SHUSHA GUPPY „Rozmowa z Sybille Bedford”

Opublikowana w 1989 roku najnowsza powieść Sybille Bedford Jigsaw [Puzzle] została znakomicie przyjęta. Trafiła na krótką listę Nagrody Bookera, a przedpremierowe fragmenty ukazały się na łamach „New Yorkera”. To pierwsza powieść Bedford po piętnastoletniej przerwie; w tym czasie napisała biografię Aldousa Huxleya, swojego wieloletniego przyjaciela i mistrza, oraz wydała dwa tomy reportaży wojennych i podróżniczych. Urodziła się w Niemczech przed I wojną światową. Najmłodsze lata spędziła głównie z ojcem — ekscentrycznym arystokratą. Wówczas już w podeszłym wieku, zaszył się w pałacyku na zapadłej prowincji w okolicach Baden. Matka wkrótce odeszła. Po śmierci ojca w latach dwudziestych Bedford dzieliła czas pomiędzy Anglię, gdzie mieszkała u czeskich przyjaciół, oraz Włochy i Francję, gdzie żyła z matką i włoskim ojczymem. 

Podczas wojny Bedford mieszkała w Los Angeles i Nowym Jorku; spędziła też rok w Meksyku. Jej pierwsza opublikowana książka A Visit to Don Otavio [Z wizytą u Don Otavio] (1933) to dowcipna, a zarazem przenikliwa wizja Meksyku. Trzy lata później wydała Dziedzictwo. Oparta na historiach trzech niemieckich rodzin pierwsza powieść Bedford należy już do kanonu. Następnie ukazały się dwa tomy reportaży: The Best We Can Do [Najlepiej jak możemy], relacja z procesu doktora Bodkina Adamsa oskarżonego o mordowanie swoich zamożnych pacjentek, oraz The Faces of Justice [Oblicza sprawiedliwości], napisana z przymrużeniem oka książka o sądownictwie w Anglii, we Francji, w Niemczech i Szwajcarii. 

Sybille Bedford jest wiceprzewodniczącą brytyjskiego PEN Clubu oraz członkinią Królewskiego Towarzystwa Literatury, a w 1981 roku została wyróżniona Orderem Imperium Brytyjskiego. 

Pisarka żyje w londyńskiej Chelsea, w mieszkaniu z niewielkim ogródkiem i ogromnym platanem. Pomimo zaawansowanego wieku i kruchego zdrowia wciąż imponuje zaraźliwą joie de vivre. Ma delikatną cerę i niezmącone spojrzenie intensywnie błękitnych oczu. Mówi z delikatnym obcym zaśpiewem: raz wyrzuca z siebie potok słów, to znów waha się i przystaje. Chętnie cytuje słowa Valéry’ego: „la bêtise n’est pas mon fort” [„głupota nie jest moją mocną stroną”]. Jej wiedza, doświadczenie i poczucie humoru sprawiły, że rozmowa z nią była pouczającym i przyjemnym przeżyciem. 

SUSHA GUPPY: W Puzzlach wspomina pani swoich żydowskich krewnych. Jaki stosunek do religii wyniosła pani z rodzinnego domu?

SYBILLE BEDFORD: Dziadek ze strony matki był Żydem. Nie poznałam go, zmarł przed moim urodzeniem. Zapewne w mojej rodzinie było więcej żydowskiej krwi zarówno po mieczu, jak i po kądzieli. Urodziłam się jako katoliczka, podobnie jak ojciec, ale nie zdawałam sobie z tego sprawy. Kiedy mieszkaliśmy w naszym pałacyku na południu Niemiec, cała wioska była katolicka. Przerażał mnie naiwny katolicyzm w rodzaju: „Pójdziesz do piekła, jeśli opuścisz niedzielną mszę”. Ale moja katolicka faza nie trwała długo.

