STANISŁAW ZASADA, Komandoska kończy walkę („Press” 2019 nr 1-2)

Barbara Toruńczyk musiała w grudniu zamknąć „Zeszyty Literackie” – dzieło jej życia. Wielu żałuje, nikt nie pomógł. Miłosz, Brodski, Szymborska, Heaney, Czapski, Herbert, Kundera, Havel. To najwięksi z wielkich, którzy tu pisali. „Jedno z najbardziej udanych osiągnięć polskiej kultury” – pochwali Leszek Kołakowski. Timothy Garton Ash pójdzie dalej: „To jeden z najlepszych kwartalników literackich we współczesnej Europie”. „Zeszytów Literackich” nie lubił tylko Jerzy Giedroyc.

– Od prawie czterdziestu lat rytm mojego życia wyznaczało ukazywanie się kolejnych numerów – mówi Barbara Toruńczyk, która założyła „Zeszyty Literackie” i od początku nimi kierowała. – Nikt nie chciał pomóc, żeby nasz kwartalnik mógł ukazywać się dalej.

Ostatni numer ukazał się w grudniu. Niektórzy mówią, że to dobrze. Bo pismo było: archaiczne, nudne. Nie na te czasy. Toruńczyk nie raz słyszała narzekania, że „znowu Miłosz, znowu Herbert”. Uśmiechała się. – Jednym adrenalinę podnosi czytanie science fiction, mnie Miłosza.

PREMIERA 13 GRUDNIA

Secesyjna kamienica przy ulicy Foksal w Warszawie. W redakcji „Zeszytów Literackich” ruch wzmożony. Końcówka listopada – nie dość, że do początku grudnia trzeba zamknąć pożegnalny numer, to jeszcze muszą likwidować redakcję. Trzeba uporządkować i zabezpieczyć archiwum. Nikt nie ma czasu na dłuższą rozmowę: do kartonów pakowane są właśnie archiwalne numery pisma. Przez 36 lat uzbierały się ich 143. Archiwum to nie tylko wszystkie numery „Zeszytów” i książki wydawane przez Fundację „Zeszytów Literackich”, ale także bogata korespondencja redakcji z wybitnymi autorami. Listy pisali: Czesław Miłosz, Józef Czapski, Leszek Kołakowski, Zbigniew Herbert, Stanisław Barańczak, Adam Zagajewski. Redakcja chce zdigitalizować wszystkie numery. Toruńczyk i reszta zespołu we wrześniu wzięli ostatnie pensje. Przez kolejne miesiące pracowali społecznie – chcieli koniecznie wydać 144. numer. Ostatnie „Zeszyty Literackie” ukazały się dokładnie w 37. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. – To przypadkowa zbieżność z 13 grudnia 1981 – zapewnia Toruńczyk. Może przypadkowa. Na pewno symboliczna.

PRZYSZŁY PROFESOR SZUKA PRAWDY

– Czytało się je obowiązkowo, jak wszystkie poważne czasopisma podziemne czy emigracyjne, po których oczekiwaliśmy bardzo dużo: prawdy i poszerzenia horyzontów – wspomina prof. Piotr Śliwiński z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. – Odnoszę wrażenie, że już nigdy później nie czytało się tak gorliwie i z tak silną wiarą, że literatura sprzęga się z życiem.

Wiosną 1983 roku, kilka miesięcy po paryskim debiucie, „Zeszyty” ukazują się w kraju. To reprint oryginalnych wydań. Klisze z każdym numerem redakcja szmugluje do komunistycznej Polski. Tu pismo wydaje podziemie.

Wspomina Śliwiński: – Miało znaczenie, że pismo tworzy nowa i przeważnie młoda emigracja, która doskonale zna warunki krajowe, a zarazem nie chce zamykać się w ściśle polskiej perspektywie.

Na młodym Śliwińskim robią wrażenia nazwiska redaktorów i współpracowników „Zeszytów”: czołówka literatów i myślicieli z Europy Środkowo-Wschodniej, objętych w swoich krajach zakazem druku. – Było polsko, parysko, europejsko, niedoraźnie, niekoniunkturalnie, jakby „sprawa smaku” była tak samo ważna jak „sprawy polityczne” – jeszcze dziś zachwyca się profesor.

– Bo to nie było pismo polityczne, ale literackie – dorzuca Joanna Szczęsna, wówczas redaktorka „Tygodnika Mazowsze”, a później dziennikarka i wykładowczyni Collegium Civitas. – A do tego wyrafinowane i elitarne.

PIĘKNI DWUDZIESTOLETNI

Pierwszy od lewej idzie Seweryn Blumsztajn. Trochę z tyłu, w białych podkolanówkach (wtedy szczyt mody) – Barbara Toruńczyk. Grażyna i Jacek Kuroniowie w środku, trzymają się za ręce. Po prawej Adam Michnik. Zdjęcie zrobiono w 1967 roku w Łazienkach. – To jedyna fotografia, na której jestem wysoki – śmieje się Blumsztajn. – Esbecy robili nam zdjęcie z dołu, stąd taka dziwna perspektywa.

