SYBILLE BEDFORD „Dania 1962. Szkic do portretu kraju”

Po nieśmiałym, pytającym uśmiechu ta miła para przysiadła się do naszego stolika. On był ubrany w sztywny ciemny garnitur z porządnego mocnego materiału, kamizelkę i czystą koszulę z niskim, okrągłym kołnierzykiem. Na silnej, nieruchawej, wyszorowanej ręce nosił obrączkę. Ona była drobna i szczupła, nieomal krucha, ubrana w przybraną koronkami białą bluzkę pod staromodnie skrojonym żakietem. Na małych delikatnych dłoniach miała przezroczyste rękawiczki z jasnej koronki, których nie zdjęła nawet wtedy, kiedy zaczęła dziobać widelczykiem, kąsek za kąskiem, kawałek ciasta podany na ładnym porcelanowym talerzyku. Chłopi wychowani na wsi, którzy tu przyjechali, żeby się nacieszyć cudami tego parku rozrywki i szerokiego świata. Oboje wyszczotkowani i odświętni, ale to jej twarz najbardziej rzucała się w oczy i zapadała w pamięć.

Jego oblicze było spokojne i uczciwe, twarz solidnego gościa, jaką się widuje na Północy, każdej północy, u ciężko pracujących rzetelnych ludzi, u wieśniaków, żeglarzy, ale też u roboczych i zadowolonych zwierząt. Jej twarz była wcieleniem dobroci. Wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, jak łatwo nam wyrazić złośliwość i grozę; ich przeciwieństwa nie są taką obiegową monetą. Mogę tylko spróbować opisać to, co zobaczyłam. Otóż twarz tej kobiety promieniała czystą, uderzającą, złotą dobrocią, uprzejmością, niewinnością, cierpliwością i jakąś pełną powagi gotowością; to była twarz otwarta, twarz jak czysta woda, i można było na niej śledzić ruch powolnych, dobrych myśli. On był porządnym człowiekiem, ale ona była warta dziesięciu takich jak on.

Widać było po nim, że może być trochę głupi w sprawach hipoteki, trochę brutalny, kiedy się napije, albo przy siekierze czy pługu, ale ona była gotowa, zawsze gotowa to naprawić. Prawie się nie odzywali; ona go nie popędzała ani się nie denerwowała, ani nie nalewała mu kawy; po prostu siedziała przy nim, ale było widać, że cały czas o niego dba. Nie trzymali się za ręce, ale siedzieli tak, jakby się trzymali — w cichym podziwie patrząc na to, co urzekało ich rodziców i ich rodziców, i ich rodziców od stu dwudziestu lat, licząc od dzisiaj. Podziwiali to, co my oglądaliśmy po raz pierwszy: stare wysokie drzewa pod nocnym niebem z letnimi liśćmi, znów szmaragdowo młodymi w migoczącym świetle chińskich lampionów jarzących się jak owoce tropikalne, wielkie jak mewy świetliste ważki, połyskującą rtęciowo wodę; widzieli fontanny, łódki pływające po sztucznych jeziorach, kaczki i żywe łabędzie; widzieli pagodę, pawilony, paradę mechanicznych żołnierzyków, wysoko wzlatujący trapez; słyszeli, ogłuszeni, dobiegający z drugiej strony wody, zza drzew, przenikliwy i zapraszający dźwięk skrzypiec, jarmarczny gwar, świstanie, trzaski, nagły krzyk, śmiech; walenie w bębny, szczęk i łoskot straganów, karuzeli i kolejek, nawoływanie do sztucznych ogni i pantomimy.

W końcu nasza para wstała. Kobieta trzymała w urękawicznionej ręce rachunek za zakąskę. Przeczytała go raz, przeczytali go oboje drugi raz, jej usta ułożyły się w liczbę, jego usta ją powtórzyły; spojrzeli sobie w oczy ze zdumieniem. Kobieta wyciągnęła portmonetkę i niedowierzający, ale szczęśliwi ułożyli na stoliku stosik monet.

