąta w kąt w dusznym pokoju, pod rozpalonym od słońca płaskim dachem pawilonu dla gości, jak walczę, żeby wydobyć z siebie bezładny potok słów, to podchodzę do sterty kartek, to się cofam, jak mnie zaskakuje napisana niczym pod dyktando linijka, którą Ernest Hemingway uznałby pewnie za jedno prawdziwe zdanie. „Macie tylko napisać jedno prawdziwe zdanie i zaczynając od niego, iść dalej”.

Zacząć opowiadanie, dzień pracy, książkę… Nie żywię niedorzecznych pretensji do porównywania moich zmagań z wysiłkami mistrza, wspominam o nim dlatego, że to, co wiedział o źródłach i samym akcie pisania, ma doniosłe, praktyczne znaczenie dla każdego, kto chce pisać, pisać prawdziwie, jak on by powiedział. Kolejny jego przepis był daleko przede mną — później, kiedy zorganizowałam swoje życie zawodowe — „zawsze pracowałem dopóty, dopóki czegoś nie zrobiłem, i zawsze przerywałem wtedy, kiedy wiedziałem, co będzie później. W ten sposób miałem pewność, że następnego dnia uda się pójść dalej”. Wyczerpać studnię to fatalna rzecz… W moim przypadku wcale nie było pewne, czy w ogóle jest jakaś studnia. Wynurzyło się zdanie oznajmujące, w ogóle niedotyczące Meksyku, o dworcu w Nowym Jorku. Zdziwiło mnie, ale brzmiało dobrze i pozwalało kontynuować…

Od tamtego dnia w lipcu 1949 roku nie zmieniłam w tym zdaniu i następujących po nim linijkach dialogu ani jednego słowa, jednego przecinka… Ani następnego ranka, ani w korekcie, ani we wznowieniach, ani w innych wydaniach: Grand Central Station i termy Karakalli, tak sobie obce, na pozór zupełnie niezwiązane z moim tematem, pozostają niewzruszone na pierwszej stronie1.

Podczas tych tygodni spędzonych na Ischii jeszcze o tym wszystkim nie myślałam; liczyło się to, że książka ruszyła z miejsca, i jednoczesne odkrycie, że piszę głosem innym niż ten, którym przemawiałam do tej pory. Moje wewnętrzne ucho przestało powtarzać kadencje Aldousa Huxleya.

A więc co się zmieniło w tej długiej przerwie wypełnionej zniechęceniem i nieróbstwem? Inne towarzystwo, inne głosy. Czas.

Rozstałam się z dwojgiem ludzi, którym zawdzięczam najwięcej, którzy wychowali mnie moralnie i intelektualnie, których postępowanie i poglądy nadal są podstawą moich myśli i czynów (przynajmniej taką mam nadzieję). Aldous i jego ukochana żona Maria opuścili Europę wiosną 1937 roku. Sine die.

Nie żeby sama obecność Aldousa rzucała zły urok na styl, jaki próbowałam znaleźć. Jego książki pozostały. Nadal czytałam nowe dzieła Huxleya. (Co dwa lata wydawał mniej więcej trzy). Świadczyły o jego przemianie z literata i sceptyka w kaznodzieję i guru. Nie mogłam polubić dróg, którymi podążał, przechodząc od rozpaczy i ironii, z jaką traktował ludzką naturę, do rozpaczy i czynnego współczucia. Pozwoliłam sobie nawet dość krytycznie omówić jego Szarą eminencję, religijną i polityczną historię ojca Józefa, kapucyna, który stał się prawą ręką Richelieu i, ku większej chwale i potędze Francji, jednym z najważniejszych ogniw „w długim łańcuchu zbrodni i szaleństwa, wiążącym współczesny świat z jego przeszłością”. (W odpowiedzi Huxley przysłał mi bardzo miły, trochę smutny list, w którym wspominał o tym, jak źle się czuje „w czysto ludzkim świecie”. Ale Aldous, pomijając jego inne zalety, był niezwykle miłym człowiekiem).

Niewiele się zmieniło w moich lekturach: nadal dużo Francuzów: poezja XIX wieku, Mallarmé, Rimbaud, Baudelaire, Valéry; zanurzanie się w Pascalu i aforystach; raczej Flaubert niż Dickens czy Trollope; każdego roku Czerwone i czarne Stendhala, od pierwszej strony do wstrząsającego za każdym razem końca; Colette… Angielscy pisarze, do których wracałam dla przyjemności (i, jak teraz przypuszczam, żeby ich naśladować): Evelyn Waugh, Cyril Connolly, wczesna Ivy Compton‑Burnett i „The New Statesman”, którego byłam wierną prenumeratorką.

Ostatnimi czasy miałam do czynienia ze śmiałym, nieubłaganie ludowym językiem amerykańskim, którym mówiła swoim uroczym niskim głosem moja nowa przyjaciółka Marta1. Poznałyśmy się w Rzymie, gdzie właśnie rozpoczęła starania o adopcję włoskiego dziecka. Każdy zakochiwał się w Marcie od pierwszego wejrzenia: człowiekowi wydawało się, że to najbystrzejsza, najuczciwsza i najszlachetniejsza osoba, jaką spotkał, i w dodatku jaka wesoła! Hemingway (wtedy już jej eksmąż) powiedział, że myślał, iż znalazł Najświętszą Panienkę, i nie mógł jej wybaczyć, że okazała się bardzo nietuzinkową dziewczyną z college’u. Z biegiem lat niektórzy z nas doświadczyli tych samych uczuć: od nabożnego podziwu do rozczarowania. Osądzaliśmy ją, choć nie wszyscy. Marta miała bardzo złożoną naturę. Tak czy owak wiele jej zawdzięczam i bardzo możliwe, że to jej oszałamiająco mocny, niewyparzony język był tym ostatnim kopniakiem, który wyzwolił moje pisanie.

 

Ischia — samo to, że się tam znalazłam, i to, z kim się tam znalazłam, a także okoliczności pobytu — była kłopotliwym i poniżającym doświadczeniem, któremu nie umiałam sprostać. To też się stało za sprawą Marty — nieustraszonej korespondentki wojennej z pierwszej linii frontu, która relacjonowała hiszpańską wojnę domową z Madrytu, wojnę zimową w Finlandii, kampanię włoską aż do Monte Cassino i wylądowała — na gapę — w Normandii dzień po aliantach. A więc pewnego pięknego poranka w ramach jednego z jej nagłych wypadów z Rzymu (24 godziny i „Spadajmy stąd”) przechadzałyśmy się po piazza na Ischii, gdy nagle krzyknęła: „O kurczę! Nie rozglądaj się — tu jest baronessa, jak ją nazywają — ta Kraut, co była z Ciano, z Franco i z nimi wszystkimi… Nie do wiary, jak ona śmie pokazywać się ludziom na oczy? To chyba najgorsza kobieta w Europie”.

