ROBERTO SALVADORI, Lizbona

 

Z góry, z potężnych bastionów obsadzonych nadmorskimi sosnami, wszystko odznacza się kryształową przejrzystością. Wszystko. Rozpromienione słońce, od którego wibruje nieskazitelnie błękitne niebo. Bezkresna tafla ujścia rzeki Tag. Ocean Atlantycki, który majaczy na horyzoncie, po drugiej stronie wiszącego mostu. Czerwonawe dachy oświeceniowej Lizbony, rozpościerającej się u moich stóp w racjonalnej siatce ulic. Wzgórza, na których spoczywa miasto: Chiado, Bairro Alto, Mouraria, aż po wzniesienia, gdzie — na tyłach triumfalnej Avenida da Liberdade — rozwinęła się XIX‑ i XX‑wieczna tkanka architektoniczno‑urbanistyczna. Labirynt stromych uliczek i starych, przeludnionych domów w dzielnicy Alfama — obfitującej w tawerny i kluby fado — która rozciąga się na urwistym zboczu od twierdzy po brzeg rzeki. Upajam się nieskończonym poczuciem wolności. Z całą mocą budzą się we mnie wrażenia, których doznawałem już w innych miejscach i w innym czasie w swoim życiu. Alfama (z arabskiego al‑hamma — łaźnie), która za panowania Arabów wyznaczała obszar całego miasta, z czasem stała się dzielnicą zaniedbaną, obrosłą w złą sławę, zamieszkaną przez rybaków, biedotę, Mauretańczyków i Żydów. Nie przypadkiem ta część Lizbony wygląda tak samo jak dzielnica Algieru, nad którą wyrasta cytadela — nazywana właśnie Kasba — górująca ponad al‑Wata (niżej położoną częścią miasta), gdy tymczasem Alfama wznosi się nad Baixa (również niższą częścią miasta). Podobnego uczucia wszechogarniającej swobody jak teraz w Alfamie i wcześniej w Kasba, doznałem już w Sultanahmet, wiekowej, górzystej dzielnicy Stambułu, rozciągającej się niczym wielobarwny dywan między Błękitnym Meczetem a wodami Bosforu.

Do Lizbony przyjechałem w Boże Narodzenie, a zastałem tu wiosnę. Silne światło, przyjemna temperatura, bezchmurne niebo, dużo zieleni, rozległe obszary wodne. Od lotniska Humberto Delgado, leżącego na rubieżach miasta jak warszawskie Okęcie, Lizbona zmierza łagodnie w stronę Tagu, aż do Praça do Comércio, który rozpościera się na trzy strony ku dwoistemu bezmiarowi nieba i wody. To tu, gdzie fale obmywają stały ląd, u wrót nieznanych, innych światów, ucieleśniają się historia i promienna przeszłość zarówno Lizbony, jak i całej Portugalii. Ten wspaniały kryty portykami plac już samą swoją nazwą przywołuje zamorskie imperium, stworzone przez Portugalczyków w XV–XVI wieku, oraz dzieje handlu towarami kolonialnymi pochodzącymi z każdego zakątka ziemi dzięki odkryciom mórz i lądów dokonywanym przez niestrudzonych żeglarzy jak Bartolomeu Dias, Pedro Álvares Cabral czy Vasco da Gama. Maroko i Brazylia, Angola i Azory, Makau i Goa, Mozambik i Moluki, Gwinea i Timor… Chwalebna przeszłość, która definitywnie przeminęła, pozostawiając po sobie jednak żywe świadectwo w postaci zdobiącej Lizbonę obfitej roślinności tropikalnej — na przykład pochodzących z Ameryki Południowej drzew jakaranda rosnących na najbardziej zachwycającym w całej stolicy placu Rossio — lub widocznych na ulicach twarzy o rozmaitych rysach i kolorach; Lizbonę zamieszkuje społeczność wieloetniczna, od pokoleń doskonale i bez kłopotów zintegrowana (także ze względu na stanowczy opór wobec ostatnich napływów nielegalnych imigrantów). Czy Lizbonie były przeznaczone te wielkie dzieje? Z pewnością pokładała w nich wiarę — jak wszystkie miasta przypisujące sobie rolę spadkobierców Cesarstwa Rzymskiego — z samej racji swojego położenia na siedmiu legendarnych wzgórzach, jak Stambuł i Płowdiw, Moskwa i Edynburg, Praga i Bruksela.

Lizbona jest stolicą równie uroczą, co małą: liczy zaledwie 550 tysięcy mieszkańców (jak Wilno); jest stolicą równie wytworną, co osieroconą (niczym Wiedeń) przez nieistniejące już imperium (które przeminęło jako ostatnie, a zostało stworzone jako pierwsze przez europejski kraj); to stolica tyleż obecna we wszystkich epokach historycznych, ile nosząca znamiona XVIII‑wieczne (pod tym względem można ją zestawić, si parva licet componere magnis, z Sankt Petersburgiem). XVIII‑wieczna Lizbona stanowi turystyczne i handlowe centrum miasta, wyznacza jego niżej położoną część zwaną Baixa, zawierającą się między Praça do Comércio i Rossio; odznacza się rygorystyczną, prostopadłą strukturą, osadzoną na trzech traktach: Rua do Ouro, Rua da Prata i leżącym pośrodku, wyznaczającym oś główną Rua Augusta. Ta historyczna część miasta powstała po kataklizmie, jakim było trzęsienie ziemi z 1755 roku, i jest dziełem wyjątkowego człowieka — Markiza de Pombal.