 

Pisarze (genialni) nadają swoim postaciom wzięte z życia ludzkie cechy, tyle że wyolbrzymione; ludzie dają się nabrać na ten powiększony i wyostrzony obraz samych siebie i starają się do niego dorosnąć. Taki proces może trwać długo, przez całe pokolenia, ale nie wiecznie. Niewielu Hiszpanów wygląda dziś czy postępuje tak jak Don Kichot; balzakowska nuta słabnie wśród młodych Francuzów; mało co z (nieudawanego) Dickensa pozostało we współczesnej Anglii. Nie widuje się już Daisy Miller i nawet Babbit nie jest już tym, kim był. Tymczasem w Danii lat sześćdziesiątych XX wieku znaczna część ludzi, domów, zwyczajów i tego, jak się rzeczy mają, to nadal czysty Hans Christian Andersen.

Andersen był dobrze po trzydziestce, kiedy w 1843 roku w Kopenhadze otwarto Ogrody Tivoli: dwadzieścia akrów drzew, trawa i jezioro w środku wówczas już w dużej mierze nowoczesnego miasta. Ogrodzony obszar pozostał nietknięty. Iluzjonistyczny świat nocy letniej niewiele się zmienił — ta sama (pięknie odmalowana) sceneria, te same rekwizyty i formy, ta sama commedia dell’arte; pogodny i spokojny tłum krążących w koło i uczestniczących w zabawie ludzi, młodych i starych, prostych i kulturalnych. Ale zrozummy się dobrze: jeśli w rozrywkach oferowanych w Tivoli jest naiwność, to nie ma w nich nieudolności; mamy tu solidny, niemal fundamentalistyczny rodzaj przedstawiania i rzadko spotykaną techniczną biegłość — fajerwerki są wspaniałe, huśtawki wzlatują szybko i wysoko, strzelby na strzelnicy strzelają głośno i prawdziwie, automaty zawzięcie wypluwają (i połykają) żywe pieniądze, a poziom spektakli variétés dorównuje najlepszym produkcjom amerykańskim i europejskim. A jeśli chodzi o śliczne małe smakołyki z sardeli, krewetek z galaretką na kremowej pierzynce, podawanych na ślicznych kolorowych talerzykach w tuzinie ukwieconych kawiarnianych ogródków przez śliczne panie, to są one nie tyle jedzeniem i piciem, ile wdzięczną strawą nie z magazynu, lecz z bajki.

To delikatne i cokolwiek nierzeczywiste nocne życie kwitnie u ludzi skądinąd solidnych, trzeźwych, sól i ziemia, u narodu głównie rolników, rzemieślników i żeglarzy; ale też baśnie Andersena nie opowiadają tylko o śniegu i naparstkach, lecz są bogate w takie fakty duńskiego życia codziennego, jak akry, końskie koryta, siano i opał na zimę. Wydaje się, że zacni Duńczycy mają szczególny talent do wydobywania tego, co najlepsze z tego, co podstawowe, i tego, co skomplikowane, ze starych sposobów i nowoczesnych metod, z ziemi i z maszyn. A także talent do ciągłości, tej jakże lekceważonej ludzkiej potrzeby, talent do temperowania i uczłowieczania zmian. Zamek, wieża kościelna, dwór, chaty, stodoły, podwórza i pola wyglądają, jakby tu stały i były uprawiane od stu, czy dwustu lat. Za porcelanowym piecem, belkami, odziedziczonymi stołami i krzesłami, lśniącą trzodą, klaczą karmiącą źrebię znajdziecie żniwiarki, elektryczne kuchenki, ogrodzenia i ubijaczki, najnowsze narzędzia rolniczego i domowego know‑how. Mieszkańcom tych gospodarstw powodzi się (w miarę) dobrze. Czytają. Jeśli zajrzeć do statystyk, piętnaście książek na głowę w porównaniu z jedną w Stanach Zjednoczonych, ale znacznie mniej niż w Finlandii, gdzie noce są jeszcze dłuższe, a elektryczność tania. Jedzą dużo i dobrze, cielęcinę, śmietanę, masło i maślankę, świeżą i wędzoną wieprzowinę, wędzone i świeże ryby, skiby wielkich okrągłych serów, kartofle, jajka, marynowane buraki i zdrowy czarny chleb. Duńczycy ciężko pracują, ale nie tyrają; praca nie jest źle opłacana ani upokarzająca; to praca sumienna i staranna, a ci, co ją wykonują, należą do ziemi, ziemia zaś (95 procent gruntów) należy do nich.