„Dobry Boże — pomyślałam — nie może być!”. Ale było.

Nie musiałam się odwracać, szła w naszą stronę, prosto ku mnie i powiedziała:

— Billi.

Nie zamieniłam się w kamień, tak jak bym chciała. Zwróciła się do mnie (Marta się zmyła), używając imienia, którym już nikt mnie nie nazywał, imienia z dzieciństwa, znanego jedynie nielicznym dawnym przyjaciołom, jacy mi jeszcze zostali. I w tym właśnie rzecz. Była przyjaciółką rodziny, przyjaciółką i bohaterką mojego dzieciństwa i młodości. Moja matka, starsza od niej o pół pokolenia, była do niej bardzo przywiązana. Odznaczała się kostycznym, dyskretnym dowcipem, absolutnym panowaniem nad sobą i wielką inteligencją. Owinęła sobie wokół palca moje młodsze „ja”. Doszły mnie słuchy, że raz czy dwa próbowała uciec z jakimś nieodpowiednim mężczyzną. Nie widziałyśmy się z piętnaście lat, nie wiedziałam też naprawdę, co się z nią działo. Wiem, gdzie była — en poste1 po złej stronie. W końcu wyszła za mąż za znacznie starszego od siebie niemieckiego dyplomatę ze „starej szkoły”, który po 1933 roku, kiedy Hitler doszedł do władzy, pozostał na stanowisku. Dla mnie to było dość. Ucięłam wszelkie kontakty, choć tylko symbolicznie, ponieważ ona urzędowała w swojej ambasadzie, podczas gdy my, moja matka i jej młody włoski mąż, byliśmy na południu Francji. Przebywała tam też jej matka, miła starsza dama (nadzwyczajnie wobec mnie serdeczna w trudnych sytuacjach mojej młodości), z którą także głupio zerwałam. Mieszkała w wiosce rybackiej, gdzie mój ojczym, dekorator wnętrz, kilka lat wcześniej urządził dla niej dom.

Teraz stała przede mną córka (nie matka): długa i zrelaksowana, wysoka i szczupła jak Marta, tyle że bardziej — naprawdę bardzo wysoka. Też miała jasne włosy i piękne rysy twarzy. Uśmiechała się do mnie miło, choć trochę ironicznie:

— Billi, co ty tu robisz? — spytała.

Rozbawionym spojrzeniem zmierzyła mnie od stóp do głów.

— Coś mizernie wyglądasz — powiedziała. Znów drwiący uśmiech. — Przypuszczam, że dlatego, iż byłaś po stronie zwycięzców.

Ona ubrana była nienagannie — biała jedwabna bluzka, złoty łańcuch, prosta, doskonale skrojona plisowana spódnica, wyczyszczone greckie sandały: elegancja kojarząca się bardziej z Włoszkami niż z Niemkami jej klasy.

— Issa… — powiedziałam zduszonym głosem. Miała na imię Isabella, po mężu Isabella von N., baronessa N. Nikt nigdy nie nazywał jej Iza czy Bella, zawsze mówiło się Issa — krótkie „i”, ostre „s”, co brzmiało i twardziej, i bardziej elegancko. Pasowało do niej.

— My tu mieszkamy — powiedziała. — Mamy dom niedaleko Porto. Właśnie skończyliśmy go budować. Dość ładny. Musisz do nas przyjść. Gdzie się zatrzymałaś?

— W pensione… — powiedziałam. — Zdaje się…

— Nie chcesz mi podać adresu? Tu, na wyspie? Nie bądź głupia.

Rzecz w tym, że nie miałam pojęcia, czy Marta zarezerwowała dla nas pokoje w pensione Bella Vista czy Mezzaluna, i wpadłam w pułapkę, próbując to wytłumaczyć.

Issa straciła zainteresowanie.

— Co się dzieje z naszymi starymi przyjaciółmi? Gdzie jest Jacko? Słyszałam, że marnie jej się wiodło… A Doris? Źle się stało, bardzo źle…

(Jacko to moja siostra, półsiostra, Doris — dziewczyna, która przez jakiś czas uczestniczyła w naszym życiu. Ta trójka — Issa, Jacko i Doris — jakieś dziesięć lat starsze ode mnie, razem przeżywały krótką jeunesse dorée. Ich sytuacja majątkowa, początkowo dość podobna, z czasem mocno się zróżnicowała. Ich drogi się rozeszły. Gdyby Berlin lat dwudziestych był miejscem mniej dwuznacznym, mniej przegranym, to może nadal by się spotykały na tych samych dansingach).

— Biedna durna Doris… No, ale jak ktoś się wygłupia z komunistami w nieodpowiednim czasie… Nie mogliśmy nic dla niej zrobić w Paryżu.

Czułam, że chce, abym ją spytała: „A próbowałaś?”. Nie powiedziałam nic.

Zrobić coś w Paryżu znaczyło w Paryżu pod okupacją mieć chody w komendanturze, na gestapo.

— Nie bądź taka nadęta, moja mała, znam każdą twoją myśl, nigdy nie byłaś realistką, ani ty, ani twoja matka (którą bardzo kochałam).

Wiedziałam, że to prawda i poczułam innego rodzaju ukłucie w sercu.

— Trudno sobie wyobrazić, w jakie tarapaty by się wpakowała… Nie wiedziała, jak nie utonąć. Idealiści nigdy nie wiedzą. Dla kobiet takich jak ona wczesna śmierć to niezłe rozwiązanie. Tak czy owak historia okrutnie obchodzi się z ludźmi, więc ludzie muszą się nauczyć, jak się przed nią ustrzec za pomocą środków, jakie mają pod ręką. Ponieważ umiałam stulić pysk, kiedy należało, mogłam zrobić to i owo… Kilka rzeczy, które byś zaakceptowała — tak, w Paryżu i gdzie indziej. Mało co jest naprawdę całkiem czarne albo całkiem białe, Billi…

— Czasem jest — powiedziałam przez zaciśnięte zęby.

— Uratowałam dwóch lub trzech Żydów.

I przy moim przedłużającym się milczeniu:

— A ty? Miałam pewne możliwości i wykorzystałam je. Ty byś raczej wolała, żebym przesiadywała po kawiarniach z uchodźcami.

 

Kiedy w końcu udało mi się dotrzeć do Marty, siedziała w barze. Trzymała dla mnie zimne martini. „Pomyślałam, że będzie ci potrzebne”.

