ROBERT PINSKY „Prowincjonalne poczucie czasu”

Dorastałem w miasteczku Long Branch w stanie New Jersey, gdzie jeden z moich dziadków był właścicielem popularnego baru mieszczącego się naprzeciwko ratusza. Do jego stałych bywalców należeli politycy i policjanci. Kiedy miałem dziesięć lat, szefem policji został człowiek, który w latach dwudziestych, kiedy obowiązywała prohibicja, pracował dla dziadka. Drugi z moich dziadków mył szyby wystawowe w większości lokalnych sklepów. Mój ojciec, z zawodu optyk, w młodości należał do znanych sportowców, wygrał wybory w szkole na najprzystojniejszego chłopaka i tam poznał moją matkę. W tym samym liceum, Long Branch High School, uczyli się także moi wujowie i ciotki, kuzyni, mój brat oraz ja sam.

W takich miejscach napotyka się wiele opowieści. One jakby wiszą w powietrzu: czy to się zdarzyło twemu ojcu czy też komuś, o kim on słyszał, w tym pokoleniu czy w poprzednim? To tak, jakby te historie były żywe, a ludzie byli tylko tymczasowymi ich futerałami, czyli innymi słowy — znajdowali się we władaniu zmarłych. Pleasure Bay jest częścią Long Branch i leży w pobliżu skromnej uliczki, przy której i mój ojciec, i ja mieszkaliśmy w dzieciństwie (oba te domy znajdują się nieopodal siebie):

 

 

W Zatoce Uciech

W wierzbach wzdłuż rzeki w Pleasure Bay

Drozd śpiewa, nigdy dwa razy tak samo.

Tu, pod sosnami, na bocznej dróżce,

W dwudziestym siódmym szef policji

i Pani W. zabili się razem

siedząc w kabriolecie. Stare niewzruszone pale

i podwodne zwały tłuczonego gruzu

podobnego do cząstek puzzli zalegają dno

tam, gdzie był podjazd Hotelu i Teatru Price’a.

A tutaj statki buczały dwa razy, dając znak stróżowi,

by ruszył most obrotowy. Ten, niczym kapitan,

schylał się nad przekładnią w budce z mechanizmem.

Most z jękiem się obracał na centralnym przęśle,

Żeby je przepuścić. W środku lata

czekały dwa, trzy auta, aż żelazna więźba

ustąpi, i może tylko dziecko mogło dostrzec

nazwy na burcie, złoto‑czarne, na białym,

Brodziec, Patsy Ann, Zakaz Wstępu,

Próżniak. Gdy statek szmuglował łyskacza,

most ze zgrzytem zamykał się za nim

i unosił na nowo dla Straży Przybrzeżnej

powoli, jak stary zegar, stale z ociąganiem.

Tafla wody spokojna, lecz smagnięta biczem,

rzeka burzy się, kłębi między filarami.

Nigdy ta sama fraza, drozd wypełnia

parny sierpniowy wieczór nad wysepką

czyjąś muzyką, którą przyswaja i zmienia.

Ważki, moskity, żaby w zaroślach, dwa ciała

nieruchome w otwartym aucie w cieniu sosen,

ścinek historii. Tenor w Hotelu u Price’a

w stroju pajaca rozwija ból tkwiący

w plisach kryzy, w mankietach, a wysokie jęki

kładą się plamą światła na ciemnawej wodzie,

ostatnie frazy arii, odmienione, cichną.

A po chwili okrzyki, brawa i aplauzy

docierają do domostw z drugiej strony rzeki,

ktoś wśród widowni łka, jakby topniejąc

w głębi muzyki. Nigdy tak samo. W Berlinie

córka lorda z Anglii zakochana

w Hitlerze, właśnie go poznała. Bierze

w posiadanie lokal pewnej starszej pary,

zamożnych Żydów. Ci przeżyli Wielką Wojnę,

osiedli tutaj, w Bay, a starsza pani

uczy muzyki, lecz ich świat wiruje,

a u stóp otchłań, kiedy panna i oficer nazi

przeglądają zastawę, meble i obrazy.

Elegancka historia, niegdyś ich osobna, teraz

staje się jej udziałem. Nieco później Anglicy

przystępują do wojny, a ona zabija się w parku,

zepsute dziecko elity, teraz jej życie przechodzi

do życia innych, do cudzego miejsca.

Zamach na własne życie — komendant z Panią W.

zrobili to, by zostać razem jako tutejsze duchy.