Połowa Duńczyków mieszka na wsi, albo z niej się utrzymuje. „Połowa Duńczyków” znaczy dwa i ćwierć miliona (szczęściem dla nich kraj nie jest — jak na razie — przeludniony); z tej drugiej połowy jedna czwarta skupiła się w Kopenhadze, pozostali mieszkają w małych miasteczkach. Eleganckie miasteczka z rynkiem, nadbrzeżem i kwiatami w oknach, z arkadami, domami patrycjuszy i muzeum sztuki ludowej, jedne ładniejsze od drugich i żadne niepodobne do innego. Oczywiście sam kraj jest mały, uzmysławiamy sobie, jak mały, kiedy dowiadujemy się, że nie większy niż połowa Szkocji, przy czym Szkocji podzielonej na półwysep (Jutlandia), jedną sporą i dwie mniejsze wyspy oraz blisko pięćset malutkich wysepek, z których sto jest niezamieszkanych. Z każdego punktu w Danii ma się łatwy dostęp do morza: brzeg, molo, prom albo żaglówka. A te tysiące linii brzegowych, te zatoki i pierścienie morza uzupełniają wewnętrzne kręgi cichej wody, bagniste jeziora na równinie, wiejskie stawy pod wierzbami, okrągłe jak dziura, jak umieszczone na krytym strzechą dachu koło od wozu pod bocianie gniazdo.

Pogoda zmienia się zależnie od morskich wiatrów, a wiatr zmienia się dwa razy dziennie. Na ogół jest zimno, szaro, burzliwie i dżdżysto, taki klimat może ujść w zimie, na jesieni i wiosną, lecz nie zapewnia lata, przynajmniej nie każdego roku. Duńczycy, którzy ubóstwiają słońce i uwielbiają rozrywki na wolnym powietrzu, nie mają klimatu, na jaki zasługują. Ale kto wie, gdyby się wychowali w tropikach, na jakimś cieplejszym wybrzeżu, to może by nań nie zasługiwali. A kiedy w Danii jest ładnie, kiedy wieczorem lub o poranku północne światło rozjaśnia błękit usiany białymi jak baranki cumulusami, tak samo szybkimi i puszystymi, rozrzedzone czyste powietrze ma w sobie coś z babiego lata, jest esencją spokoju. To pogoda dzieciństwa, idealnego dzieciństwa utrwalonego w impresjonistycznej wizji łopatki i wiaderka na plaży i długich traw na wydmach.

Wieś duńska też ma w sobie kojący czar. Doskonale uprawiana, nie całkiem płaska, schludna — zewsząd widać w dali horyzont — zielona, płowa i czerwona, z pastwiskami, dojrzałym zbożem, chabrami, słonecznikami, makami; scena, na której od wieków człowiek idzie ręka w rękę z przyrodą, napełnia oko i umysł ciszą i spokojem.