Marta napisała reportaż z Dachau zaraz po wyzwoleniu obozu. Dla niej wszyscy Niemcy byli godni pogardy, niedotykalni. (Wtedy ja też byłam bliska takiego uczucia). Spodziewałam się, że pośle mnie do diabła za to, że nie splunęłam i nie uciekłam. Tak czy owak w głębi duszy, w sekrecie, czułam, że na to zasługuję z powodu mego pochodzenia, które, co prawda, wcześnie odrzuciłam. (To, że Marta również była częściowo Niemką, było czymś, o czym każda z nas wolała nie pamiętać, a co dopiero głośno o tym mówić. Jej korzenie były bardziej odległe, ojciec Marty z niesmakiem opuścił kajzerowskie Niemcy pod koniec XIX wieku. Miała szczęście urodzić się w Ameryce).

Usiadłam i ukryłam twarz w dłoniach.

— Więc to prawda? Baronessa Kraut ciebie zna?

Jęknęłam.

— Przyglądałam się wam: wyglądała na zachwyconą, że cię widzi, ale nie próbowała uścisnąć ci ręki.

— Ani pocałować w oba policzki — na to jest za cwana. Powiedziała, że wyglądam jak nędzarka.

— Nie to co ona! Les signes extérieurs de richesse… Ten strój musiał ją kosztować kupę forsy.

Marta też była ubrana z prostotą w nienaganne, twarzowe ciuchy. Kupowała je głównie w domu towarowym, z zasady nie chodziła do butików przy Piątej Alei.

— Z wyjątkiem łańcucha — powiedziałam. — Łańcuch nic jej nie kosztował. To prezent od generalissimusa.

— No nie! Opowiadaj — mów wszystko, co powiedziała. Jak brzmiała?

— Wesoło i agresywnie.

— Atak to najlepsza obrona.

— O, nie sądzę, aby uważała, że musi się bronić. Dała mi jasno do zrozumienia, jak marnym jestem przeciwnikiem. Cieszyła się własnym tupetem. Bardzo dobrze jej to wychodziło, szkoda, że nie słyszałaś. Litowała się nade mną, że sobie nie poradziłam, że źle mi się wiedzie (zauważyła to od razu). Zażartowała sobie z mojej czapki, ale to akurat było dobrotliwe i dość niewinne.

— Założę się, że było — powiedziała Marta.

To była rybacka czapka — zdjęłam ją — z niebieskiego drelichu z tekturowym daszkiem, długim i wąskim jak ptasi dziób. Nosiłam ją na bakier dla osłony przed słońcem; tekturowy czubek zaczął się sypać. Wiedziałam, że Marta nie bardzo lubi, żeby ją widziano ze mną w tej czapce.

— Cały czas czułam się zakłopotana — powiedziałam. — Nie dlatego, że nie robiłam na niej dobrego wrażenia — to wydawało mi się przyjemnie ironiczne — byłam zakłopotana, że ją osądzam — nieodwołalnie, lodowato… Osądzam starą przyjaciółkę. Każda z nas czuła się lepsza od drugiej. Ona oczywiście wcale nie miała takich skrupułów.

— Tępota?

— Nie jest tępa.

— Wrodzona arogancja?

— Zapewne nabyta. Issa zawsze umiała walczyć z przeciwnościami. Często musiała to robić.

— Issa?

Jak inaczej mogłam o niej mówić? Nawet w myślach.

— Znałam ją w dzieciństwie we Włoszech — była wtedy bardzo młodą kobietą — teraz musi mieć pięćdziesiąt kilka lat, czego nie widać. Zwykle razem z matką spędzały z nami lato — jeszcze przed naszą przeprowadzką do Francji, długo, bardzo długo, zanim wyszła za mąż czy nawet pomyślała o poślubieniu tego jej ambasadora.

— Mówiła coś o nim?

— Nie wprost.

— Podobno była jego szarą eminencją — powiedziała Marta, która najwyraźniej wiedziała na ten temat o wiele więcej niż ja. — Nie żebym ich kiedykolwiek spotkała, przypuszczam, że reprezentowali Niemcy w Burgos, gdy my wciąż jeszcze walczyliśmy w Madrycie. Teraz widzę, że nie taką znów szarą. Wygląda na kobietę, za którą mężczyźni szaleją, młodzi i starzy, kobietę, dla której są gotowi wiele zrobić.

— Tak — odparłam. — Widziałam to niejeden raz. Ale w prywatnej skali.

— Podobno Franco jadł jej z ręki.

— Właśnie to mi powiedziała.

— Teraz!

— Powiedziała: „Franco się nas słuchał, a Hitlerowi to się nie podobało”.

— O kurczę, to rewelacja!

— Jak mówiła, odegrała pewną rolę, co może kiedyś wyjdzie na jaw, w zachowaniu przez Hiszpanię neutralności. Operacja na ostrzu noża, która się udała. Powiedziała też, że była u Ciano 3 września 1939 roku w Rzymie, w jego biurze, w prywatnym pokoju za jego gabinetem, sam na sam, i że nakłaniała go, aby przekonał swojego teścia, by opóźnił przystąpienie Włoch do wojny. Czy myślisz, że coś z tego może być prawdą?

— Podobno była bardzo zaprzyjaźniona z Ciano.

Znów jęknęłam.

— Może próbowała mi powiedzieć, że ona‑oni, ona i jej małżonek ambasador, starali się po kryjomu działać przeciwko Niemcom, przeciwko niemieckiemu zwycięstwu? Bo inaczej po co opóźniać wkroczenie Włoch i trzymać Hiszpanię z dala od wojny?

— Następnym razem powie ci, że nigdy nie była nazistką.

— Nie powie. Jest zbyt dumna, żeby się tak płaszczyć. Poza tym jestem pewna, że nie była nazistką.

Teraz jęknęła Marta.

— Okazuje się, że w jej życiu nastąpił kolejny zwrot — powiedziałam. — Zostali odwołani. Wiedziałaś o tym? Odwołani do Berlina. W czterdziestym drugim, zdaje się. Powiedziała: „Nie byliśmy szczurami uciekającymi z tonącego statku, byliśmy szczurami, które tam wepchnięto, żeby utonęły”. Gdy tylko ich pociąg przekroczył granicę hiszpańską, znaleźli się pod strażą esesmanów, nie w mundurach, dyskretnie: nadal traktowano ich jak Ich Ekscelencje. Ona zrozumiała. On nie. Mieli jeszcze kilka godzin jazdy przez vichystowską Francję. Udało jej się namówić jednego z oficerów SS, żeby im pomógł, nie powiedziała jak. W nocy na jakimś postoju wyślizgnęli się z mężem z pociągu. Powiedziała, że narzucili płaszcze na piżamy. Udało im się zniknąć, przejść przez granicę do Szwajcarii, poprosić o azyl i go dostać. Jak się później dowiedziała, po przyjeździe do Berlina oficer SS został aresztowany (tak jak to się miało stać z nimi) i skazany na śmierć. „Zapłacił za to głową”, dodała.