S. G.: Jak straciła pani wiarę? Stopniowo czy może w wyniku jakiegoś konkretnego zdarzenia?

S. B.: Miałam mniej więcej siedem lat, kiedy ludzie ze wsi powiedzieli mi, że moi rodzice zostaną potępieni, bo się rozwodzą. Martwiłam się też o siebie, przez pierwszy skradziony papieros i dlatego, że jadaliśmy mięso w piątki. Wtedy sobie powiedziałam, że to wszystko głupstwo i niesprawiedliwość. Taka angielska myśl, że to nie w porządku. Z drugiej strony lubiłam katolicki obrządek. Ale to nie trwało długo. Zanim poszłam do pierwszej komunii, nauczyli mnie, że Bóg jest wszędzie — po co więc w niedzielę chodzić do kościoła? Uznałam, że ludzie to wszystko sobie wymyślili, i na tym się skończyło. Ale długo — do trzydziestki czy czterdziestki — bałam się ognia piekielnego. Zrobiłam się bardzo antyklerykalna — to znaczy mam silne poczucie zagrożenia religijnym fundamentalizmem. Z drugiej strony ogromnie mnie poruszał mistyczny pierwiastek w ostatnich latach życia Aldousa Huxleya. Roztaczał wokół siebie aurę świętości; czuło się obecność czegoś szczególnego. Nikt inny nie wywierał na mnie takiego wrażenia, może z wyjątkiem Yehudi Menuhina.

S. G.: Wiele osób podziela pani poglądy w kwestii zinstytucjonalizowanej religii, ale duchowe, mistyczne tęsknoty tkwią głęboko w człowieku i, tak jak u Huxleya, szukają ujścia. 

S. B.: To prawda. Dużo rozmawiałam z Rosamond Lehmann; rozpaczliwie pragnęła wierzyć w życie pozagrobowe, w którym połączyłaby się z ukochaną córką. Po prostu nie mam w sobie impulsu, który by mnie pchnął w tym kierunku. Nieustannie myślę o śmierci. Nie wiem, co się dzieje potem. Kiedy człowiek się budzi z ogólnego znieczulenia, nie ma pojęcia, że minęło kilka godzin. Może śmierć to coś podobnego. Kiedy mówię, że myślę o śmierci, próbuję powiedzieć, jak bardzo kocham życie i żałuję, że tak mało mi go zostało. Kocham świat — Morze Śródziemne, wieś, przyjaciół, wino i jedzenie, architekturę, sztukę, bogactwo życia. Chyba po to się pisze czy maluje, żeby coś z tego uchwycić?

S. G.: We wszystkich książkach podkreśla pani, że jako istoty ludzkie jesteśmy wolni, a więc odpowiedzialni za swoje losy. Ale w którymś momencie skręcamy w złym kierunku i wszystko się sypie. Mam wrażenie, że w swoich powieściach pokazuje pani ten kluczowy moment i jego konsekwencje. 

S. B.: Moglibyśmy również skręcić w dobrym, w każdym razie lepszym kierunku. Na pewno są ważne chwile, kiedy dokonanie dobrego czy niewłaściwego wyboru zmienia cały kurs. To intelektualny punkt wyjścia, a zarazem narzędzie, które w narracji wyostrza to, co w życiu pozostaje rozproszone. Dlaczego artyści zdają się naśladować życie? Aby je pokazać i wycisnąć z niego esencję. Powieść powstaje z mnóstwa wątków, których nie dostrzegamy podczas pisania. Zdarza się, że czytelnik zwraca na coś uwagę, i wtedy myślisz, że może ma rację.

S. G.: W Puzzlach pisze pani: „Ludzie tacy jak Aldous Huxley czy Kislingowie są wyłącznie sobą, inni — na przykład niemiecko‑żydowskie siostry — są cząstką samych siebie: moja matka i ja stanowimy niewielki procent samych siebie, i ja się im wszystkim przyglądam w określonym momencie”. Jak się to dzieje? W jakich proporcjach mieszają się pamięć i wyobraźnia?

S. B.: Większość powieściopisarzy pisze z doświadczenia, z nielicznymi wyjątkami. Może Melville nie pisał Moby Dicka z doświadczenia, ale siostry Brontë już owszem. W Puzzlach wspominam, że brat mojego dziadka popełnił samobójstwo, a moja matka została morfinistką. Nie wymyślałabym takich melodramatycznych wypadków, gdyby naprawdę się nie zdarzyły, chyba że pisałabym kryminał.

S. G.: Samobójstwo brata dziadka pojawia się również w Dziedzictwie. Po ułożeniu puzzli swojego życia odkryła pani, jak je ukształtował związek z rodzicami. Matka sprawia wrażenie potwora, a przecież ją pani kochała i wzięła na siebie winę za jej egoizm.

S. B.: Wcale nie była potworem. Nie kochałam jej jako dziecko. Dopiero kiedy zakochała się w bardzo młodym i pięknym mężczyźnie i opowiadała o swoich złych przeczuciach. „Wiem, że to się nie może dobrze skończyć — mówiła — kiedyś zrozumiesz to uczucie, że jest jeden jedyny człowiek na świecie i nie ma na to rady”.