Przemieszczanie się na kółkach, po wodzie czy piechotą jest niekłopotliwe i łatwe. Parowce i szybkie, czyste pociągi elektryczne chodzą jak w zegarku i w biegu zasypują chętnych podróżnych jedzeniem, sznapsami i piwem. Stacjonarne jadło zapewniają na terra firma wiejskie gospody, zwane tutaj przyjemnie Kro. Szosy i boczne drogi są dobre i, wyjąwszy przecinającą cały kraj (i morza) sześciopasmową autostradę Kopenhaga–Esbjerg, nieskażone ruchem kołowym. Kopenhaga to co innego. Tutaj ruch uliczny jest nie tylko gęsty, ale także bezlitośnie szybki (nie brak Danii psychologicznych zagadek), tak samo szybki jak niekontrolowana jazda włoska, choć bez włoskich popisów i umiejętności. Ten śmiertelny wyścig misternie organizuje starannie opracowana pajęcza sieć białych linii i świateł drogowych, pod warunkiem że będziesz żyć dostatecznie długo, aby się w niej rozeznać.

Nauka musi być dobrowolna, bo jest bardzo mało policji drogowej, a właściwie w ogóle nie widać żadnej policji. Przez trzy tygodnie w Kopenhadze nie widzieliśmy policjanta na służbie ani za dnia, ani nocą, a Kopenhaga, tak jak inne stolice, bardzo lubi nocne życie. Kto chce, ten może przez całą noc pić w miejscu publicznym; rząd, z wyczuciem i tolerancją, nie wtrąca się; kiedy jeden bar czy kawiarnia się zamyka, inny jak najbardziej legalnie otwiera się ulicę dalej. Zapewne przez całą dobę można w Kopenhadze zjeść coś ciepłego w miejscu przyzwoitym i w normalnej cenie. Nawiasem mówiąc, to w Szwecji obowiązują te wszystkie ograniczenia dotyczące zakupu czy spożywania alkoholu i to Szwecja ma problemy z piciem. Dania bynajmniej nie jest krajem skandynawskim z wysokim wskaźnikiem samobójstw. Dania jest częścią Skandynawii, tak jak Kanada jest częścią Ameryki. Duńczycy, Szwedzi, Finowie i Norwegowie są Skandynawami, tak jak Amerykanie i Anglicy są Anglosasami, a Brazylijczycy i Boliwijczycy — Latynosami. Dania posiadała niegdyś Norwegię i rządziła Szwecją. Jeszcze sto lat temu Norwegowie mówili po duńsku. Teraz Dania, Norwegia i Szwecja są sąsiadami, i to dobrymi sąsiadami. Podzielają niektóre poglądy i politykę. Łączy je pokrewieństwo. Kraje te, widziane z zewnątrz, a nawet od wewnątrz, mają ze sobą wiele wspólnego, ale też wiele je dzieli. Czytelnicy pamiętają może Szweda Arne Hansena z powieści Katherine Anne Porter Statek szaleńców. Herr Hansen, trzeba przyznać skomplikowana postać, dostaje furii, kiedy osoby, które poznaje, biorą go za Duńczyka, a gdy on to prostuje, lekceważą różnicę. Szwedzi nie są Duńczykami, a Duńczycy nie są Szwedami ani Norwegami, i chcą, żebyście to wiedzieli.

 

Specyficzne dla Danii i niełatwe do przekazania jest to, że ten chłopski, mieszczański, głęboko demokratyczny kraj bez barier klasowych, bez wielkich fortun, bez biednych, że to solidne państwo opiekuńcze, w którym przez blisko czterdzieści lat z niewieloma przerwami partia socjaldemokratyczna sprawowała władzę, nie tylko ma swoją arystokrację, z którą żyje w harmonii, ale także sam pod wieloma względami wygląda arystokratycznie. Spójrzcie na architekturę. Zwykłe chaty mają sznyt i wdzięk, a XVII‑ i XVIII‑wieczne dworki (niezamieszkane), które są wszędzie, mają elegancję, fantazję i taki styl, że aż dech zapiera: są czarujące. A także nieoczekiwanie — oślepiająco białe, co uwydatnia szary łupek, zupełnie inne niż wszystko, co można spotkać w umiarkowanych stronach, w Holandii, Austrii czy w Niemczech; jeśli z czymś się kojarzą, to, o dziwo, z barokiem północnej Portugalii, z rozkosznymi klasztorami i quintas w Beirze i Minho. Może to nie takie dziwne, bo Portugalczycy, tak jak Duńczycy, byli niegdyś drapieżnym i awanturniczym narodem żeglarzy — jakże daleko zawędrowali od tamtej pory.