— Powiedziała ci to wszystko?

— Powiedziała, że było tego o wiele więcej — że może powinnam spisać jej pamiętniki. Mówiła serio. Boże uchowaj.

— Ty nigdy nie będziesz dziennikarką — zawyrokowała Marta. — Powinnaś była wszystko z niej wyciągnąć, powinnaś była ją przepytać.

— Ty byś to zrobiła?

— No pewnie. Czy zdajesz sobie sprawę, że baronessa i jej paczka to wszystko, co pozostało, że tylko od nich możemy się dowiedzieć, jak było, co czuli, co sobie mówili? Nie ma już grubych ryb, norymberska banda nie żyje albo jest tam, gdzie ani ty, ani ja nie będziemy miały okazji z nimi rozmawiać przez długie, długie lata. Musisz się z nią jeszcze spotkać.

— Zaprosiła mnie do siebie na lunch.

— A ty powiedziałaś „nie”?

— Nie dała mi okazji powiedzieć „tak” lub „nie”. Rzuciła przez ramię: „Między drugą piętnaście a wpół do” i już jej nie było.

 

— Wiesz coś o niej, prawda? — zagadnęła mnie Marta trochę później.

Tak, wiedziałam. O historii jej przodków mówiły głosy dochodzące z przeszłości dawniejszej niż przeszłość jej i moich rodziców, sięgającej wstecz w XIX wiek i głębiej, głosy, które dotarły do moich uszu i umysłu, kiedy byłam dzieckiem, przekazywane w anegdocie i aluzjach do wydarzeń i oceny wydarzeń, lekceważone przeze mnie w młodości i wczesnych latach dojrzałych, zanim wypłynęły na powierzchnię zaborcze, uporczywe, oczywiste jako instynktowny materiał do mojej przyszłej pracy. Źródłem Dziedzictwa (mojej pierwszej wydanej powieści) były niedyskrecje opiekunów i służących, gderanie niań, rozmowy przy kolacji starszych członków rodziny mojego ojczyma, wygładzone i obrazowe opowieści mojego ojca, talent mojej matki do przedstawiania wydarzeń z życia prywatnego w świetle literackich i historycznych interpretacji.

W bagażu młodzieńczych wspomnień — nie tylko z drugiej i trzeciej ręki — mieściła się też baronessa. Tak ją nazywano (z operową emfazą) na Ischii, gdzie w powojennych latach stała się znaną postacią: podziwianą, nielubianą, trochę budzącą lęk. Rzeczywiście miała tytuł baronin, a jako żona eksambasadora — prawo do Jej Ekscelencji i w rzeczy samej włoska służba zwracała się do niej per Eccellenza. (Przymuszona przez moją przyjaciółkę Martę poszłam na lunch, który mi zaproponowano).

Issa była jeszcze Fräulein von Hahn i gościem w domu mojej matki, którym była tamtego roku willa wynajęta nad jeziorem Garda, a ja dzieckiem, które przyjechało z Anglii, dokąd wysłano mnie do szkół, żeby spędzić lato we Włoszech. Kiedy przyjechałam, matka i córka von Hahn były już na miejscu. Oddano im dwa najładniejsze z wolnych pokoi. Mój był niezbyt ładny. Dzieci są albo były zdolne przyjmować każdy fait accompli1, co nie przeszkadza, że mają swoje odczucia. Ja, jeśli już, cieszyłam się z nowych twarzy: umiały rozbawić moją matkę. Zresztą z wzajemnością i rozmowy tych trzech kobiet wypełniły cały dom. Frau von Hahn była maleńką kobietą o drobnej twarzy, która kiedyś musiała być ładna, ale teraz wydawała się cokolwiek skurczona, jakby w pewnym momencie przygniotło ją poczucie, że musi koniecznie usunąć się w cień, zajmować jak najmniej miejsca. Ten wybieg i jego powody musiały tkwić w przeszłości, teraz bowiem sprawiała wrażenie osoby czujnej, pogodnej, nawet wesołej, gotowej cieszyć się przyjemnościami, jakie mogło dawać życie w naszym towarzystwie. Była jakieś dziesięć lat starsza od mojej matki (wtedy dobijającej czterdziestki) i na tyle wyglądała. Jej stroje nie rzucały się w oczy, choć nie były tanie ani nietwarzowe. Córka mówiła do niej „Mamuszka”. Zachęcano nas, abyśmy też tak się do niej zwracali, na co przystaliśmy. „My” obejmowało również Alessandra, mojego młodego ojczyma, którego matka poślubiła rok czy dwa lata wcześniej, oraz kilku jego braci — miał liczną rodzinę — samych przystojnych mężczyzn. Mamuszka uwielbiała Issę, była oddaną przyjaciółką mojej matki i oczywiście tkwiła pod pantoflem ich obu.

Zaledwie dwudziestoletnia Issa nosiła się z nonszalancką elegancją i pewnością siebie; jak już mówiłam, była wysoka i długonoga, z ładnie ukształtowaną głową i jasną matową cerą, która nigdy nie była blada ani rozgrzana; rysy twarzy miała delikatne. Jakkolwiek patrzeć, wyglądała świetnie. W pewne dni przy pewnym świetle mogła uchodzić za piękność. Ktoś mógłby rzec, że jak na łaciński gust jest za wysoka, za zimna, za nordycka. Że tak nie było, świadczyło zachowanie braci, nad którymi górowała wzrostem. Mężczyźni garnęli się do niej. Rzadko na próżno. (Ten czynnik odegrał zgubną rolę w jej późniejszym postanowieniu utrzymania odpowiedniej pozycji w konwencjonalnej klasie wyższej). W pobliskim hotelu mieszkała para wielbicieli, którzy w ślad za paniami von Hahn przyjechali na wilegiaturę z Niemiec, dwóch młodych Zygfrydów, Herr von To i Freiherr von Tamto, dorównujący Issie wzrostem i blond czupryną. Choć byli rywalami, zachowywali się uprzejmie, lojalnie wobec siebie i wobec włoskich konkurentów — Issa nad tym czuwała. W powietrzu wisiało napięcie, ale nie dochodziło do pojedynku, nikt też nie śpiewał pod oknem serenady. Matka Issy, istota o niewinnym sercu, uważała rój mężczyzn za nieunikniony i całkiem stosowny hołd dla jedynej córki, patrzyła na to z łagodną tolerancją i odrobiną drwiny. Moja matka, znacznie mniej niewinna i tak samo przywiązana do Mamuszki jak do Issy, starała się być lojalna wobec ich obu, chroniąc jedną, żeby się nie dowiedziała, i drugą, żeby jej nie nakryto.