S. G.: To jeden ze wspomnianych przez panią wcześniej „wyborów”, które decydują o losie człowieka.

S. B.: Właśnie. Matka była niezwykłą osobą: nauczyła mnie wszystkiego o czytaniu, ludziach i opowiadaniu ludzkich historii. Miała poczucie humoru i oczywiście była niespełnioną pisarką. To wynikało z lenistwa i życia chwilą. Nie emanowała matczynym ciepłem i nawet wtedy mi tego nie brakowało, lecz niestety, miała okropny charakter. Wiele ze swoich talentów zmarnowała przez gadaninę i burzliwe romanse. Zmarła młodo.

S. G.: Pięknie pani opisuje międzywojenne środowisko artystyczne. Mówi pani, że artyści, którzy mieszkali na południu Francji, „mądrze postanowili pozostać w drodze”. Oprócz malarza Kislinga i jego żony Renée, kto jeszcze mieszkał w Sanary‑sur‑Mer?

S. B.: Aldous Huxley z żoną Marią zbudowali tam dom w 1930 roku. Powieściami Aldousa zachwyciłam się długo przed tym, zanim go poznałam. W tym okresie był moim literackim mistrzem, a Maria jedną z najbardziej niezwykłych i bezinteresownych osób, jakie kiedykolwiek spotkałam. Tak się złożyło, że dłuższy czas żyłam na peryferiach ich życia — kiedy przyjeżdżałam do Londynu, zatrzymywałam się w ich służbówce.

S. G.: W późniejszych latach trzydziestych w tej samej miejscowości była również kolonia niemiecka, z Tomaszem Mannem na czele. Miała pani z nimi kontakt?

S. B.: Po dojściu do władzy Hitlera Sanary‑sur‑Mer stało się ośrodkiem tego, co moja matka nazywała la haute culture. Na szczęście Tomasz Mann był z wykładami w Szwecji, kiedy Hitler doprowadził do pożaru Reichstagu. Dzieci go ubłagały, żeby nie wracał. W Niemczech wpadłby w ręce nazistów. Najstarsi z rodzeństwa — Klaus i Erika — dobrze znali francuskie wybrzeże, ponieważ w Tulonie przyjaźnili się z Jeanem Cocteau. Naturalnie wysłali więc rodziców do pobliskiej wioski Sanary. W ślad za nimi nadciągnęła gromada niemieckich pisarzy uchodźców, którzy ostatnie przedwojenne lata spędzili w Sanary i Bandol. W orbicie Manna pozostawał brat Henryk i jego żona, pierwowzór Błękitnego anioła — a także René Schickele oraz Zweigowie, Arnold i Stefan. To była sama śmietanka — organizowali cotygodniowe wieczorki, na których czytali swoje dzieła. Była też druga grupa świetnie sprzedających się autorów, którzy zbijali fortunę: Lion Feuchtwanger, Bertolt Brecht, Bruno Frank, wybitny krytyk sztuki Julius Meier‑Graefe… Rodzeństwo Oppermann Feuchtwangera to była jedna z pierwszych książek o nazizmie. Zdobyła Nagrodę Pulitzera, ale trzeba było ją skrócić. Opowiadał mi: „Wydawcy dają mi dziesięć dolarów za każde wycięte słowo!”. Musiał wyciąć pięć czy sześć tysięcy. Arnold Zweig był bardzo lewicowym socjalistą i wielkim przyjacielem Bertolta Brechta. Stefan był znacznie spokojniejszy. Meier‑Graefe to krytyk sztuki, który odkrył El Greca i van Gogha. Niemiecka kolonia artystyczna nienawidziła go, bo nie był akademikiem, a pisał pięknie. Jego słynne książki to Vincent van Gogh i Hiszpańska podróż, o El Greco.

S. G.: Jaki był Mann? Naprawdę był homoseksualistą?

S. B.: Tak — to ponoć jest w jego dziennikach. Nawiasem mówiąc, oświadczył się kiedyś mojej matce, która zawsze o nim mówiła „biedny Tomcio”. Miał sześcioro dzieci. Najstarszy syn, Klaus, został moim wielkim przyjacielem; był stuprocentowym homoseksualistą. Jego siostra Erika też była zadeklarowaną lesbijką i przez wiele lat żyła w Monachium z utalentowaną aktorką. Potem wyszła za aktora — homoseksualistę Gründgensa, który został pupilem Göringa i mianowali go dyrektorem Niemieckiego Teatru. Więc się z nim rozwiodła i w końcu wyszła za Audena — który oczywiście też był homoseksualistą — tylko po to, żeby dostać angielski paszport. Klaus poszedł do amerykańskiej armii, bardzo dzielnie przeżył wojnę, a potem, rozczarowany powojennym światem, popełnił samobójstwo w 1949 roku.