Toruńczyk, Blumsztajn i Michnik – rówieśnicy. Mają wtedy po 21 lat. Wszyscy studiują na Uniwersytecie Warszawskim. Toruńczyk socjologię, Blumsztajn ekonomię polityczną, Michnik jest na historii. Kuroń to dla nich guru, wyszedł właśnie z więzienia za słynny „List otwarty do partii”. Blumsztajn z Michnikiem poznali go, gdy byli dziećmi – należeli do prowadzonego przez niego Kręgu Walterowskiego, komunistycznej organizacji harcerskiej. Nazwa wzięła się od pseudonimu gen. Karola Świerczewskiego „Waltera”, który„utrwalał ludową władzę”. Jak na ironię, hufiec stanie się wylęgarnią antykomunistycznej opozycji. „Ten niecały rok, jaki spędził »na wolności« przed Marcem, po odbyciu kary za napisanie Listu Otwartego, wystarczył, aby skupił nas wokół siebie – na zawsze” – napisze o Kuroniu po latach Toruńczyk. Choć nie należała do walterowców, szybko się z nimi zaprzyjaźniła – miała podobny rodowód. Gdy latem 1967 roku spacerują po Łazienkach, są już silnym środowiskiem związanym ideowo i towarzysko. Chwali ich Jerzy Giedroyc, twórca i redaktor naczelny „Kultury” paryskiej. Za kilkanaście lat poróżni się z Toruńczyk.

ŻEROMSKI LEPSZY OD INDIAN

O takich jak ona mówiono: dzieci partyjnej arystokracji. Henryk Toruńczyk należy przed wojną do Komunistycznej Partii Polski, walczy po stronie republikańskiej w brygadach międzynarodowych w Hiszpanii (II Rzeczpospolita odbierze mu za to polskie obywatelstwo). Romana Toruńczyk w młodości działa w przedwojennym Komunistycznym Związku Młodzieży Polski, wiąże się z komunistyczną międzynarodówką, wspiera powstanie Polskiej Partii Robotniczej podległej Stalinowi. Po wojnie on pracuje w administracji ludowego państwa, ona – w Zakładzie Historii Partii przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 26 września 1946 roku rodzi im się Barbara.

– W domu rozmawiało się o pomaganiu słabszym, historii, polityce – wspomina Toruńczyk. Nie mówi się tylko o jednym – że są Żydami. O tym Barbara dowie się w szkole.

Ma może ze 12 lat, gdy zaczynają ją nudzić książki o Indianach. Z bogatej biblioteki rodziców wyciąga oprawione w zielone płótno dzieła Żeromskiego. Dorwała też Simone de Beauvoir. Żeby oderwać ją od skandalizującej literatury, przyrodni brat przynosi jej „Opowieści niesamowite” Edgara Allana Poe.

– Oprócz umiłowania książek wyniosłam z domu ideowość, zainteresowanie sprawami społecznymi i historią polityczną – mówi dziś Toruńczyk.

Przez to matka wyleci za nią z pracy.

KOMANDOSI PYTAJĄ O KATYŃ

„Nasz światopogląd wytyczał marksizm, jego kategorie służyły nam jednak do krytyki panującego reżimu” – napisze Toruńczyk 40 lat po wydarzeniach Marca 1968. Początek lat sześćdziesiątych. Licealista Michnik zakłada Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. Nastolatkowie Jan Gross, Jan Lityński, Andrzej Titkow dyskutują o tym, co niepokoi ich w ludowej ojczyźnie. Z wykładami przychodzą Zygmunt Bauman i młody ksiądz Bronisław Dembowski, późniejszy biskup. Barbara Toruńczyk dowiaduje się o istnieniu klubu na letnim obozie harcerskim. Byli tam też ludzie z Kuroniowego harcerstwa. Po wakacjach przychodzi na spotkania „poszukiwaczy sprzeczności”. Niespokojne duchy. Na zebraniach Związku Młodzieży Socjalistycznej z partyjnymi towarzyszami siadają w różnych miejscach sali. Pytają o Katyń, łagry w Związku Sowieckim, zbrodnie Stalina, interwencję Armii Radzieckiej w Budapeszcie. To wtedy przylgnie do nich przydomek „komandosi”. Z powodu nalotów na propagandowe pogadanki nazwał ich tak podobno jeden z partyjnych sekretarzy.

– Skromna, cicha. Nie zapowiadała się wtedy na osobę, która w przyszłości stanie się wybitna – tak tamtą Barbarę Toruńczyk pamięta Blumsztajn.

„Sarna” – nazywa ją Michnik (ładne oczy, smukła). Będą blisko.

Ewa Milewicz poznała Toruńczyk w czasach KOR-u: – To nie jest cicha, grzeczna kobieta. Jest bardzo twarda. W istotnych dla siebie sprawach umie bronić swojego, nawet kosztem zwarcia. Inaczej zresztą nie dałaby rady robić tak niszowego pisma ani na emigracji, ani potem w Polsce.

Po maturze zdaje na socjologię. Na egzaminach wstępnych widzi pierwszy raz Karola Modzelewskiego – razem z Kuroniem napisał „List otwarty”. Młody historyk pyta ją o trockizm.