Do przerażającej katastrofy doszło o godzinie 9.30 w dniu 1 listopada, gdy większość ludności przebywała w kościołach. Trzęsienie ziemi o sile 9 w skali Richtera, skutkujące gwałtowną falą oceaniczną i straszliwym pożarem, doszczętnie zniszczyło Baixa i część Bairro Alto, pochłaniając kilkadziesiąt tysięcy ofiar. Organizację pomocy i nadzór nad odbudową miasta król Józef I zlecił wpływowemu ministrowi Sebastião José de Carvalho e Melo, znanemu później jako Markiz de Pombal. Tak oto wielki reformator uzyskał sposobność, by zmaterializować swoje ultranowoczesne idee, inspirowane francuskim oświeceniem. Do odbudowy portugalski Haussmann zaangażował czterech specjalistów: głównego architekta imperium Manuela da Maia do roli koordynatora prac; Eugénia dos Santos, twórcę Praça do Comércio, pośrodku którego umieszczono pomnik władcy autorstwa Machada de Castro; Anglika Eliasa Sebastiana Pope’a, którego wkrótce zastąpił Węgier Carlos Mardel, projektodawca cudownego Praça do Rossio. W wyniku ich prac powstało wzorcowe miasto inspirowane kryteriami rewolucyjnymi, prototyp nowoczesnego standardu piękna, na tyle oryginalnego, że określanego mianem „stylu pombalińskiego” od nazwiska twórcy Markiza de Pombal. Stylu, który wyprzedził neoklasycyzm.

XVIII‑wieczna Lizbona jest arcydziełem nie tylko pod względem estetycznym, lecz także z punktu widzenia techniki. Po raz pierwszy w historii miasto budowano wedle kryteriów antysejsmicznych; po raz pierwszy pojawiły się znormalizowane metody wykorzystujące prefabrykaty składane na miejscu; po raz pierwszy przestrzenie publiczne wyłożono mozaiką z czarnych granitowych i białych wapniowych płytek w celu uzyskania spektakularnej nawierzchni o motywach kwiatowych czy przedstawiających faunę morską, instrumenty muzyczne lub — jak na Praça do Rossio — oceaniczne fale dające wrażenie trójwymiarowości. Oprócz sugestywnej calçada portuguesa nowe miasto odznacza się geometrycznym planem siatki urbanistycznej, stworzonym na kształt szachownicy ulic i placów, w której wszystkie budynki cechują się powtarzalnym rysunkiem fasady: balkony z kutego czarnego żelaza, regularnie rozglifione okna, dekoracyjne azulejos na ścianach, poddasza, sklepiki na parterze, funkcjonalne proporcje, a wszystko to muskane słońcem i wiatrem. Nawet najbardziej roztargniony turysta musi zauważyć całkowity brak kościołów w oświeceniowej Baixa. Racjonalistyczny duch światłego władcy ujawnił się nie tylko w trakcie odbudowy stolicy. Markiz de Pombal dał z siebie wszystko, by Portugalia wkroczyła w epokę nowoczesności we wszelkich sferach życia: obywatelskiej i gospodarczej, kulturalnej i religijnej. Rzecz jasna nie do pomyślenia było, aby świecki władca zamierzał budować nowe miejsca kultu, bo dążył przecież do wydalenia jezuitów z królestwa i kolonii, nakłaniał antysemicką arystokrację (puritanos) do zawierania mieszanych małżeństw, chciał wyeliminować wszelkie przejawy dyskryminacji pośród „starych” i „nowych” chrześcijan (rdzennych Portugalczyków i nawróconych Żydów), starał się odebrać Kościołowi monopol na edukację, zabiegał o obalenie niewolnictwa na terenie kraju i o podporządkowanie Trybunału Świętego Oficjum państwowym organom sądowniczym.

Kościołów, klasztorów i innych budowli sprzed kataklizmu 1755 roku nie należy szukać w niższej części miasta odbudowanej w stylu pombalińskim, lecz dalej, na prawym brzegu Tagu, w stronę Atlantyku, gdzie przed trzęsieniem ziemi zdołały się uchować cudowne świadectwa stylu manuelińskiego, wyznaczającego fazę przejściową między późnym gotykiem a renesansem i rozwijającego się w latach 1490–1520, za panowania Manuela I. Na zachodniej granicy miasta w niedużej odległości od siebie wznoszą się dwa wzorcowe dla tego stylu budynki: wspaniały Mosteiro dos Jerónimos wybudowany przez pochodzącego z Francji Dioga de Boitaca we współpracy z Hiszpanem Juanem de Castillo (tu znajdują się groby słynnych Portugalczyków jak Vasco da Gama czy Luís de Camões) oraz Torre de Belém, władczo stercząca pośród fal, będąca projektem architekta wojskowego Francisca de Arrudy. Obie budowle ukazują specyfikę architektury manuelińskiej: to jasne, wyraziste bryły obciążone nadmierną ornamentyką. Ów styl, sławiący odkrycia geograficzne i zamorskie włości, odznacza się złożoną symboliką, na którą składają się elementy życia morskiego, rzadkie gatunki fauny oceanicznej, motywy kwiatowe, krzyże Ordem de Cristo (zakonu rycerskiego finansującego wyprawy), islamskie i indiańskie detale architektoniczne.

