ROBERTO SALVADORI, Johanna i Vincent

 

W żadnym razie nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Kiedy po raz pierwszy poprosił ją o rękę — odmówiła. Trzeba było roku, aby Johanna zgodziła się wyjść za Theodorusa. Zbliżyli się do siebie dzięki Andriesowi, starszemu bratu Jo, a zarazem bliskiemu przyjacielowi Theo. Po ślubie (ceremonia odbyła się 18 kwietnia w Amsterdamie) młodożeńcy — Jo miała 27 lat, Theo 32 — udali się do Paryża, gdzie Theo mieszkał od wielu lat i kierował ważną galerią sztuki Goupil & Cie przy Boulevard Montmartre. Gdy para rozkoszowała się miesiącem miodowym w urokliwym mieszkaniu na czwartym piętrze jednej z kamieniczek przy Cité Pigalle, odosobnionym zaułku Montmartre’u, Vincent van Gogh przebywał w Arles, dokąd przeprowadził się z Paryża 19 lutego 1888 roku. „To w Midi — obwieścił swojemu przyjacielowi, symboliście Emilowi Bernardowi — należy urządzić pracownię przyszłości”. Będąc już w Arles, w entuzjastycznych słowach pisał do swojej siostry Wilhelminy: „Sama rozumiesz, przyrody Południa nie można oddać paletą Północy. Dziś moja paleta jest bogatsza w barwy”. Zapowiadała się seria świetlanych doznań bez smugi cienia. Vincent van Gogh snuł wielkie plany. Wynajął skrzydło Żółtego Domu z myślą, by gościć zaprzyjaźnionych malarzy i utworzyć artystyczną komunę. W oczekiwaniu na przyjazd Gauguina malował same słoneczniki, „symfonię błękitu i żółci”, chcąc ozdobić swoje cztery kąty. Lecz kiedy jego starszy, bardziej uznany przyjaciel przybywa z Bretanii do Prowansji, sytuacja staje się napięta i trudna do zniesienia. Gauguin czuje się w obowiązku, by zawiadomić Theo: „Biorąc pod uwagę, jak się mają sprawy, jestem zmuszony wrócić. Vincent i ja pod żadnym pozorem nie jesteśmy w stanie żyć z sobą w zgodzie, z racji różnicy charakterów i potrzeby spokoju w naszej pracy”. W skrajnym napadzie szaleństwa Vincent odcina sobie kawałek lewego ucha. Jest 23 grudnia 1888 roku. Niektórzy twierdzą, że powodem nie była gwałtowna kłótnia z Gauguinem, lecz nadejście listu, w którym Theo powiadamiał go o ślubie i prosił — jako starszego brata — o zgodę. Oto właśnie zdaniem pisarza Martina Baileya (Studio of the South: van Gogh in Provence, 2016) prawdziwa przyczyna aktu samookaleczenia, a zarazem załamania nerwowego, które skończyło się pobytem Vincenta w szpitalu w Arles, następnie zaś w zakładzie psychiatrycznym w Saint‑Rémy‑de‑Provence: paniczny strach przed utratą wsparcia finansowego ze strony brata oraz ich chorobliwa relacja, które ze wzmożoną siłą dały o sobie znać na wieść o tym, że Theo zakłada rodzinę. 31 stycznia 1890 rodzi się syn Jo i Theo, nazwany Vincentem na cześć stryja, który ujrzy bratanka trzy i pół miesiąca później. Już jednak w chwili jego narodzin z myślą o nim Vincent namalował „wielkie błękitne płótno, od którego odcinają się kwitnące gałęzie”.