NA BARYKADACH

We wtorek 30 stycznia 1968 roku idzie na ostatnie przedstawienie „Dziadów”. Gomułka kazał od lutego zdjąć spektakl – bo „antyradziecki”.„Niepodległość bez cenzury!” – Baśka krzyczy z widownią. Pod pomnikiem Mickiewicza skanduje: „Wolna sztuka! Wolny teatr!”. Za „zakłócanie porządku publicznego” milicja zatrzyma kilkadziesiąt osób. Toruńczyk namawia koleżanki i kolegów, żeby 8 marca przyszli na wiec – odbędzie się na dziedzińcu UW. Nazajutrz czyta „Wielką czystkę” – wspomnienia byłego komunisty i więźnia sowieckich łagrów Aleksandra Weissberga-Cybulskiego – gdy przychodzą po nią esbecy. Dostanie dwa lata „za wybryki chuligańskie” – w PRL-u nie ma przecież więźniów politycznych. Romana Toruńczyk wylatuje z pracy „w związku z postępowaniem śledczym w sprawie jej córki – Barbary”. Odsiedzi półtora roku. Na Uniwersytet Warszawski powrotu nie ma. W Miejskich Zakładach Komunikacyjnych podlicza tabelki, pracuje jako kelnerka. Studia dokończy na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim – w tamtych czasach to azyl dla niepokornych różnej maści. Magisterkę zrobią tu m.in. agnostyk Blumsztajn i zaangażowany katolik Bogdan Borusewicz.

JULIA JURYŃSKA

Nie ma już Gomułki, Polską rządzi Gierek, a Barbara Toruńczyk znów knuje. W 1971 roku pomaga rodzinom uwięzionych działaczy „Ruchu” – to konspiracyjna organizacja, której członkowie (m.in. Stefan Niesiołowski) wywodzą się ze środowiska prawicy, nie uznają PRL-u za legalne państwo jak „komandosi”. Do więzienia idzie też Joanna Szczęsna. Rok później. Zbiera podpisy za uwolnieniem Jerzego i Ryszarda Kowalczyków – w proteście przeciwko strzelaniu do robotników na Wybrzeżu bracia chcieli wysadzić w powietrze aulę w Opolu. Po stłumieniu robotniczych protestów w Radomiu przyłącza się do Komitetu Obrony Robotników. Jeździ na procesy aresztowanych w czerwcu 1976 roku uczestników strajków. Na archiwalnej fotografii ładna brunetka w białym swetrze obok Tadeusza Mazowieckiego, Jana Józefa Lipskiego, Henryka Wujca, Stanisława Barańczaka. To już maj 1977. Toruńczyk bierze udział w słynnej głodówce w kościele Świętego Marcina na warszawskiej Starówce – żądają wypuszczenia z więzień robotników i działaczy KOR-u (jednym z więzionych jest Michnik). Udziela się w pismach drugiego obiegu. Pod pseudonimem Julia Juryńska pisze do „Krytyki”. Ale wcześniej z Wiktorem Woroszylskim tworzy kwartalnik „Zapis” – pierwsze niezależne pismo literackie na wschód od Łaby do Władywostoku. Jest sekretarzem redakcji. Stefan Kisielewski chwali „niekonwencjonalne studium Basi Toruńczyk o okupacyjnej grupie poetów »Sztuka i Naród«, po raz pierwszy wyraźnie formułujące powiązanie tej grupy z Konfederacją Narodu, czyli »Falangą«”. Artykuł ukazał się w pierwszym „Zapisie”. Skąd u socjolożki zainteresowanie sprawami literackimi?

– Dla mojego środowiska było jasne, że literatura wzbogaca myślenie opozycyjne – tłumaczy Toruńczyk. – Że do zrozumienia świata nie wystarczy sama polityka. Że fundamentem polityki musi być kultura, a nie odwrotnie.

Szczęsna (po wyjściu z więzienia za działalność w „Ruchu” działała w KOR-ze): – Wszyscy byliśmy wtedy oczytani, mieliśmy dostęp do zakazanych książek, żeby pożyczyć nowy numer „Kultury” paryskiej jechało się na drugi koniec miasta. Na opozycyjnych bankietach albo kursach Latającego Uniwersytetu spotykało się intelektualny top tego kraju, a poważne rozmowy toczyło się nie tylko przy wódeczce.

REDAKTORKA WYCHODZI ZA MĄŻ

Połowa sierpnia 1980 roku, Berlin Zachodni. W hotelowej windzie obcy mężczyzna trzyma w ręku gazetę. „Ruszył strajk w Stoczni Gdańskiej” – Toruńczyk czyta na pierwszej stronie. Żal jej: pierwszy raz od kilkunastu lat nie bierze udziału w czymś ważnym. Z Polski wyjechała 13 sierpnia. W powietrzu coś już wisiało, ale na pożegnalnym bankiecie Kuroń mówi jej, że nic z tego nie będzie. Chyba że ruszy stocznia. I na drugi dzień stoczniowcy zastrajkowali.