 

Ojciec Emmy von Hahn, dziadek Issy, wywodził się z uchodźców hugenockich, z szukających azylu francuskich protestantów, którzy osiedlili się w Prusach za panowania Fryderyka Wielkiego, gdzie jak wielu ludziom ich pokroju, utalentowanym, zaradnym i prawym, dobrze się powodziło. We wcześniejszych pokoleniach byli ponoć utalentowanymi zegarmistrzami; prawdziwy przypływ bogactwa i władzy nastąpił dzięki dziadkowi Issy w drugiej połowie XIX wieku, w latach ekspansji po wojnie francusko‑pruskiej i powstaniu Rzeszy. Gründerjahre. Możliwości było mnóstwo i dziadek Issy znalazł się na czele tych, którzy umieli je wykorzystać. Faktycznie stał się założycielem jednej z najbardziej prestiżowych instytucji finansowych nowych Niemiec. Mówiono, że jego zręczności i bezwzględności dorównuje jedynie jego uczciwość. Tytułem szlacheckim — von przed nazwiskiem — obdarzył go kajzer. (Wilhelm I, ogłoszony cesarzem w Wersalu w 1871 roku, nie jego pechowy wnuk, kajzer Bill). Wcześnie się ożenił i jak współcześni mu wiktorianie miał liczną rodzinę, bodaj czternaścioro dzieci wychowywanych w strachu i drżących pod żelazną dyscypliną (tylko takie wyświechtane określenia tu pasują); chłopców w stosownym czasie pchano do kariery wojskowej, żaden z nich daleko nie zaszedł, dziewczęta wydawano za zubożałych arystokratów (głównie wojskowych i ze starych rodów, nie tych z nadania). Kiedy po długiej chorobie jego żona zmarła, założyciel dynastii niemal natychmiast ożenił się po raz drugi. Nowo poślubiona nieboraczka urodziła mu tylko dwie córki, Mamuszkę i jej siostrę, również wydane w stosownym czasie za pruskich kawalerzystów. Ojca Issy, kapitana von Hahn, zwanego przez swoje kobiety François, pamiętam mgliście jako całkiem przyjemny cień tolerowany przez żonę i uległy wobec uwielbianej córki. Jedną z rzeczy, których obawiała się cała rodzina, była przymusowa obecność na niedzielnej kolacji u patriarchy. Matka Issy powiedziała, że wieczorna kąpiel nadal napełnia ją niewymownym lękiem, ponieważ przypomina te przed kolacją u ojca.

W przeszłości tej rodziny było coś znacznie gorszego, coś, czego nie dało się ukryć i co rozdęło się do rozmiarów narodowego skandalu. Wydarzyło się to przed końcem stulecia, mniej więcej w tym samym czasie co maltretowanie brata mojego ojca w szkole wojskowej i jego niedoszłe samobójstwo. Te wydarzenia — dziejące się długo przed moim urodzeniem — stały się częścią mojej młodzieńczej mitologii. Łączą je dwie wspólne cechy: cierpienie dzieci i chaotyczne, często podłe i pełne sprzeczności reakcje opinii publicznej.

Wcześniejszy wypadek wygląda w zarysie tak: najmłodsi z progenitury dziadka Issy stali się krnąbrni — dwaj niesforni chłopcy zbuntowali się przeciwko domowemu reżimowi. Kiedy uznano, że nie da się nimi pokierować, ich ojciec, człowiek wyjątkowo zajęty, zatrudnił nowego opiekuna. Opiekun zapewnił, że nie da rady okiełznać swoich podopiecznych, jeśli się go nie zostawi z nimi w odosobnieniu. I tak to urządzono. Zabrał chłopców do domku myśliwskiego w Górach Harcu. Bez służby, bez sąsiadów. Okazało się później w sądzie, że ów człowiek był sadystą. Sadystą, nie pedofilem. Nie wykorzystał chłopców, jak to się dzisiaj mówi. Torturował ich. Mimo oddalenia dowiedziano się o tym we wsi. Przyszły listy — anonimowe. Ojciec chłopców wysłał mężów swoich dorosłych córek, żeby zbadali sprawę — wszyscy byli oficerami, ludźmi honoru, jak ich później określił sąd. Opiekun udawał niewiniątko. Chłopcy milczeli, co można przypisać brutalności. Delegacja doniosła, że choć warunki są spartańskie, nic naprawdę złego się nie dzieje. Kilka tygodni później jeden z chłopców nie żył. Drugi fizycznie wrócił do zdrowia, ale pozostał upośledzony. Ulokowano go w zakładzie dla umysłowo chorych — podobno dobrze wyposażonym, dobrze prowadzonym — gdzie spędził resztę długiego życia. Jego siostra przyrodnia, matka Issy, pamiętała, że była u niego w odwiedzinach. (Apatyczny duch). Opiekun został osądzony i skazany na dożywocie.

Opinię publiczną i prasę (bynajmniej nie w całości militarystyczną i urzeczoną mundurem) rozjuszyła tępota raportu oficerów o sytuacji w domku myśliwskim. Odniosły się wrogo nie tyle do ojca, mężczyzny w podeszłym wieku, szanowanego i dalekiego, ile do młodych szwagrów, z ich mentalnością instruktorów musztry. Oschłość serca.

Z całego rodzinnego klanu tylko Issa umiała stawić czoło dziadkowi. Patrzyła na niego bez lęku. Lubił ją. Dawał jej dużo pieniędzy, chociaż nie zawsze i rzadko tyle, ile chciała. Umiała też utrzymać tego ciężko doświadczonego człowieka w niewiedzy co do tego, jaka jest i co robi.

 

Przez pierwszy tydzień mojego pobytu nad jeziorem Garda mocno padało; we Włoszech deszcz uważa się za coś okropnego, przed czym człowiek się wzdraga. Pamiętam, że siedzieliśmy w willi prawie przez cały dzień, przysłuchując się nie bez przyjemności rozmowom Mamuszki, mojej matki i Issy. Panie von Hahn były bystrymi, uważnymi obserwatorkami i umiały odpłacić pięknym za nadobne. Mówiły podobnie, podobnie cedziły słowa, którym w wypadku Mamuszki towarzyszył chichot, w wypadku Issy ironiczny podtekst; jej niski, nieco chropawy głos przydawał jej powabu. Issa i Alessandro grali w brydża, do stołu nakryli jego dwaj bracia, którzy odważyli się na krótki sprint pod wielkim parasolem z pobliskiej willi. Moja matka nie przyjmowała u siebie Zygfrydów, Mamuszka popierała tę postawę wobec adoratorów jej córki. A jednak przyszli pod frontowe drzwi — w sztormiakach, bez parasoli — żeby zabrać Issę na spacer wzdłuż brzegu. Jezioro zrobiło się szare i wzburzone jak morze. Ale potrzebowaliśmy świeżego powietrza. Mieliśmy psy, z którymi chodziliśmy na spacery. Ona parę ogromnych bestii jakiejś drapieżnej rasy, noszących wojownicze imiona Lucyfer czy Herkules. Przywołała je do nogi. My mieliśmy japońskie spaniele.