Pod względem architektury Dania ma też znaczną liczbę z miłością zachowanych bardziej konwencjonalnych i surowszych budowli — urwistych smoczych zamków i rozległych, bogato zdobionych renesansowych szkatułek, spektakularnie umiejscowionych nad brzegiem morza czy w parkach, a będących obecnie siedzibą szkół lub domów starców. A jeszcze oryginalne, też jedyne w swoim rodzaju, różowe średniowieczne wiejskie kościółki: Aslev, Højerup, Morgenstrup — te nazwy brzmią jak wymyślone — malowane w środku i wykwintne w formie.

Architektura bez bólu, sztuka, na którą się patrzy z niekłamaną przyjemnością, radość bez lęku, skruchy, bólu serca: nie ma żebraczki stojącej pod kościołem, nie ma dziecka w łachmanach ani obolałego psa na skwerze. Wodę można pić bezpiecznie, portfel spoczywa w kieszeni. Na pewno złapiemy połączenie lotnicze. Jesteśmy w kraju, gdzie leczy się uleczalne choroby. Jesteśmy w kraju, gdzie mechanizmy życia — od transportu po ogrzewanie domów (niestety, biedna Anglio!) — działają sprawnie i z wyobraźnią; gdzie rozumie się samo przez się, że chorzy są zadbani i zaopiekowani, a młodzi dobrze wykształceni i dobrze wychowani; gdzie pomysłowość służy do uzdrawiania przestępców i do przynajmniej złagodzenia fizycznej zależności podeszłych wiekiem; gdzie jest praca i trochę indywidualnego lenistwa dla wszystkich; gdzie mężczyźni i kobiety nie zostali jeszcze całkowicie wyobcowani z ich naturalnego otoczenia; gdzie dba się o wolność i gdzie państwo zrezygnowało z pędu do władzy i prestiżu poza granicami, a wola pokoju nie jest niszczona przez doktrynę, narodowy egoizm i lęki, nad którymi nie daje się zapanować; gdzie ludzie są uprzejmi, uczciwi, pomocni, zdrowi, godni zaufania, zaradni i opanowani; gdzie nieznajomy uśmiecha się — nieśmiało — do nieznajomego.

Tak znaczy po duńsku „dziękuję” i Duńczycy dziękują sobie cały czas, kiedy wręczają bądź dostają jakiś przedmiot, kiedy biorą jedzenie na widelec, kiedy wstają od stołu, kiedy ktoś mówi „dziękuję” — tak, tak tak, mange tak, tak for mad, tak tak. Złapany w to cnotliwe koło gość niebawem sam zaczyna bulgotać jak uprzejmy indyk.

 

Wojna i groźba wojny zaczynają się wtedy, kiedy w domu wszystko się sypie. Kraje, które rozwiązują swoje problemy, nie są problemem dla innych. Jak to się wszystko stało, jak Duńczycy do tego doszli? Dlaczego są tacy, jacy są? Czy ten kraj był jakoś szczególnie wyróżniony? Czy próbowali zachować pokój w przeszłości? Czy wykazywali się tolerancją religijną? Odpowiedź brzmi: nie. Czyżby więc to wszystko było przypadkowe? Naród zamieszkujący ziemie raczej biedne niż bogate, z historią tak samo długą, powikłaną i burzliwą jak historia innego kraju — czy trzeba wrzucić te fakty do komputera i co komputer może odpowiedzieć? Portugalia? Szwajcaria? Prusy?