– Byłam już zmęczona tym ciągłym szarpaniem się z władzą – mówi dziś Toruńczyk. – Chciałam wyjechać na Zachód, żeby się przewietrzyć.

Jechać na Zachód łatwo nie jest. Zwłaszcza opozycjonistom. Żeby dostać paszport, Toruńczyk wychodzi za mąż za Francuza. – To było „białe małżeństwo” – mówi dziś. Jako żonie obcokrajowca łatwiej jej wyrwać się z Polski. Zagraniczna podróż to wówczas wydarzenie, stąd ten pożegnalny bankiet. W kraju karnawał Solidarności, a Toruńczyk poznaje Zachód. Robi wywiady z czeskimi i rosyjskimi dysydentami dla pism drugiego obiegu. To wtedy powstają słynne „Rozmowy w Maisons-Laffitte” – wywiad rzeka z Giedroyciem. Jedzie do Madrytu na Konferencję Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie – w zastępstwie Zbigniewa Romaszewskiego (nie dostał paszportu) referuje raport o przestrzeganiu praw człowieka w PRL-u. Gdy Jaruzelski ogłasza stan wojenny, jest w Stanach – dostała stypendium na Uniwersytecie Yale.

CZY TO ROBOTNIKA KCIUK

„Według nie potwierdzonych doniesień. Które traktować należy ostrożnie. Według nie potwierdzonych doniesień które dotarły z opóźnieniem spowodowanym przez niesprzyjające śniegi i zasieki. Według nie potwierdzonych doniesień posunięto się za daleko w łapczywym chwytaniu powietrza w płuca, zatracono poczucie rzeczywistości w odmowie przyjmowania kopniaków, zakłócono dialog kastetu ze szczęką, z winy tej ostatniej”. Poemat Stanisława Barańczaka „Przywracanie porządku” otwiera pierwszy numer „Zeszytów Literackich”. Poeta dedykował go internowanym. Jest koniec 1982 roku. Polska stłamszona stanem wojennym, w więzieniach siedzi kilka tysięcy ludzi. Ale w pierwszym numerze „Zeszytów” nie ma tekstu, który by zagrzewał rodaków w kraju do walki albo podtrzymywał na duchu. Ewa Bieńkowska pisze wprawdzie o narodzie, ale to rozważania wokół wiersza Miłosza, gdzie Polska nie jest Chrystusem narodów. Wojciech Karpiński opisuje swoje spotkanie z Dymitrem Nabokovem, synem Vladimira. W dziale Proza i Poezja: opowiadanie Włodzimierza Odojewskiego, wiersze Brodskiego, fragment dziennika Czapskiego i „Miesięcy” Kazimierza Brandysa. Jest jeszcze wiersz Natalii Gorbaniewskiej ze skargą: „O Panie, cóżeś Ty nam dał prócz chrypiącego gardła, które skanduje: »Wolna Polska!«”. Uwagę przykuwa dział Europa Środka (tego jeszcze w polskiej prasie nie było). W pierwszym numerze wypełniają go: dramat Havla „Audiencja” i tekst Kundery „Zakład czeski” – o tym, że mały naród może przetrwać dzięki kulturze. Agnieszka Holland pisze o młodym polskim kinie. Są dwa wiersze Jacka Kaczmarskiego. W przyszłości o kulturowym fenomenie Europy Środkowej będą pisali w „Zeszytach”: rumuński filozof Emil Cioran, Danilo Kiš z Serbii, brytyjski historyk Timothy Garton Ash, Kołakowski, Michnik, a ostatnio Timothy Snyder. Dział Europa Środka Michnik nazwie potem „największą zasługą” kwartalnika. Pismo formatem przypomina „Kulturę” Giedroycia. Winieta ze stylizowanych liter. W prawym rogu okładki nazwiska autorów numeru. Sporo emocji wywołuje logo: olbrzymie dłonie obejmują płonącą żagiew. Gdy Jan Lebenstein przynosi gotowy projekt do redakcji, wszyscy wybuchają śmiechem. To z powodu grubego kciuka podtrzymującego pochodnię. Żartują, że to „paluch robotnika” i że „robotnicy poniosą kaganek oświaty”. W tamtych czasach to dobre skojarzenie. Okładka, logo i układ pisma nie zmienią się przez 36 lat.

POCZTA DZIAŁAŁŹLE

Być może „Zeszyty Literackie” by nie powstały, gdyby w tamtych czasach lepiej działała poczta. Ta nieoficjalna – między emigracją a krajem. Było tak.

– Stan wojenny zniszczył niezależny ruch wydawniczy już w pierwszych dniach – opowiada Toruńczyk. – Chciałam wydać na emigracji symboliczny numer „Zapisu”. To miała być demonstracja, że nie wszystko zostało stracone. Tym bardziej że na Zachodzie znalazła się część naszej redakcji: Kazimierz Brandys, Stanisław Barańczak, Jakub Karpiński.

Ale nie chce działać bez zgody przyjaciół z kraju – niektórzy siedzą w więzieniach. Pisze do Woroszylskiego. Odpowiedzi nie dostaje. Bez tego zaś „Zapisu” nie śmie wydawać.