Jest 17 maja 1890 roku, kiedy po zwolnieniu z zakładu psychiatrycznego Saint‑Paul de Mausole w Saint‑Rémy Vincent wraca do Paryża. I wreszcie poznaje szwagierkę i bratanka. Oto jak na stronach prowadzonego od siedemnastego roku życia dziennika Johanna opisywała pierwsze spotkanie ze szwagrem, którego obrazy zdobiły jej dom (były to nieznajdujące nabywców płótna; tylko jedno, La vigne rouge, Theo zdołał sprzedać belgijskiej malarce Annie Boch): „Jacyż byliśmy szczęśliwi, kiedy Theo wreszcie po niego wyjechał. Ujrzałam dwie roześmiane, radosne twarze, dwie machające dłonie — chwilę potem Vincent znajdował się naprzeciw mnie. Spodziewałam się, że zobaczę schorowanego człowieka, a tymczasem stał przede mną barczysty, dobrze zbudowany mężczyzna o zdrowej cerze, wesołym wyrazie twarzy i niejakiej stanowczości w wyglądzie. Potem Theo zaprowadził go do sypialni, gdzie stała kołyska naszego dziecka, któremu daliśmy na imię Vincent; bracia w milczeniu patrzyli na błogo śpiące dziecko — obaj mieli łzy w oczach”. Znamy także wrażenia Vincenta. „Było dla mnie wielką radością — pisał do Wilhelminy — móc znów zobaczyć Theo oraz poznać Jo i dziecko. Zarówno podróż, jak i cała reszta dotychczas przebiegają dobrze, a powrót na Północ jest dla mnie wspaniałą odmianą”. Lecz był to pobyt krótkotrwały. Vincent nie udał się do Paryża, by pozostać tam na stałe, był jedynie przejazdem. Wcale nie powrócił do zdrowia. W mieszkaniu przy Cité Pigalle miał się zatrzymać tylko cztery dni. Zdążył zwiedzić Salon i wystawę sztuki japońskiej, po czym 21 maja 1890 roku Theo odwiózł go do Auvers‑sur‑Oise, wioski położonej trzydzieści kilometrów od Paryża, aby powierzyć go opiece zaprzyjaźnionego lekarza, doktora Paula‑Ferdinanda Gacheta, i umieścił w gospodzie prowadzonej przez małżeństwo Ravoux.

Tylko raz Vincent miał wrócić do Paryża, by odwiedzić brata. 6 lipca 1890 zjawił się u Theo. Jo przygotowała obiad, wśród gości był także Henri de Toulouse‑Lautrec, z którym Vincent zaprzyjaźnił się cztery lata wcześniej. Vincent miał też sposobność ponownie zobaczyć krytyka sztuki Alberta Auriera, który w styczniu 1890 roku na łamach „Mercure de France” opublikował pochwalny artykuł zatytułowany Les Isolés: Vincent van Gogh. Następnie Vincent wrócił do Auvers‑sur‑Oise. Był to ostatni raz, gdy Jo i Theo widzieli go żywego. 27 lipca, być może z lęku przed kolejnym napadem szaleństwa, strzela sobie z pistoletu w serce, lecz pocisk trafia w pachwinę. Ciężko rannemu Vincentowi udaje się dojść do gospody, w której mieszkał. Doktor Gachet zawiadamia Theo, który spieszy na miejsce wraz z Andriesem. O godzinie 1.30 29 lipca 1890 roku trzydziestosiedmioletni Vincent van Gogh umiera śmiercią samobójczą. W jego kieszeni znaleziono ostatni list do brata. „Za moje malarstwo — jak w nim napisał — płacę ryzykiem życia, ono zabrało mi połowę rozumu”1. Na pogrzeb ściągają paryscy przyjaciele, którzy kwiatami i obrazami przyozdabiają trumnę ustawioną na stole bilardowym w gospodzie. Twórca zawieszonych w ciszy słońc i złotych słoneczników znalazł miejsce spoczynku na cmentarzu w Auvers‑sur‑Oise, pośród porośniętych zbożem pól.

Pogrążony w bólu, dotknięty paraliżem Theo umiera zaledwie sześć miesięcy później, które będą prawdziwym piekłem dla jego żony: „Theo nie śpi. Każdej nocy staje u wrót piekieł”. Opętany wspomnieniem zmarłego brata Theo jest już gdzie indziej. „Zdaje się, że minął wiek cały, odkąd z ciążowym brzuchem żyliśmy po to, by się kochać”, zapisuje Jo. Któregoś dnia Theo udaje się otrząsnąć z depresji, zabiera cztery czy pięć obrazów brata i zanosi je do właściciela galerii Paula Duranda‑Ruela, chcąc skłonić go do zorganizowania wielkiej wystawy retrospektywnej. Jednoznaczna odmowa kolekcjonera, który żarliwie wspierał impresjonistów, jest dla Theo rozczarowaniem nie do zniesienia. Tymczasem narastają naciski, aby zniszczyć bądź spalić dziwaczne płótna obłąkanego van Gogha… Jo postanawia opuścić „ten walący się dom”. „Spróbuję namówić Theo, żeby z nami pojechał. Pośród naszych bliskich łatwiej będzie o pomoc. Jeśli się nie zgodzi, wrócę sama z dzieckiem”. Lecz Theo nie jest już w stanie decydować o czymkolwiek. Jo decyduje za niego. Udadzą się z maleńkim Vincentem koleją do Utrechtu, do domu jej siostry Karah. W Holandii Jo podejmuje skrajny wysiłek, by ocalić męża. Organizuje wizytę specjalisty. Pytany o samopoczucie Theo odpowiada: „Każdy dzień mojego życia jest w moim życiu dniem najgorszym”. Lekarz stwierdza porażenie połowicze wskutek przewlekłego zapalenia nerek. Jest początek 1891 roku. 31 stycznia rodzina powinna świętować pierwszy rok życia Vincenta. Lecz urodziny schodzą na dalszy plan. O świcie 25 stycznia, po niekończącej się agonii i pół roku po samobójczej śmierci brata, Theo umiera. Liczy wówczas zaledwie trzydzieści trzy lata.