S. G.: Na historii Gründgensa jest oparty wspaniały film Szabó Mefisto.

S. B.: Tak. Ale w pewnym momencie Erika odkryła, że podobają jej się mężczyźni, wchodziła z nimi w związki i już się nie interesowała kobietami. Pomiędzy dwójką średnich dzieci Manna, Golo i Moniką, też była nieduża różnica wieku. Golo został wybitnym uczonym i profesorem. Monika wyszła za węgierskiego muzyka i próbowała zostać pianistką. W 1942 Tomasz Mann z żoną uznali, że w Anglii zrobiło się niebezpiecznie i namówili ich na przyjazd do Ameryki. Ich statek został storpedowany i zatonął. Mąż Moniki zginął, ale ona przeżyła. Kiedy przyszła ta wiadomość, Katia (pani Mann) powiedziała: „Nie mówmy Czarodziejowi (tak nazywała męża). Straciłby cały dzień pracy!”. Ciągle go chroniła i mówiła o jego „sławie” — Weltruhm. Pochodziła z rodziny wybitnych żydowskich muzyków i matematyków. Podobno ze swoim bratem bliźniakiem miała kazirodczy romans, na którym w 1905 roku Tomasz Mann oparł nowelę Z rodu Walsungów. Rodzina Pringsheimów w ostatniej chwili wycofała ją z publikacji w piśmie „Neue Rundschau”. To opowiadanie, pełne Wagnera i niedźwiedzich skór, w końcu ukazało się w formie książkowej w 1921 roku. Katia była bardzo mocna. Kiedy widziałam ją po raz ostatni w Zurychu, właśnie wróciła z Japonii, gdzie świętowała dziewięćdziesiąte urodziny swojego brata bliźniaka. To było pod koniec lat sześćdziesiątych, zmarła trzy lub cztery lata później. Najmłodsze dzieci Mannów to Bibi i Madi — słynne z Tristana. Bibi ożenił się ze Szwajcarką, a Madi wyszła za włoskiego filozofa Giuseppe Borgese. Chyba jeszcze żyje i pisze książki z feministycznym zacięciem.

S. G.: Jak ocenia pani Manna jako powieściopisarza?

S. B.: Buddenbrookowie to pod każdym względem świetna powieść, a Czarodziejska góra to intelektualny kolos. Do tego Śmierć w Wenecji i opowiadania. Późniejsze książki Manna nie są mi zbyt bliskie, sądzę, że jego brat Henryk to był zmarnowany talent. Kiedyś wielkie wrażenie zrobiła na mnie jego trylogia Der Untertan [Poddany], o koszmarze zmilitaryzowanych i zbiurokratyzowanych Niemiec przed I wojną światową. Henryk Mann był zapewne prorokiem w orwellowskim sensie.

S. G.: Co się stało po wybuchu wojny?

S. B.: Wielu niemieckich emigrantów zostało najpierw internowanych przez Francuzów. Straszliwy błąd. Potem, kiedy Niemcy okupowali Francję, większość z nich zdołała uciec przez Hiszpanię i Portugalię i w końcu dotarli do Hollywood, gdzie wytwórnia Metro‑Goldwyn‑Mayer rozdzielała kontrakty. Ja też przez Włochy dojechałam do Ameryki, parę dni przed przystąpieniem Mussoliniego do wojny. Widziałam nawet, jak w Genui palili kukłę Chamberlaina. Dostaliśmy się na amerykański statek do Bostonu. Potem się dowiedziałam, że na tym statku przewożono połowę rezerw złota Banku Włoch. Został zatrzymany i przeszukany na Gibraltarze. Gdyby nas storpedowali, całe złoto poszłoby na dno!

S. G.: Jak się pani utrzymywała?

S. B.: Jakoś wiązałam koniec z końcem: pisałam artykuły, pracowałam jako sekretarka, trochę tłumaczyłam. Ale nie było łatwo. Do Filadelfii dotarliśmy w dniu Narodowej Konwencji Demokratów, na której nominację otrzymał Roosevelt.