– Basia uznała, że czas już odejść od konspiry i wojny politycznej – mówi Blumsztajn. – Że trzeba stawiać na kulturę wysoką.

– Bo nie wierzyłam w hasło: „zima wasza, wiosna nasza” – odpowiada Toruńczyk. – Byłam przekonana, że walka potrwa przynajmniej z dziesięć lat. I że trzeba postawić na dobrą literaturę, bo ona potrafi najlepiej rozpoznać i opisać rzeczywistość w państwach naszego bloku.

Z „Zapisem” nie wyszło. Ale z pomysłu wydawania pisma literackiego nie rezygnuje. Chce je robić dla polskiego czytelnika, tego w kraju, ale z udziałem emigrantów politycznych z bloku sowieckiego. Zna osobiście wschodnioeuropejskich literatów: Brodskiego, Gorbaniewską, Tomasa Venclovę. Węgrów, Czechów, Słowaków. – Chciałam włączyć dysydentów, także rosyjskich, żeby pokazać wspólnotę naszego losu i ich solidarność z Polską i Polakami – tłumaczy Toruńczyk. Wciąż jest na Uniwersytecie Yale: tworzenie pisma chce łączyć ze stypendium. Barańczak jej doradza, że pismo powinno być wydawane nie w Stanach, ale w Europie – bliżej Polski. Toruńczyk przerywa stypendium i wraca do Paryża. Znajomi namawiają ją, żeby została naczelną kwartalnika – nikt inny nie chce wziąć na siebie obowiązków organizacyjnych. Mówi sobie, że to na krótko: jeśli pismo się utrzyma, przejmie je ktoś inny. Myśli o Michniku – ma nazwisko, wydawał już coś, pewnie w końcu pojawi się na emigracji. Ma też plan awaryjny: jeśli z kwartalnikiem nie wypali, wróci do kraju.

GDZIE JARUZELSKI, KISZCZAK

Oni się tu narażają, gniją w więzieniach, a Basia zamknięta w swojej paryskiej wieży z kości słoniowej delektuje się poezją, zachwyca teatrem Petera Brooka, wystawami w światowych galeriach. Tak mniej więcej wiosną 1983 roku myśli Joanna Szczęsna. To już druga wiosna stanu wojennego. Szczęsna ma za sobą ukrywanie się, kilka miesięcy więzienia, ryzykuje przy tworzeniu podziemnego „Tygodnika Mazowsze”. Po przeczytaniu pierwszego numeru „Zeszytów” jest rozczarowana: – Jak można robić tak oderwane od życia pismo? – denerwuje się. Jest co prawda poemat Barańczaka dedykowany internowanym i wiersz Gorbaniewskiej, ale poza tym nic o podziemnej walce z juntą. Ani słowa o zbrodniach Jaruzelskiego, Kiszczaka, perfidnych kłamstwach Urbana. Nikt nawet nie zająknie się o bohaterskich działaczach podziemia. „Spragniona byłam literackiego świadectwa toczącej się w kraju walki. Przejrzyste powietrze paryskiego poranka było dla mnie nieosiągalne, wolałam czytać o zasnutym gazami łzawiącymi niebie nad Warszawą” – przyzna Szczęsna w tekście w „Gazecie Wyborczej”. Napisała go w 10. rocznicę powstania „Zeszytów”. W tym samym artykule Szczęsna przyznaje się, że nawet nie zauważyła momentu, kiedy „Zeszyty” stały się dla niej „czymś pożądanym i niezbędnym”. Ale w roku 1983, 1984 i 1985 jest od tego daleka. W najlepszym wypadku zarzuca pismu „rozmijanie się z oczekiwaniami czytelników”. W najgorszym – „wyniosły dystans i demonstracyjną odmowę uczestniczenia” w wojnie polsko-jaruzelskiej. Bo tak: wszyscy przyjaciele i znajomi spiskują i ryzykują represjami albo siedzą. „Trzeba być świnią” – Michnik wymyśla z więzienia Czesławowi Kiszczakowi, który chce go wysłać na banicję. Blumsztajn przygotowuje się do manifestacyjnego powrotu z emigracji do Polski (w 1985 roku zostanie deportowany z Okęcia). A Toruńczyk redaguje w tym czasie kolejne numery „Zeszytów”. Drukuje wiersze Achmatowej, Cwietajewej, Audena, eseje Stempowskiego, teksty Wata, szkice pisarzy podróżników.

– Ani się spostrzegłam, aż uzależniłam się od czytania „Zeszytów” – mówi dziś Szczęsna. – Zaczęłam cenić dystans pisma do politycznej bieżączki i fakt, że tak po mistrzowsku potrafiło– użyję słów Aleksandra Wata – „oderwać się od nieprzyjaciela”. Jeśli już pisali o polityce, to brali autorów z najwyższej półki. Jeżeli było o martyrologii, to słowami Sołżenicyna albo Nadieżdy Mandelsztam.