Pewnego ranka okiennice się otworzyły i cała okolica, jezioro i niebo zalśniły skąpane w słońcu i niebieskie. Z pomostu, który sięgał jakieś dziesięć metrów w głąb jeziora, można było skakać do wody. Kochałam wodę: jako dziecko pod okiem niani taplałam się na wybrzeżu Morza Północnego; później właziłam do potoku w pobliżu naszego majątku w Baden, jeszcze później brodziłam, niepilnowana w Sorrento. Ale nie wiedziałam jeszcze, jak to jest, kiedy człowiek traci grunt pod nogami. Tego pięknego poranka w towarzystwie dyżurnego Zygfryda brodziłyśmy z Issą w jeziorze. Kiedy straciłam grunt, Issa schwyciła mnie, wcisnęła pod ramię i poszła dalej: „Nie trzeba cię uczyć pływać, dziewczyno. Każdy to potrafi. Zaraz sama popłyniesz”. Dała znak Zygfrydowi, który górował nad nią wzrostem, on posunął się parę metrów dalej aż do miejsca, gdzie ledwie mógł stać. Issa przerzuciła mnie przez ramię i rzuciła w jego stronę. Zygfryd złapał mnie, ścisnął pod pachą, przepłynął kilka metrów, po czym puścił i wrzucił do jeziora. Przez dłuższą chwilę szłam na dno jak paczka ołowiu, potem zaczęłam się ruszać, wynurzyłam się na powierzchnię i popłynęłam, z wielkim pluskiem i bez rytmu, przebierając rękami i nogami jak pies. Popłynęłam z powrotem do Issy, która mnie złapała, podciągnęła — woda mnie unosiła — i znów wrzuciła. Tym razem sama ruszyłam w stronę Zygfryda: dotarłam do niego i zostałam rzucona z powrotem.

Olbrzymi bawili się. Byli silni, to była dobra zabawa. Kiedy się skończyła, czułam się promienna i zadowolona z siebie.

— Issa, Issa, umiem pływać!

— Nie myśl, że dałam ci lekcję pływania, dziewczynko — powiedziała. — Lekcja polega na tym, że jeśli chcesz przeżyć, musisz pływać, a nie tonąć.

 

To właśnie — i wiele innych rzeczy — mieliśmy za sobą tego powojennego lata na Ischii, kiedy po trzydziestu latach znów znalazłam się pod tym samym dachem z Issą. Marta triumfowała. Poszłam, w charakterze przynęty na lunch do domu baronessy: pięknego domu, jak zapowiedziała, pięknie prowadzonego jako najwyższej jakości pensione. Państwo von N. zachowali rodzinne srebra i, jak się okazało, niewiele więcej. Przyjmowali płatnych gości, majętnych płatnych gości. Powinnam powiedzieć „ona”, nie „oni”. Jej mąż, archetypowy emerytowany urzędnik ministerstwa spraw zagranicznych — dobrze ułożony Niemiec z południa, bez cienia pruskiej uszczypliwości czy wiedeńskiego wdzięku, znacznie starszy od Issy — trzymał się na uboczu w jakimś gabinecie i pojawiał jedynie na kolacji, gdzie nie puszczał pary z ust. Na tym odcinku wielki plan Marty zakładający, że wyciągnę z niego historię, nie wypalił.

„Doskonałe wyjście z sytuacji dla ciebie, Syb”, powiedziała, kiedy jej doniosłam, że baronessa proponuje, bym spędziła lato w ich jednopokojowym gościnnym pawilonie stojącym między domem a morzem: za pół ceny, „stawka dla rodziny”. Mogłam sobie na to pozwolić. Ledwo, ledwo. Marta o tym wiedziała. A wobec Issy z miejsca stawiało mnie to w pozycji ubogiej krewnej, która sobie nie radzi. Marta przekonywała: „W końcu będziesz mogła zabrać się do roboty, nie musisz gawędzić z Krautami przez cały dzień, ale wieczorami owszem, tak. Idź do nich à l’heure bleue, Syb…” (Ani wcześniej, ani później nikt inny tak mnie nie nazywał; dla Marty — zawsze — krótko znaczyło najlepiej). „Wyciągaj ich na rozmowy o drobnych faktach… Jesteś to winna potomności…”.

Musiałam ustąpić. Ascetyczna izolacja na wyspie, cela, gdzie mogłam pracować, masa przestrzeni do spacerów, kilka metrów od morza, moje obecne niemiejsce na świecie… Czyż to nie była wskazówka od losu? Marta zapewniała mnie, że zamieszkanie u von N. jest moralne. Czy rzeczywiście? Plan Marty — zbrodniarze wojenni kontra dziennikarz śledczy — był niestosowny. Jakkolwiek mieli prywatne zastrzeżenia, służyli reżimowi Hitlera i odwrócili się do niego plecami dopiero wtedy, gdy sami stali się potencjalnymi ofiarami. Cokolwiek zrobili bądź czegokolwiek nie zrobili, wierzę teraz, że Issa jako ambasadorowa w Hiszpanii odegrała albo próbowała odegrać pewną rolę w zachowaniu neutralności przez Franco, mając może na uwadze to, że przyczynienie się do klęski Niemiec zwiększy szansę na przetrwanie cywilizowanego społeczeństwa (w którym mogłaby egzystować). Zostawmy państwa von N. historykom. Co do mnie to muszę osądzić samą siebie, emocjonalną, bezsilną przeciwniczkę hitleryzmu od zimy 1933 roku (od pożaru Reichstagu i pierwszych obozów koncentracyjnych). Miałam szczęście, że żyłam z dala od tego wszystkiego długo, nim się zaczęło, to znaczy od dzieciństwa. Mieszkałam we Włoszech, w Anglii, we Francji, mogłam sobie pozwolić na bycie antyfaszystką od samego początku. Miałam szczęście, że dorastając, często przebywałam z moją fundamentalnie antynacjonalistyczną matką. A kiedy groza podeszła blisko, kiedy niemieckie wojska wraz z gestapo zalały Francję, uciekłam. Instynkt samozachowawczy? Jak dalece „moralna” była podjęta dziesięć lat później próba odgrywania „kreta” w domu Issy? I żebym to ja miała być prawdziwą dziennikarką? Issa, ma się rozumieć, pojęła to w lot.