S. G.: W 1940 roku zaczęła pani publikować. Przedtem pisała pani książki?

S. B.: Trzy powieści, wszystkie odrzucone przez różnych wydawców. Nie były dobre, przeintelektualizowane, pod dużym wpływem ideowym i stylistycznym Aldousa Huxleya. Nie znalazłam własnego głosu. Potem napisałam A Visit to Don Otavio, a to już było zupełnie co innego. To książka podróżnicza napisana przez powieściopisarkę, kilka lat po powrocie z Meksyku w połowie lat czterdziestych. Chciałam przekazać niezwykłą urodę tego kraju, pogodny klimat, podszyty strachem i okrucieństwem, dziedzictwem długiej i krwawej historii. Książka została świetnie przyjęta, a to wiele zmieniło w moim życiu. Zdobyłam tożsamość, do której dążyłam — zostałam pisarką.

S. G.: Potem powstało Dziedzictwo, powieść, która weszła do kanonu. Czy od razu zyskała uznanie?

S. B.: Absolutnie nie! Na początku prawie zupełna klapa. Krytyk „Timesa” napisał, że ani w ząb jej nie rozumie. Mój amerykański wydawca stwierdził, że to jedna z najnudniejszych książek, jakie kiedykolwiek czytał! A „Atlantic Review” prosił, żebym to lepiej przygotowała — rzeczywiście, nie zrobiłam żadnych badań. Pisałam z pamięci i rozbudzonych instynktów. Opierałam się na wspomnieniach z pierwszych ośmiu lat dzieciństwa. W końcu Evelyn Waugh zrecenzował Dziedzictwo w „Spectatorze” i sprawy przybrały inny obrót. W Stanach Zjednoczonych powieść weszła nawet na listę bestsellerów, jako jedyna z moich książek. Waugh myślał, że piszę pod pseudonimem. W jednym z listów napomknął, że wyobraża mnie sobie jako dyplomatę w średnim wieku, „powiedzmy attaché kulturalnego w Belgradzie, który sporo wie o Europejczykach, ale jest słaby z katolickiej teologii”. Wtedy zaczęli się do mnie zgłaszać wydawcy — przez krótki okres przysyłali róże i wędzonego łososia. Collins zaproponował pokaźną zaliczkę na napisanie powieści w ciągu kolejnych trzech lat. Ale do tego nie doszło. Napisałam natomiast The Best We Can Do, chłodną, niesensacyjną relację z sensacyjnego morderstwa.

S. G.: Potem powstała jeszcze jedna książka o kwestiach prawnych: The Faces of Justice. Kiedy zainteresowała się pani tą dziedziną?

S. B.: Jako dwunastolatka mieszkałam u rodziny, która pozwalała mi robić, co mi się żywnie podobało i zamiast na poranki filmowe, chodziłam do sądów na Strandzie. Przez jakiś czas chciałam zostać adwokatem. Ale nie miałam odpowiedniego wykształcenia, a zresztą w tamtym okresie uważano, że kobiety nie mają do tego drygu. W każdym razie chodzenie do sądów jest bardzo pouczające dla powieściopisarza. Dostarcza niezwykłego materiału i uczy, że dotarcie do prawdy jest prawie niemożliwe.

S. G.: Pisała pani relacje ze słynnych procesów. Który najbardziej utkwił pani w pamięci?

S. B.: Najzabawniejszy był proces wydawcy Kochanka Lady Chatterley.

S. G.: Relacjonowała pani również proces Jacka Ruby’ego co pani o nim myślała?

S. B.: Neurotyczny nieborak, który z dnia na dzień coraz bardziej przypominał zdychającego kurczaka. Sam proces to była parodia. Nie wierzę w teorie spiskowe. Jack Ruby zrobił to, co zrobiłyby tysiące Amerykanów, gdyby miały broń i znalazły się na jego miejscu. Ruby pojawił się akurat w najgorszym momencie. Trudno się pogodzić z faktem, że wszyscy jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę losu.

S. G.: Potem napisała pani A Favourite of the Gods [Wybranka bogów]. Jak przyjęto tę książkę?

S. B.: Różnie. Chwaliły mnie „niewłaściwe osoby”, jak Nancy Mitford i Evelyn Waugh, a niektórzy krytycy mi zarzucali, że nie napisałam innej powieści. Tak samo było z moją ostatnią książką A Compass Error [Błąd busoli].

S. G.: Potem, przez sześć lat, pracowała pani nad biografią Aldousa Huxleya. Mówiła pani, że to była „praca z miłości”, a jej bohater odegrał w pani życiu ważną rolę drugiego ojca i mentora.