Najbardziej pobieżny katalog duńskich antecedencji tchnie przemocą, zamętem i zmiennymi kolejami losu, banalnymi w europejskiej historii. Komputer dowie się o łupieżczych wyprawach wikingów (wikingowie są oczywiście przodkami dzisiejszych Duńczyków), o udanej inwazji na Anglię, o dynastii nieokrzesanych królów: Haarik, Harald Sinozęby, który zmusił swoich poddanych do przyjęcia chrześcijaństwa i ujarzmił Norwegię; Gorm Stary, który nazwał swoje podboje „naprawą Danii”; Swen Widłobrody. Dowie się o ekspansji w XII wieku; o sporach dynastycznych; o monarchii absolutnej, łańcuchu królobójstw, inwazji na Niemcy; o powstaniach szlachty, podbojach i aneksjach kulminujących w postaci Waldemara Wielkiego i odbudowie Potężnej Danii, hegemonii na Bałtyku, panowaniu nad całą Skandynawią, Estonią, Holsteinem, Grenlandią i Islandią. Konflikt, upadek, podział; reformacja i wojny religijne; krwawa rzeź Sztokholmu; wojna książąt; nieunikniony i wyniszczający udział w wojnie trzydziestoletniej. Tak się to toczyło. Pod koniec XVIII wieku powiał wiatr odmiany: złagodzenie ucisku podatkowego, naprawa prawa, większa wolność prasy. W XIX wieku Dania szybko wpadła w poważne tarapaty: w 1801 roku brytyjska flota (Nelson) zbombardowała Kopenhagę; kilka lat później duńska flota została zniszczona; w wyniku twardych postanowień kongresu wiedeńskiego utraciła Norwegię i Szwecję. Pięćdziesiąt lat później napływ taniej pszenicy z Ameryki i Australii wypchnął duńskie zboża z rynków europejskich, a Bismarck rozpoczął i wygrał pierwszą z zaplanowanych wojen. Prusacy — o ile silniejsi! — wzięli Holstein, południowy Szlezwik i duży kawał duńskiej Danii: północny Szlezwik. To była dotkliwa porażka. Danii nie pozostało nic poza nią samą: krajem o powierzchni mniejszej niż (w tamtym momencie) połowa Szkocji, krajem bez metali, bez żelaza, miedzi, cyny, bez ropy naftowej, bez węgla, bez kolonii, bez posiadłości zamorskich (z wyjątkiem Wysp Dziewiczych, które dopiero w 1916 roku przypadły Stanom Zjednoczonym). Dotkliwa, traumatyczna porażka; Duńczycy mogli równie dobrze przyjąć mentalność traktatu wersalskiego. O dziwo, tak się nie stało. Zamiast tego zmienili kierunek swoje cele i gdzie indziej skierowali swoje ambicje; zamknęli się w sobie. W rolnictwie od uprawy zbóż przeszli na produkty mleczne, założyli spółdzielnie, postawili na rozwój społeczny i gospodarczy, wybrali politykę neutralności, rozwinęli zupełnie nowy rodzaj szkolnictwa dla dorosłych. To była reakcja łańcuchowa, ale ogniwa stopniowo same się przekuły na sprawiedliwy tor. Udało się.

Dlaczego — wróćmy do pierwszego pytania — Duńczycy umieli z pożytkiem dla siebie wykorzystać szczególną szansę, która wtedy wcale się im taka nie wydawała? Czy charakter narodowy określił ich wybór, czy też wybór utwierdził ten charakter? Być może, jeśli ktoś szuka lepszej odpowiedzi, trzeba powiedzieć, że w pewnym momencie Dania weszła w fazę historycznego szczęścia. Tak. Oby trwała jak najdłużej.

 

SYBILLE BEDFORD

tłum. Maryna Ochab

 

* S. Bedford, Pleasures and Landscapes. A Traveller’s Tales from Europe. London, Daunt Books, s. 93–104. Copyright © Sybille Bedford