Gdy wracam do centrum, by pod gołym niebem na ulubionym placu Rossio napić się kawy w kawiarni Nicola, czeka mnie niespodzianka. W rogu placu, naprzeciwko teatru, w samym sercu pombalińskiej dzielnicy Baixa, dostrzegam budynek w stylu manuelińskim. Czyżby jakimś cudownym sposobem ocalał z trzęsienia ziemi? Nic z tych rzeczy. To trompe l’œil. To nie XVI‑wieczna kamienica. To dworzec kolejowy z XIX wieku. Estação do Rossio wybudowany w latach 1886–87 przez hiszpańskiego inżyniera José Luísa Monteiro de Burgos. Jak często bywało w owym czasie (przypomina mi się dworzec we Wrocławiu), fasada stylizowana na dawną modłę — w tym wypadku neomanuelińska — „uszlachetniała” niecodzienną urodę funkcjonalnego szklano‑żeliwnego wnętrza, będącego majstersztykiem inżynierii. W tym samym okresie, u szczytu epoki industrializacji, pewien młody, wywodzący się z zamożnej rodziny i urodzony w Turcji Ormianin studiował inżynierię naftową w londyńskim King’s College. Był to Calouste Sarkis Gulbenkian, który następnie miał odegrać niebagatelną rolę w artystyczno‑kulturalnym życiu Lizbony, gdzie znalazł schronienie w 1942 roku, w pełni II wojny światowej, i gdzie spędził ostatnie trzynaście lat swojego życia. Gulbenkian — nafciarz, filantrop i kolekcjoner — był jednym z najbogatszych ludzi na ziemi. Jego kolekcja wyróżniała się na poziomie międzynarodowym jakością oraz liczbą dzieł i przedmiotów, które z oddaniem zbierał we wszystkich zakątkach świata. Kolekcja Gulbenkiana, zanim trafiła do Lizbony, była wystawiana w luksusowej paryskiej rezydencji przy Avenue d’Iéna, jak również w XVIII‑wiecznym pałacu Markiza de Pombal w Oeiras na Wybrzeżu Atlantyckim.

Moim oczom ukazuje się dzieło Fundação Gulbenkian, stworzone po śmierci magnata w 1955 roku: ostoja absolutnego piękna w jednej z najbardziej eleganckich dzielnic stolicy. Pośród bujnej roślinności dostrzegam dwa budynki inspirowane racjonalizmem Le Corbusiera. Na północy znajduje się siedziba kolekcji fundatora, zaprojektowana w 1969 roku przez Ruya Jervisa d’Athouguię, Pedra Cida i Alberta Pessoę; w południowym budynku, zaprojektowanym w 1983 roku przez Anglika Lesliego Martina, umieszczono kolekcję sztuki nowoczesnej. Wszystko to składa się na harmonijne połączenie poezji betonu zbrojonego i uroków natury. To nie tylko najciekawsze muzeum stolicy Portugalii, lecz także wzór architektonicznej nowoczesności.

Dzięki niespożytemu bogactwu i znakomitemu wyczuciu smaku Gulbenkiana Lizbona może się poszczycić jednym z najpiękniejszych prywatnych muzeów w Europie. Na lotnisko jedzie się stąd dziesięć minut taksówką. W drodze rozmawiam z taksówkarzem o tym i o owym, wypowiadam kilka banalnych uwag o przesączonej saudade fado, przy czym dowiaduję się, że kierowca w wolnym czasie śpiewa właśnie fado. Wobec mojego niedowierzania mężczyzna wyjmuje ze schowka kilka nagranych przez siebie płyt CD. Na okładce widnieje jego upojone śpiewem oblicze. Chcę kupić jedną płytę, nalegam. Obrigado. Gdy jestem już na lotnisku, nadchodzi pora, by schować do walizki krótki przewodnik po Lizbonie napisany w 1925 roku po angielsku przez Pessoę. Przez chwilę zastanawiam się nad tym, czego dowiedziałem się w ostatnich dniach: poeta miał epizod jako copywriter, gdy w 1929 roku na portugalski rynek wprowadzano coca‑colę (co ostatecznie nastąpiło z opóźnieniem). Oto slogan stworzony dla agencji Hora: Primeiro estranha‑se. Depois entranha‑se. Po tym całym vinho verde czuję, że zbyt długo trwałem we wstrzemięźliwości od odurzającej coca‑coli.

 

ROBERTO SALVADORI

tłum. Katarzyna Skórska