S. B.: Aldous nie był ojcem dla nikogo, a już na pewno nie dla swojego syna Matthew. Był intelektualistą i moralnym wzorem. Miał niesamowity potencjał intelektualny i interesowało go wszystko, we wszelkich dziedzinach — nauka, przyroda, po prostu ludzkość. Miał encyklopedyczną pamięć. Chciał zostać naukowcem, ale nie mógł ze względu na słaby wzrok. Był uniwersalnym geniuszem, jak Erazm. Nie przejmował się sobą. Myślał o sytuacji ludzkiej. Kiedy był bardzo młody, wstrząsnęła nim I wojna światowa, cynizm generałów i polityków. Zawsze mówił, że dwie trzecie naszych problemów są zawinione przez człowieka i niepotrzebne z punktu widzenia Wszechświata. Stale się zastanawiał, co można zrobić, aby ludzie stali się lepsi, szczęśliwsi, mniej agresywni, bardziej kochający. W późniejszych pracach skupiał się głównie na tej kwestii. Był z natury życzliwy. Temperament miał zrównoważony, chociaż sądzę, że często cierpiał na depresję. Była w nim jakaś oschłość i miał trudności w kontaktach, chociaż to się poprawiło w późniejszym, amerykańskim okresie. Małżeństwo z Marią było dla niego szkołą emocji. Jak sam mówił, „zrobiła z niego człowieka”. Aldous i Maria byli niezwykłymi ludźmi. Huxleya lubili wszyscy — artyści, intelektualiści, kucharze, pracownicy myjni samochodowej. Wszyscy byli mu oddani.

S. G.: Ale dzisiaj mało się go czyta.

S. B.: Czytelnicy do niego wracają. I większość jego książek jest nadal w druku. Powinni go czytać Zieloni — może się nawet do tego zabrali.

S. G.: Opowiadał o swojej fascynacji mistycyzmem?

S. B.: Nie, pisał o tym w Filozofii wieczystej i Drzwiach percepcji. Kiedy mówił, bardzo się ożywiał, ale nie należało go pytać, co sądzi o bombie atomowej.

S. G.: Wyspa, jego ostatnia książka, nie została zrozumiana — nie pomogła powieściowa forma. Pamiętam, jak Juliette Huxley mówiła, że to był poniekąd jego testament i bardzo go rozczarowało jego chłodne przyjęcie.

S. B.: Ale właśnie tę powieść odkrywają Zieloni i pewnie ona przetrwa. Jak pani powiedziała, to był jego testament.

S. G.: Czyta pani w wielu językach. Które „zagraniczne” książki najmocniej panią ukształtowały na początku drogi?

S. B.: Na początku najbardziej na mnie wpłynęły książki francuskie: Stendhal, Flaubert, poeci symboliści: Mallarmé, Rimbaud, Baudelaire… Oczywiście Proust wszystkich rzucił na kolana, ale czy wywarł jakiś wpływ? Jeśli chodzi o pisarzy angielskich, przede wszystkim Evelyn Waugh. Wciąż mnie porusza The Unquiet Grave [Niespokojny grób] Cyrila Connolly’ego zabierałam tę książkę w podróż. Bardzo ważna jest dla mnie jakość tekstu elegancja, ironia tak pisał Cyril. Oboje lubiliśmy też jedzenie, dobre wino, krajobrazy, zwierzęta, klasykę literatury… Wciąż jest dla mnie bardzo ważny. Kiedyś podziwiałam Ivy Compton‑Burnett za oryginalność i bezwzględność.

S. G.: Chciała pani kiedyś zostać francuską pisarką?

S. B.: Tak. Kiedy byłam młoda i mieszkałam na południu Francji. Evelyn Waugh napisał: „Pani Bedford jest święcie przekonana, że w domu mówi się po francusku”. Ten piękny język ma bardzo surowe zasady, a ja czasami lubię skróty i odstępstwa od reguły, które w angielskim uchodzą na sucho.

S. G.: Ma pani poczucie, że w języku, który ostatecznie wybrała, udało się pani stworzyć indywidualny styl?

S. B.: To za dużo powiedziane! Każdy prawdziwy pisarz w końcu wyrabia sobie dykcję. Dążę do zwięzłości, płynności i przejrzystości. Szukam też liryzmu. Chciałabym z pewnym wdziękiem pokazywać to, co zobaczyłam i przeżyłam. Czy mi się to udaje…

S. G.: Jaki ma pani stosunek do współczesnych autorów? Wpisuje się pani w tradycję europejskiego realizmu, ale co z modernizmem, postmodernizmem i realizmem magicznym?