Johanna van Gogh‑Bonger nie miała nawet trzydziestu lat, kiedy została sama, bez męża, z dzieckiem, które należało wychować, pozbawiona środków do życia, bez pracy, bez żadnych perspektyw, wstrząśnięta samobójstwem szwagra, którego znała nie więcej niż tydzień, lecz zdążyła się rozmiłować w jego malarstwie. Jo potrzebowała znaleźć sobie cel, aby przetrwać. I znalazła. Właśnie tej mroźnej zimy roku 1891 staje się La viuda de los van Gogh, jak trafnie określa ją tytuł książki z 2012 roku pióra argentyńskiego pisarza Camila Sancheza. Jest wdową po obu braciach. Co wpłynie na losy obrazów van Gogha. Chcąc rozjaśnić mroki swojego istnienia, Jo poszukuje w dziełach Vincenta słonecznej strony, światła sztuki przezierającego przez ciemności życia. Fascynuje ją jego umiejętność „spoglądania na świat z intensywnością dziecka”. W spadku po mężu otrzymuje setki dzieł reprezentujących rozmaite fazy twórczości szwagra, jak również stos korespondencji, którą bracia wymienili się od sierpnia 1872 do lipca 1890 roku. Olbrzymie dziedzictwo, którego wartość należało uwydatnić. Lecz Jo nie była zwykłą dziewczyną. Była piątym spośród siedmiorga dzieci zamożnego brokera ubezpieczeniowego, wychowała się w elitarnej amsterdamskiej rodzinie, od dzieciństwa grała na fortepianie, rodzice pozwolili jej wyjechać na studia do Londynu, pracowała w British Museum i doskonale opanowała angielski, którego nauczała początkowo w żeńskiej szkole w Elburgu, a następnie w liceum dla dziewcząt w Utrechcie. Miała głowę nie od parady. Była „inteligentna i czuła”, jak opisywała ją jedna z sióstr Vincenta.

Po śmierci Theo Johanna opuszcza dom siostry, aby przenieść się do Amsterdamu do rodziców. Lecz od razu zaczyna szukać samodzielnego lokum. Pewnej marcowej niedzieli 1891 roku, dwa miesiące po odejściu Theo, jej wybór pada na gospodę w Bussum, wiosce nieopodal Amsterdamu, którą znała od dzieciństwa. „Spokój tej okolicy — zapisuje w dzienniku — pozwoli mi skupić się na najważniejszych celach mojego życia: spuściźnie po Vincencie, wybiciu się na finansową niezależność, lekturze listów van Gogha, odzyskaniu obrazów, które zostały w Paryżu”. Natychmiast zabiera się do realizacji życiowych planów. Od swojego ojca Hendrika dostaje pieniądze na zakup i remont willi Helma i 1 maja 1891 roku otwiera pensjonat. Tydzień później otrzymuje trzysta płócien (to połowa pozostawionych w Paryżu obrazów) i czterysta pięćdziesiąt szkiców Vincenta, które wraz z kilkoma meblami z mieszkania przy Cité Pigalle posyłają jej Emile Bernard i jej brat Andries. Lecz prawdziwą niespodzianką dla Jo okazują się listy. Zaraz po Theo jest ich pierwszą czytelniczką i jako pierwsza ma sposobność docenić to, co zdobędzie uznanie przyszłych czytelników: „W opisie obrazów, czy to własnych, czy cudzych, w przeżywaniu ich za pośrednictwem słów, van Gogh był wyśmienitym pisarzem”.