Toruńczyk: – „Zeszyty” były odpowiedzią na stan wojenny, ale nie w sposób bezpośredniej wojny politycznej. Politologia, socjologia czy psychologia poniosły klęskę w zmaganiu się z totalitaryzmami. Największe zaufanie miałam do literatury. I uważałam, że kultura to bardzo ważny front w zmaganiu się z komunistycznym reżimem.

Dzięki „Zeszytom” polscy czytelnicy poznają m.in. prozę Vladimira Nabokova. Wcześniej tylko o nim słyszeli. Czytają wiersze Brodskiego, nim poeta dostanie Nobla i zacznie być wydawany oficjalnie w Polsce. I wcale nie jest tak, że Barbara zapomniała o przyjaciołach w kraju. Gdy Ewa Milewicz potrzebuje wyspecjalizowanego wózka inwalidzkiego, dociera to jakoś do Paryża. – I Basia załatwiła mi wózek, chociaż sama miała pod górę – wspomina Milewicz.

DOSTATKU NIE BYŁO

– A pieniądze masz? – Toruńczyk słyszy od Miłosza, gdy powiedziała mu, że chce wydawać pismo.

Poeta Adam Zagajewski napisze, że stworzyła kwartalnik „nieomal z niczego”. Zaczęła fatalnie. Wysłała list z prośbą o wsparcie do Barbary Piaseckiej-Johnson, a na drugi dzień czyta w „International Herald Tribune”, że milionerka… bankrutuje. Piasecka-Johnson przysłała jej jednak 10 tys. dol. Wystarczyło na początek. Pieniądze na pierwszy numer dostaje też z Komitetu Koordynacyjnego NSZZ „Solidarność” w Paryżu, którym kieruje Blumsztajn. – To było z puli przeznaczonej na wspieranie inicjatyw emigracyjnych, na wykupienie egzemplarzy przemycanych do Polski – wyjaśnia Toruńczyk. Zależy jej, żeby o tym napisać, żeby nikt nie zarzucił, że zabierała pieniądze przeznaczone na pomoc dla kraju. Czas jest dobry. Świat interesuje się Solidarnością. „Zeszyty” wspierają: Kongres Polonii Amerykańskiej, Fundacja Forda. Jednak o pieniądze trzeba walczyć co roku. Toruńczyk: – Nigdy nie było tak, że mieliśmy zapewniony byt na dłuższy czas. Pismo nie płaciło nawet honorariów. Jego szefowa wychodzi z założenia, że autor powinien dostawać za tekst znacznie więcej niż tylko „na kawę”. Dlatego Miłosz w Kalifornii nie dostawał nic. – Płaciliśmy tylko autorom krajowym, bo to przy ówczesnym kursie dewiz w Polsce było prawdziwą gratyfikacją.

GIEDROYC NIE ODPISUJE

Jakoś latem 1982 roku Toruńczyk zwierza się z pomysłu założenia pisma Jerzemu Giedroyciowi. Pisze do niego kurtuazyjny list, bo sprawa jest delikatna. Siebie i środowisko młodej solidarnościowej emigracji nazywa „nędznymi terminatorami” wielkiego redaktora. Zapewnia, że „Zeszyty” będą ściśle literackie i nie będą wchodziły „na pole zajęte przez »Kulturę«”.

– Ucieszył się i życzył powodzenia – wspomina rozmowę Toruńczyk. Zależy jej na patronacie „Kultury” – pismo ją ukształtowało, a Giedroyc to najwyższy autorytet.

– I to była nasza ostatnia rozmowa – kończy Toruńczyk.

Wysłała mu pierwszy numer, ale odzewu nie było. Przestał odpowiadać na jej listy, kartki na święta.

Blumsztajn: – Giedroyc uważał pismo Basi za zagrożenie dla swojej „Kultury”. Traktował „Zeszyty” jak konkurencję.

Toruńczyk: – A ja uważałam, że będziemy dopełnieniem „Kultury”, która wtedy zajmowała się bardziej polityką, a mniej miejsca poświęcała literaturze.

Giedroyc oskarża Toruńczyk, że podbiera mu autorów. Istotnie, do kwartalnika piszą Miłosz i Konstanty Jeleński związani z „Kulturą”. – Oni od dawna myśleli o założeniu literackiego pisma – odpowiada Toruńczyk. – Bolało ich, że Giedroyc zaniedbuje literaturę. W listach do Jana Nowaka-Jeziorańskiego redaktor „Kultury” chce utrącić dotowanie „Zeszytów” przez fundacje amerykańskie. Barbarze Toruńczyk zarzuca „szczyt obrotności” w zdobywaniu pieniędzy. Szefowa „Zeszytów” na ataki nie odpowiadała. – Nie chciałam tracić czasu i energii na zgorzkniałe myśli. No i miałam zbyt duży szacunek dla Giedroycia. Po jego śmierci Nowak-Jeziorański pisze do Toruńczyk, że wielki redaktor traktował „Zeszyty Literackie” jako „karygodne naruszenie świętego monopolu Maisons-Laffitte”.