S. B.: Nie znoszę takiego żargonu. Jeśli dostałeś talent od bogów, staraj się go odpowiednio wykorzystać. Kategoryzacje są wrogiem literatury i sztuki, a także zdrowego rozsądku. Piszę, ponieważ jestem pisarką. To przypomina raczej gotowanie: trzeba coś upichcić z dostępnych podstawowych produktów. Współcześni autorzy? Uwielbiam dwóch autorów książek podróżniczych: Bruce’a Chatwina i Patricka Leigh Fermora. Podziwiam też Elizabeth Jane Howard, która jest autorką znakomitych powieści. Lata beztroski i Lata czekania, pierwsze dwa tomy jej czterotomowej sagi, właśnie się ukazały w Stanach Zjednoczonych. Lubię też Nicholasa Mosleya i Toma Staceya — szczególnie jego ostatnia powieść, Decline [Upadek], jest głęboko niepokojąca i fantastycznie napisana. Jego frazy śpiewają.

S. G.: Angielszczyzna to niesamowite narzędzie — język mocny, plastyczny i bogaty. Posługiwali się nim obcojęzyczni pisarze — jak choćby Conrad, Nabokov, Karen Blixen, pani… Beckett oczywiście wolał francuski. Myślę, że obcy pisarze wzbogacili angielską literaturę i język, wnosząc coś z własnej kultury poprzez to, jak posługiwali się językiem. Dzisiaj dochodzą do tego jeszcze Hindusi, autorzy afrykańscy i afrokaraibscy…

S. B.: Bywają świetni, ale mam wrażenie, że niektórzy strasznie kaleczą język. Karen Blixen była znakomitą pisarką. Posługiwała się angielskim, ale nie sądzę, aby go jakoś wzbogaciła. Różnica polega chyba na tym, że we własnym języku można sobie pozwolić na więcej — to mi się zdarza bez przerwy, słusznie czy nie. Niemiecki wydaje mi się mało przyjazny — gramatyka jest wyjątkowo rygorystyczna. Teraz ledwie po niemiecku mówię, więc pewnie nie powinnam się wypowiadać na ten temat.

S. G.: Ma pani jakiś sentyment do Niemiec jako kraju swojego urodzenia?

S. B.: Nie. Z powodu tego, co się wydarzyło w okresie nazizmu. Myślę, że się z tym uporałam, jeśli to w ogóle możliwe. Nawet kilkakrotnie do Niemiec wracałam — zawsze jako reporterka, po raz pierwszy w 1964 roku, kiedy pisałam korespondencję z procesu nazistowskich zbrodniarzy we Frankfurcie w 1964 roku. Szanuję nowe Niemcy i niektóre z tamtejszych instytucji demokratycznych, ale nie mam żadnych związków z tym krajem.

S. G.: Brakuje pani poczucia przynależności?

S. B.: Jeśli mam jakieś poczucie przynależności, to do Europy. Przez kilka lat mieszkałam w Stanach Zjednoczonych i pod wieloma względami to było przyjemne — ponad połowa moich bliskich przyjaciół to byli Amerykanie. Głęboko, całą duszą jestem przywiązana do Francji i francuskiego stylu życia. Z Anglią łączy mnie język, sprawy zawodowe, więzy instytucjonalne oraz przyjaciele.

S. G.: Mieszkając w Stanach, czytała pani amerykańskich autorów?

S. B.: Oczywiście. Czytałam ich już wcześniej — Hemingwaya, Katherine Anne Porter, Edmunda Wilsona, Dorothy Parker, Louisa Auchinclossa… Amerykanie, którzy zawsze mi towarzyszyli, to Henry James i Edith Wharton. Po wojnie poznałam kilku amerykańskich autorów w Paryżu: Jane Bowles, Trumana Capote, Carson McCullers, Eudorę Welty…

S. G.: Chciałabym zapytać panią o pewne delikatne kwestie osobiste, ponieważ mają związek z pani pracą. W Puzzlach opowiada pani o tym, jak we wczesnej młodości została uwiedziona przez Francuza, a potem po uszy zakochała się w kobiecie. W sprawach związków seksualnych zachowuje pani dyskrecję, ale nie kryje swoich preferencji. Czy chciałaby pani coś o tym powiedzieć; o ile seksualność w pewnej mierze wpływa na dzieło i poglądy pisarza?

S. B.: Zawsze mówiłam otwarcie o moim życiu prywatnym i tak pozostanie. W Puzzlach wszystko przydarza się narratorce, która jest bohaterką powieści. Jeśli czytelnik chce z tego wyciągać jakieś wnioski, to jego sprawa. Mogę przypomnieć, że nieomal wszystkie międzyludzkie związki, o których piszę, to małżeństwa. Z wyjątkiem młodziutkiej Flawii i narratorki w Puzzlach, które są bardzo młode i ich późniejsze skłonności pozostają niejasne, w moich książkach nie pojawia się postać homoseksualna.