 

I rzeczywiście, kiedy zamieszkałam u von N., okazało się, że sytuacja jest nie do wytrzymania. Nie żeby Issa pozwoliła sobie na jakiś znak wskazujący, że i ona tak myśli. Jej tupet był nieprzenikniony, choć pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Żadne raniące szyderstwa nie padły. Nadal subtelnie i lekko podkpiwała sobie ze mnie, z moich aspiracji i przekonań; generalnie byłam traktowana z szorstką serdecznością: za wiele miałyśmy wspólnej dobrej przeszłości. Nadal była przywiązana do pamięci o mojej matce; tej, co zmierzała prosto do celu, ale w przeciwieństwie do Issy bez cienia bezwzględności. Mnie, która w jej oczach pozostałam córką mojej matki, brakowało odwagi. Zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia w stosunku do nieżyjącej już Mamuszki, którą w 1933 potraktowałam z idealistyczną bezczelnością. Powiedziałam jej nad filiżanką herbaty — jej filiżanką — że nie mogę odtąd mieć z nią nic wspólnego. Co też polityka i zasady mogą zrobić z człowiekiem! Jacy okrutni i zaślepieni, jacy zadufani i nieliberalni są młodzi liberałowie! (Starsi oczywiście też). Jaką rolę powinna odgrywać ta dama, wówczas wdowa, kiedy jej ukochana córka, żona niemieckiego dyplomaty, wybrała pozostanie en poste w Kairze? Czy miała odmówić widywania się z córką? Oświadczyć publicznie, że jest przeciwko Hitlerowi, i zostać uchodźcą — nieważne, skąd będzie następny paszport? Nie czekałam, aż mi odpowie, co sama czuje. Przez kilka następnych lat wiedziałam o niej tylko tyle, że mieszka w swojej willi La Tranquille, kilka kilometrów dalej, i że przyjęła pod swój dach jako dame de compagnie białą emigrantkę z Rosji i jej niezaradne potomstwo (1917 — ofiary innej katastrofy tego stulecia).

La Tranquille. Tę nazwę nadali tandetnej, grzechoczącej pod mistralem willi na skraju przylądka ci, co ją zbudowali. Mamuszka jej nie zmieniła po tym, jak mój ojczym przetworzył to miejsce w wygodną wiejską siedzibę, ciepłą w zimie, otwartą na morze w lecie, jej ostatni port, jak mówiła. Nie tylko z powodów klimatycznych odwróciła się plecami do swojego udręczonego pruskiego dzieciństwa i wieku dojrzałego. La Tranquille została ostrzelana przez wojska włoskie w 1943 czy coś koło tego. Po wielu latach wróciłam do miejsca, które było częścią mojej młodości — mieszkaliśmy tu przed przebudową i podczas niej — moje rozmowy z matką do późnej nocy o Flaubercie i Baudelairze, o wojnie i pokoju: jak zapobiec tej pierwszej, jak osiągnąć ten drugi… Pomyślałam o żeglarskich bankietach pośród rusztowań, kiedy matki nie było, a dach był otwarty na niebo. Gdy nastał nowy pokój, zobaczyłam przed sobą kilka metrów kwadratowych Pompejów bez wdzięku czy dającej się odtworzyć przeszłości.

(Teraz, na początku XXI wieku, są tam inni poszukiwacze: niemieccy turyści literaccy próbujący powtórzyć trasę wybitnych émigrés z lat trzydziestych. Jeżdżą do Sanary, Sanary‑sur‑Mer, które opisują i filmują. W czasach Mamuszki — zanim z nią zerwałam — to miejsce pod wieloma względami także dla mnie było niebem. Dobra i hojna Mamuszka pomagała mojej matce w tych trudnych latach, wspierając ją na różne sposoby — przyjaźnią, towarzystwem, pieniędzmi).

 

Byłam nieletnia, miałam niewielkie własne pieniądze, racjonowane przez dalekich opiekunów prawnych, którzy ani nie ufali mojej matce, ani nie wierzyli w moją przyszłość.

Za sobą miałam majątek. (Wtedy, zanim naraziłam to wszystko na szwank, kiedy w młodzieńczym doktrynerskim stanie umysłu uznałam, że jest moim obowiązkiem zakpić z wielkiego niemieckiego państwa). Po śmierci ojca château, prezent ślubny mojej matki zaaranżowany przez jej zarządców, który w stanie nieuważnej hojności oddała mu przy rozwodzie, został sprzedany razem z jego własną kolekcją sztuki, a dochód przypadł wyłącznie córkom, czyli mojej siostrze przyrodniej i mnie. Ona kroiła teraz swoją część jak gorący nóż masło; na mojej siedzieli — bez reszty uczciwi — kuratorzy.

W domu Mamuszki byłam mile widziana przy obiedzie i kolacji, nawet na podwieczorku (wiele jadało się posiłków w tamtych latach). Jej utytułowana, eksutytułowana, towarzyszka, nadal serdeczna mimo wielu lat ciężkiego życia, była znakomitą, beztroską kucharką, hojnie serwującą rosyjską i francuską kuchnię. Wódka — czemu nie? — na co dzień białe i różowe wino z rekomendowanych przeze mnie spółdzielni w St Cyr i Bandol, w niedziele bordeaux. Jednak wielkim i świadczącym o wyobraźni dobrym uczynkiem Mamuszki było to, że mnie zatrudniła. Na pół etatu. (Miałam czytać, żeby się kształcić, i to robiłam; chciałam pisać, i tego często nie robiłam). Służyłam jej za szofera. Z pensją i szoferskim kaszkietem z dużym daszkiem chroniącym mnie przed słońcem, kiedy pod wieczór wiozłam obie damy z bezpieczną prędkością do Tulonu do restauracji albo na gościnne występy do teatru. Ja również byłam wtedy zapraszana. Miałam bzika na punkcie samochodów i udało mi się zdać egzamin na francuskie prawo jazdy, gdy tylko osiągnęłam wymagany wiek — wtedy osiemnaście lat — i oczywiście miałam też obsesję na punkcie szybkości. Poskromiłam ją całkowicie z uwagi na nerwy i bezpieczeństwo moich pasażerek. Zmieniałam biegi jak po maśle. Ta praca była dla mnie błogosławieństwem. Sama miałam starego odkrytego forda roadstera kupionego na kredyt w wyniku skomplikowanej transakcji, toteż skorzystałam z szansy prowadzenia jakichkolwiek czterech kółek.