WYBRALIŚMY PRZYJACIÓŁ

W Polsce kończy się komunizm. Redakcja „Zeszytów” przenosi się do Warszawy. – Uznaliśmy, że po nastaniu demokracji wydawanie polskiego pisma literackiego na emigracji straciło sens – wyjaśnia szefowa kwartalnika. Był jeszcze inny argument: po zmianie ustroju w Polsce na Zachodzie nie było już motywacji, żeby wspierać polskie instytucje na obczyźnie.

– To z powodu „Zeszytów” wróciłam do kraju – mówi Toruńczyk. Nim jednak wróci na stałe, przez dwa lata redaguje pismo z Mediolanu. Stamtąd pochodzi jej mąż – Roberto Salvadori to jeden z autorów „Zeszytów”.

W Polsce wydawanie pisma zaoferowały „Gazeta Wyborcza” i „Res Publica” Marcina Króla. Redakcja wybiera tę pierwszą. – Z twórcami „Gazety” łączyły mnie więzi przyjaźni – tłumaczy Toruńczyk. „Zeszyty” wydaje przez kilkanaście lat sama Agora. Od 2005 roku zaś – utworzona przez nią Fundacja „Zeszytów Literackich”. W umowie jest zapis, że w razie zerwania współpracy czas wypowiedzenia trwa rok. Wydawanie „Zeszytów” w Warszawie to jednak swoisty fenomen. Szczęsna: – Wcześniej żadne pismo emigracyjne nie wróciło jeszcze do kraju.

KOGO TRUJĄ PARYSKIE CIASTKA

Bodaj jako pierwszy atakuje Rafał Grupiński: „Głównym błędem paryskiej edycji »Zeszytów« była ignorancja okazywana współczesności, lekceważenie dramatycznie zmieniającej się rzeczywistości politycznej Polski i ważnych zjawisk niezależnego życia literackiego w kraju”. Eseista i krytyk literacki, a dziś wpływowy polityk Platformy Obywatelskiej pisze tak w 1990 roku. Pismo Barbary Toruńczyk uważa za nudne i archaiczne. Swój artykuł tytułuje „Paryska cukiernia ciast trujących”. Grupiński nazywa tak „Zeszyty Literackie”. Toruńczyk bolą te słowa. – Odebrałam to jako atak na kulturę elitarną i tradycję. Ale elitaryzm jest mechanizmem wytwarzania kultury. To były początki kultury masowej, należało chronić kulturę elitarną, bo była zagrożona. Grupiński nie rozumiał też, że demokracja polega na tym, że istnieje wiele różnorodnych pism i czytelnik sobie dobiera to, które mu bardziej odpowiada. Wolał niszczyć, godził w ciągłość kultury.

Rafał Grupiński dziś: – Nie odwołuję tego, co napisałem. Można się z tym zgadzać albo nie.

Barbary Toruńczyk nigdy za te słowa nie przeprosił. – Bo nie miałem za co, wszak prawdziwa cnota krytyk się nie boi – odpowiada zdziwiony. Ale gdy usłyszał, że „Zeszyty” są w kłopocie, wpłacił na ich konto 500 zł, żeby pomóc ratować pismo. Zresztą to nieprawda, że kwartalnik obracał się w kręgu tych samych autorów. To na łamach „Zeszytów” debiutują Krzysztof Koehler i Robert Tekieli – poeci „Brulionu”. Publikuje Stasiuk.

– To, co nam się udało, to wielogeneracyjność – broni się Toruńczyk. – Zaczynaliśmy „Zeszyty” z ludźmi urodzonymi jeszcze w dziewiętnastym wieku – jak Józef Czapski czy Zofia Kozarynowa, wnuczka Teodora Tomasz Jeża. Byliśmy od nich o 50 lat młodsi. Publikowaliśmy autorów pięciu generacji. I tak było do dziś. Najmłodsi są z lat 80. dwudziestego wieku.

Profesor Śliwiński też nie podziela ataku Grupińskiego. – „Zeszyty” z ich wysoką kulturą literacką, pietyzmem dla pewnych tradycji, szacunkiem dla idei arcydzieła, inteligenckim stylem życia – lektura, dyskusja, podróż – nie tylko miały prawo istnieć, lecz wręcz powinny.

Magdalena Grochowska jest znawczynią dorobku Instytutu Literackiego Jerzego Giedroycia we Francji, autorką biografii „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu”. Mówi: – Dzięki „Zeszytom” zrozumiałam, że kultura jest jednością. Ukazywały jej różne kręgi – polskie, rosyjskie, niemieckie, francuskie – we wzajemnych oddziaływaniach, w związkach z historią i polityką. Ten szeroki kontekst odsłaniał mi nowe horyzonty i dawał punkt odniesienia, zakorzeniony gdzieś głęboko, w źródłach kultury europejskiej.

MINISTER ODMÓWIŁ

– Nikt nam tak nie pomógł jak „Gazeta Wyborcza” – podkreśla Toruńczyk. – Przyjaciele z „Gazety” wspierali nas przez dwadzieścia sześć lat. To bardzo dużo. I mieliśmy zupełną swobodę redakcyjną, bo nikt nie ingerował w to, co robimy.

Ale w 2017 roku Agora rezygnuje z finansowania „Zeszytów”. Wydawnictwo dotrzymuje jednak umowy i wspiera pismo przez kolejny rok. Pomoc skończyła się we wrześniu.