S. G.: Marguerite Yourcenar twierdziła, że homoseksualna orientacja u kobiet bardzo się różni od tego, jak przeżywają homoseksualizm mężczyźni. Zgadza się pani?

S. B.: Yourcenar ogólnie miała rację. Lesbijki szukają emocji, podczas gdy mężczyzn najbardziej pociąga seksualna swoboda. Sądzę, że większość ludzi jest do pewnego stopnia biseksualna — wszystko jest kwestią proporcji.

S. G.: Zmienia się podejście. Na przykład Colette i inne lesbijki w jej czasach były dumne ze swojej seksualności. Nie zamknęły się w getcie, nie próbowały nikogo werbować ani nie miały tego, co można by określić jako „kompleks elit”. Dzisiaj trochę zbyt poważnie się do tego podchodzi. 

S. B.: Colette była sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Po prostu romansowała, z kim miała ochotę. Niektóre z tych przygód były szeroko znane. W tym okresie — mówię tu o Francji, chociaż innym może przyjść do głowy Berlin — homoseksualizm był w modzie, był jakby wyróżnieniem. W każdym razie artyści i pisarze zachowywali się naturalnie otwarcie… Ale byliśmy przy tym dyskretni. Nie szokowało się przyjaciół czy przechodniów. Przeraża mnie dzisiejsza wojująca seksualność. Życie prywatne powinno być naprawdę prywatne.

S. G.: A co z feminizmem? Ma pani jakieś związki z ruchem feministycznym ostatnich dwóch dekad? 

S. B.: Żadnych! Sądzę, że mężczyźni i kobiety mają odmienne natury i potrzeby. Oczywiście niektóre kobiety mają więcej męskich zdolności i aspiracji, podobnie jak niektórzy mężczyźni są pozbawieni agresji czy instynktu opiekuńczego. Nie mówię tu o kwestiach prawnych czy prawach politycznych, które dzisiaj kobiety z grubsza zdobyły — w każdym razie na Zachodzie. Mój sprzeciw budzi raczej agresja i rozżalenie nad sobą niektórych wojujących feministek.

S. G.: Jakie ma pani plany? Pracuje pani nad powieścią?

S. B.: Tak, próbuję. Nigdy nie opowiadam, nad czym aktualnie pracuję. Mogę tylko powiedzieć, że także tym razem akcja toczy się w przeszłości.

S. G.: Pisze pani codziennie?

S. B.: Powinnam. Nie zawsze się to udaje. Robię dużo rzeczy poza pracą, jak zasiadanie w komitetach i jurorowanie w konkursach.

S. G.: Interesuje się pani winem i sporo wie na ten temat…

S. B.: Kocham wino. Właściwie to jest pasja całego życia i trochę się na tym znam — wina można się uczyć bez końca. Powstaje z połączenia natury, klimatu i człowieka. Dwie osoby, nawet w sąsiednich winnicach, nie są w stanie wyprodukować takiego samego wina. A teraz mamy nowoczesne technologie, wiele z nich pochodzi z Kalifornii. Można powiedzieć, że żyjemy w złotym wieku wina.

S. G.: Urok i moc wina wyraziła pani we fragmencie A Compass Error: „Od dzieciństwa uwielbiała wino. Podziwiała kształty butelek, romantyczne nazwy i widoczki ślicznych wiejskich posiadłości na etykietach. Lubiła też wspomnienie rzek i pagórków, związek z pogodą i latami suszy, a także bogactwo wiedzy i doświadczenia, jakich dostarczała nieskończona różnorodność wina. Ale nade wszystko kochała smak — brzoskwini, ziemi i wiciokrzewu, jeżyn, korzennych przypraw i drzewa cedrowego, kamieni, trufli i tytoniu; a także szczęście, cichą ekstazę, która wypełnia serce, członki i umysł”. Jest pani również smakoszką, opisy potraw w Puzzlach są cudownie zmysłowe — nieomal czujemy te smaki.

S. B.: Nie znoszę tego słowa — smakoszka. Uwielbiam jedzenie, dobre, proste, prawdziwe jedzenie. Jedzenie w gronie przyjaciół ma dla mnie wymiar sakramentu. To część radości życia.

 

z SYBILLE BEDFORD

rozmawiała SHUSHA GUPPY

tłum. Anna Arno

© 1993 „The Paris Review”