Także do zacisznego Bussum „przybywają fanatycy kierowani opętańczą myślą, by zniszczyć dzieła van Gogha. Dopatrują się w nich znamion zła i obłędu. Czyżby należeli do tej samej sekty, co paryżanie, którzy zjawili się przy Cité Pigalle?”. Jo nie poddaje się naciskom oszalałych obskurantów, którzy w dziełach jej szwagra potrafią dostrzec jedynie wpływy szatana, „tak czy inaczej, niepokój mnie nie odstępuje”. Wobec tych ponurych nastrojów pogodę ducha przynosi jej przyjazd do willi Helma Octave’a Mausa, przywódcy belgijskiego ugrupowania artystycznego „Les XX”. Maus zabiera z sobą osiem płócien i siedem szkiców, chcąc zorganizować wystawę w Brukseli („ustaliliśmy cenę wyjściową w wysokości dwustu pięćdziesięciu franków za obraz”). Nie tylko fanatyczni bigoci, lecz również krytycy sztuki potępiają „odstręczające obrazy” i „przerażające płótna” wystawione w stolicy Belgii.

O wiele lepiej przebiega pierwsza wystawa van Gogha w Holandii, zainaugurowana w grudniu 1891 roku w Pulchri Studio w Hadze. „Sprzedałam w sumie pięć szkiców — odnotowuje Jo — w sam raz tyle, by oprawić w ramy obrazy na kolejną wystawę. Cztery nowe recenzje, wszystkie przychylne”. Następnie odbywają się dwie wystawy: w lutym 1892 roku pokazano dziesięć obrazów i dwanaście szkiców w Kunsthandel Buffa w Amsterdamie, po czym w Kunstheschouwing w Hadze wystawiono same szkice. Los obrazów van Gogha zaczyna się zmieniać. Przełomowy jest właśnie rok 1892.

Ostatniego dnia wystawy w Kusthandel Buffa zgłasza się Joseph Znidar, prowadzący Kusthandel Oldenzeel w Rotterdamie, z propozycją zorganizowania u siebie wystawy dwudziestu obrazów i piętnastu szkiców, która zostanie zainaugurowana 2 marca 1892 roku. W kwietniu Emile Bernard pokazuje w paryskiej galerii „Le Barc de Boutteville” szesnaście obrazów pochodzących z domu Tanguya. Od 16 maja do 6 czerwca odbywa się wystawa w Hadze. W październiku i listopadzie w Rotterdamie zostaje zorganizowana kolejna wystawa, tym razem składająca się z samych szkiców. Niestrudzony wysiłek Jo w końcu przynosi owoce, co jest dla niej powodem wielkiej radości. „To ciekawe: wszystkie rzeczy wymagają olbrzymich starań, a równocześnie zdają się podążać własnym nurtem. Wystawy ciągle się mnożą. Zorganizowano ich sześć w ciągu niecałych dziesięciu miesięcy, w trzech różnych miastach”. W niedalekiej przyszłości rysuje się perspektywa kolejnej wystawy, jeszcze ważniejszej, udostępnionej w amsterdamskiej Panoramie od grudnia 1892 roku do stycznia 1893. Jo prosi młodą pisarkę, Henriette Roland Host, miłośniczkę van Gogha, by napisała tekst do katalogu. Henriette nie zawodzi jej oczekiwań: „Vincent van Gogh był i prawdopodobnie pozostanie najbardziej aktualnym malarzem spośród wszystkich. Pracował nad wzmożeniem ekspresji barw, nad zarysem kształtów, nad ich najgłębszymi wibracjami”. Katalog stanowił wprowadzenie do wystawy aż siedemdziesięciu pięciu obrazów, dwudziestu czterech szkiców i piętnastu listów. Sprzedaż okazała się zyskowna, a recenzje przychylne.

Misja Johanny van Gogh‑Bonger zakończyła się w 1914 roku, kiedy w Amsterdamie opublikowała sześćset sześćdziesiąt osiem listów braci van Gogh, po czym z Utrechtu na cmentarz w Auvers sur‑Oise przeniosła prochy Theo, by spoczął u boku Vincenta. Oba groby pokryły się bluszczem, którego gałązkę sprowadzono z ogrodu doktora Gacheta. „Tak to już jest. Teraz mogę napisać bez smutku: prawdziwą miłością życia Theo był van Gogh. Ani ja, ani mój syn nie zdołaliśmy tego zmienić. Lecz nie należy wymagać, bym zrozumiała tę bezwarunkową miłość, która doprowadziła ich do śmierci”.

ROBERTO SALVADORI

tłum. Katarzyna Skórska