– Nie mamy na to pieniędzy – Blumsztajn, od początku związany z „Gazetą”, tłumaczy rezygnację Agory z wydawania kwartalnika.

Podaje jeszcze jeden powód: – „Zeszyty” się wypaliły. Odeszły największe nazwiska. Pismo nie miało już takiego znaczenia jak kiedyś.

– Dla mnie niektóre teksty są trudne, za bardzo wysublimowane – przyznaje się Ewa Milewicz. Prenumerowała „Zeszyty”. – Ale ich zniknięcie to wielka strata. Basia swoją determinacją stworzyła instytucję na emigracji, a teraz państwo polskie stać na wyrzucenie tego do kosza – uważa.

O tym, że byt „Zeszytów” jest zagrożony, zrobiło się głośno rok temu – właśnie gdy Agora ogłosiła, że przestaje finansować pismo. Redakcja poprosiła o pomoc Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Odmówiło. Gdy część innych redakcji podniosła raban – minister Piotr Gliński dał „Zeszytom” 90 tys. zł na cały rok. Za mało – koszt wydania jednego numeru to 80 tys.

– Wychodziliśmy regularnie, mieliśmy wiernych czytelników wszelkich generacji, spory nakład, ostatnio około trzech tysięcy – największy wśród pism porównywalnych – nigdy nie byliśmy zadłużeni, cieszyliśmy się uznaniem, udało nam się wytworzyć międzynarodowe środowisko wokół pisma, zdobyć renomę w świecie, przyciągnąć młodych, a upadamy – Toruńczyk nie kryje goryczy. Rozumie, że takie pisma jak „Zeszyty” muszą być dotowane. – To obowiązek państwa i instytucji samorządowych, społecznych – uważa. I dodaje: – My nie pracujemy dla pieniędzy i nie dla zysku jesteśmy wierni naszej misji. Takie pisma istnieją w całym zachodnim świecie. Wspierają je wielkie firmy. Gallimard we Francji pomaga wydawać „Le Débat” – pismo intelektualistów. Gdy „Zeszyty” wychodziły na emigracji, francuskie Ministerstwo Kultury łożyło na wydawanie polskiego kwartalnika. – W demokratycznej Polsce na mecenat państwowy nie możemy liczyć – żali się redaktorka. – Minister kultury prowadzi politykę narodową, chce stworzyć nowe elity w kulturze, zniszczyć dotychczasowe. Trwałe podstawy istnienia mają tylko periodyki subwencjonowane przez ministerstwo. W ten sposób zniszczono znakomite, pełniące ważną misję pismo z ducha Giedroycia i jego polityki wschodniej – ,,Russkaja Mysl”. I nas.

– Kończy się zasłużone czasopismo – mówi Śliwiński. – Ale może i coś więcej: epoka tradycyjnego czytania. Domyka się historia wspólnoty czytelników połączonych przez czułość dla słowa.

Z CZEGOŻYJE POETA

Joanna Szczęsna ma wszystkie numery – stoją obok siebie na regale obok setek książek, które zawalają jej mieszkanie na warszawskim Powiślu. Jako wierna czytelniczka „Zeszytów Literackich” założyła „Prenumeratę Przyjaciół” i boleje, że czytelnicy nie dali rady uratować pisma.

– Jak czytam „Zeszyty”, to zapominam o polityce – wyznaje Szczęsna. – Przenoszę się w inny świat, w którym bardziej liczy się filozofia używania średnika i nowy przekład „Boskiej komedii” niż afera z KNF i kto stoi za nieszczęsnym M.Ch.

Wertuje przedostatni, 143. numer. Ożywia się na tekst Adama Zagajewskiego „Z czego żyją poeci”. – Zawsze mnie interesowało, jak da się wyżyć z poezji, a jeszcze bardziej tajemnica narodzin wiersza. Po chwili: – Wydaje mi się, że byłam idealną czytelniczką „Zeszytów Literackich”. Szczęsna zrzuca teatralnie przedostatni numer na dywan. Z irytacji, że kwartalnik kończy żywot.

URBAN ZBIERA PODPISY

„Pierwszy numer »Zeszytów Literackich« wydaliśmy w Paryżu w 1982 roku. Najbliższy grudniowy numer 144 będzie ostatni” – informuje na Facebooku jesienią zeszłego roku Toruńczyk. Krótko po tym dostaje e-mail. Student Artur Urban z Wrocławia pisze, że czyta kwartalnik od trzech lat. Na Facebooku tworzy wydarzenie „Ocalmy Zeszyty Literackie”. Apeluje o podpisy. W pożegnalnym numerze redakcja wydrukowała wszystkie. – Żeby pokazać, że nasze zniknięcie nie przeszło bez śladu i budzi oburzenie – mówi Toruńczyk. Artur Urban zebrał ich 1003.

Toruńczyk: – Najmniej jest podpisów dziennikarzy.

Korzystałem z książki Magdaleny Grochowskiej „Jerzy Giedroyc. Do Polski ze snu”.

STANISŁAW ZASADA