 

Na Ischii echa przeszłości i moje uczucia wobec dzisiejszej Issy — wstręt, rozbawienie, potępienie — dopadały mnie w przypadkowych chwilach niczym odgłosy zza sceny. Mocne, nieuniknione, odpychane. Osią moich myśli był Meksyk, moja książka, to, że mam za sobą pisanie zdań, teraz już całych stron. Jednak pod koniec dnia pracy sytuacja sama się narzucała.

Trudno mi było ścierpieć nieuchwytną bezczelność, z jaką traktowano tutaj płatnych gości. Biznesmeni ze Stanów albo z Mediolanu z ambitnymi żonami, których biżuteria nie dorównywała prostocie i stylowi biżuterii Issy — współgrającej, jak wszystko w tym domu, z dostojną śródziemnomorską godnością otoczenia. Widziałam szok, szybko ukryty, gdy przybyli wieczornym statkiem, odświętni i przebrani nowi goście pojawiali się na długim tarasie i widzieli stoły nakryte lśniącymi obrusami, srebrami, porcelaną, wypolerowanymi kandelabrami, zaprojektowanymi tak, by osłaniały płomyki przed nocną bryzą… Osobne stoły. Goście spotykali — małe kieliszki cinzano podawano na stojąco — Angielkę w średnim wieku, wierny cień gospodyni, wdowę po dyplomacie (czy była jakaś wojna z Niemcami?), która mieszkała z państwem von N., uwielbiała Issę i wzięła na swe barki większość ciężarów związanych z prowadzeniem interesu — spotykali, słowem, jej niewolnicę, choć niepozbawioną dystynkcji i majątku. Spotykali mnie. Spotykali państwa von N., którzy się pojawiali… Zapowiadano kolację… Nikt nic nie mówił. Było jasne, że oni, goście, mają jeść sami, obsługiwani, przyzwoicie, przez młodego służącego o pokerowej twarzy, siedząc w odległości kilku metrów od głównego stołu. Nie po to tutaj przyjechali.

Służba zachowywała się dwuznacznie. Być może nie przepadali za Issą, ale obsługiwali ją nienagannie. Włosi mają szacunek i podziw dla figura, oznak bogactwa i stanowiska swoich panów. Państwo von N. stracili może swoje majątki i zaprzepaścili emeryturę, ale na pewno odzyskali trochę eleganckiego mienia w postaci dzieł sztuki, złota, jedwabiu… Widziałam tego pełne skrzynie…

Chyba w trzecim tygodniu mojego pobytu zdarzył się epizod z fortepianem. Issa zgodziła się wypożyczyć swój fortepian, jedyny taki instrument na wyspie, boleśnie potrzebny dwóm młodym żydowskim muzykom z Nowego Jorku. Udostępniła im go za poważną kwotę, z kilkoma sztywnymi klauzulami ubezpieczeniowymi zawartymi w umowie. Wszyscy byliśmy świadkami transportu — wozem ciągniętym przez muła, statkiem i znów wozem — co miało w sobie coś z komedii z pierwszych lat kina: Issa rejestrowała każdą stłuczkę i rysę. Ci młodzi muzycy, niewątpliwie homoseksualiści, traktowani byli tylko ciut lepiej niż płatni goście. Coś we mnie pękło. Poczułam, że nie zniosę dłużej tego zimnego nieludzkiego zachowania. W przejmujących wierszach W. H. Audena Issa była tym, który

 

nie słyszał o świecie,
[…]
gdzie, płacz cudzy widząc, ktoś mógłby zapłakać.
                                                [tłum. S. Barańczak]

Przypis: tak się zdarzyło, że Wystan H. Auden mieszkał w tym czasie na wyspie, trochę wyżej, w Forio. Sądzę, że oboje wiedzieli o swojej obecności, ekscentryczny poeta i zła baronessa, która traktowała Audena i jego dwór z pogardą, jako pedałów i cyganów. Dokładnie tak samo, muszę dodać, patrzyła na nich Marta Gellhorn.

Wyjechałam. Jak to zrobiłam? Postanowiłam, że będę furba1 i zachowam się zgodnie z tym uznanym włoskim rozumieniem podstępu i sprytu. Napisałam do wielu znajomych z prośbą, żeby mi przysłali pilne wezwanie do stawienia się gdzie indziej. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić, zważywszy na naturę włoskiej poczty, niemal w zaniku w miejscach takich jak ta wyspa. Trzeba też było znaleźć dostęp do skrzynki pocztowej (w gestii Angielki). Udało się — furba staje się taka jak jej postępki. Rzecz była o tyle skomplikowana, że teraz, w połowie sierpnia, nie byłam pewna, gdzie mogą się znajdować moi wiarygodni sprzymierzeńcy. Wysłałam mnóstwo listów. Przez wiele dni nic się nie wydarzyło. Po czym niemal w ciągu godziny nadeszła chmara telegramów, dostarczona przez podnieconych posłańców oczekujących napiwku.

— Stary numer — powiedziała Issa. — Posługiwałam się wysłanymi telegramami, ilekroć chciałam opuścić jakieś miejsce. Chyba z tym trochę przesadziłaś… Więc gdzie twoja znakomita obecność jest niezbędna?

Nie wytłumaczyłam się zbyt przejrzyście. Ona nie prosiła, żeby jej pokazać telegramy. Powiedziała, że powinnam jej zapłacić jeszcze za miesiąc, ale między przyjaciółmi rodziny… Tylko się roześmiała. Prawdę mówiąc, zachowała się bardzo dobrze. Zrozumiała, że nie nadaję się do tego, żeby za nią pisać pamiętniki.

 

Nigdy więcej jej nie spotkałam. Kiedy jakieś dwadzieścia lat później umarła, rodzina przysłała mi zawiadomienie — czarne obwódki, wiele nazwisk. Potem napisał do mnie jej syn, bardzo ładny krótki list nawiązujący do naszej młodości, mojej i jego matki. Miała syna — nigdy go nie spotkałam. Uwielbiała go, to była jej jedyna słabość; mówiąc o nim, łatwo było ją zranić, bo nie zawsze robił to, co chciała. Kariera i dziewczyny. Bała się o niego; podobno nie miał w sobie nic z jej bezwzględności. Wzruszyło mnie, że do mnie napisał. Mam nadzieję, że nie jestem tu dla niej zbyt surowa. Cóż wiemy o drugim człowieku? Co wie pisarz? Być może z pisania rodzi się jeszcze więcej zniekształceń i niejasności. W dzieciństwie spośród przyjaciółek mojej matki Issę kochałam pewnie najbardziej. Ale to było w innym wieku, w innym czasie. Wszystko pozostaje dwuznaczne.

SYBILLE BEDFORD

tłum. Maryna Ochab

 

* S. Bedford, Quicksands. A Memoir, London, Chivers, 2006, s. 18–51. Copyright © Sybille Bedford