Ostatni dreszcz pocałunków, bębenek rewolweru

drży z lęku, żeby chłopiec nie usłyszał,

na wpół zapamiętując odgłosy w listowiu,

śpiew w koronach wierzb. Znad tamtego brzegu

ciche trele muzyki, znów ta sama fraza,

coraz mocniejsza, narasta. Nad smukłym dziś mostem

światła aut wracających z gonitw w hipodromie,

I tylko jeden statek sapie pod przęsłami

bezimienny dla Pleasure Bay, rusza w morze.

A tutaj stali ludzie, patrząc, kiedy teatr

płonie na wodzie. Całą noc kutry ratownicze

opluwały płomienie strumieniami wody.

Rano już tylko zwęglone pilastry i łuki,

czarny swąd zgliszczy, dzisiaj ruiny znowu

nasiąkają w rzece. Po swej śmierci

unosisz się pod stropem ponad własnym ciałem,

patrząc na żałobników. Po paru dniach

nisko krążysz nad głowami bliskich,

obserwując ich w mroku. Gdy się ściemnia,

wędrujesz, by odnaleźć ścieżynkę do rzeki,

I płyniesz wpław. Noc po tamtej stronie,

wierzby, aromat wody, mnóstwo

śpiących ciał wzdłuż całego brzegu,

i jakby śpiew z zarośli cię przyzywa,

byś głębiej wstąpił w ciemność.

Kładziesz się, wtulasz w czyjeś ciało, członki

ciężkie od snu spiesznie cię oplatają

i kochasz się, aż twoja dusza płonie w żarze,

i pozbywa się ciebie, wznosi, aż wreszcie opada

na to drugie ciało, podczas gdy ty,

zapomniawszy o własnym życiu, zaczynasz od nowa

na tych samych rozstajach — może jako dziecko

mijające to samo miejsce. Ale nigdy tak samo.

Tutaj, za dnia, drozd w gałęziach wierzby,

nowa kafejka, tarasy, podjazdy.

Żaby w baziach tam, gdzie stał stary most —

to tutaj mogłeś prześlizgnąć się po wodzie,

gdy byłeś tylko zjawą w Zatoce Uciech.

 

Cóż mogę poradzić na to, że historyczna perspektywa nazizmu pojawia się w tym wierszu i znika? Czy w ten sposób protestuję przeciwko stereotypowi Amerykanów głuchych na odgłosy historii, zamieszkujących teraźniejszość z jakby dziecięcym zadowoleniem, rodzajem nieumyślnej, pozbawionej namysłu arogancji? Mam skłonność do rozmyślań o historii i nad historią, ale nie jest to linia obrony, co bowiem jest bardziej niehistorycznego niż uczucia nostalgii?

Mam nadzieję, że mój wiersz traktuje o stracie, a nie o nostalgii, że tenor śpiewający włoską arię, podobnie jak zrujnowane kolumny teatru, sugerują historyczny jej wymiar. Można to osiągnąć za pomocą drobnych przedmiotów, jak w wielkim wierszu Czesława Miłosza Piosenka o porcelanie napisanym w Polsce zaraz po wojnie, w której wymordowano miliony ludzi, każda rodzina została w żałobie, a Warszawa zmieniła się w rumowisko gruzów:

 

Niczego mi, proszę pana,

Tak nie żal jak porcelany.

 

Pamiętam, jak któregoś razu w Berkeley ktoś obruszył się na ten wiersz. Myślę, że osoba, która tak zareagowała, wolałaby, by Miłosz stwierdził, że najbardziej ze wszystkiego było mu żal zabitych Żydów.

Ale to nie wymagało deklaracji, a ponadto wówczas zabrakłoby temu wierszowi historycznego wymiaru potłuczonej porcelany — produktu starej Europy, która wyobrażała sobie, że jest ziemią ucywilizowaną — namalowała pasterkę na filiżankach, a zaraz potem pogryzła się, pocięła i rozerwała na strzępy.

Zadaję te pytania w związku z własnym wierszem i powołuję się na takie precyzyjne porównanie częściowo ze względu na pamiętną datę dla całego społeczeństwa. W pierwszych tygodniach po 11 września 2001 roku pewien życzliwy czytelnik moich utworów zasugerował mi, że któryś z amerykańskich poetów powinien wymyślić nazwę dla tych samobójczych ataków, które przemieniły boeingi 767 w wypełnione pasażerami narzędzia zbrodni, wbijając się w wieże World Trade Center i w gmach Pentagonu. Jednakże niemal natychmiast po tym zamachu owe wydarzenia już zostały nazwane. Ich nazwą, ustanowioną przez wstrząśniętą zbiorowość, stała się data. Odbyło się bez udziału twórców, bez oficjalnej ustawy.

Jest to dla nas czymś nowym. Wiele ulic i placów w Europie czy w Ameryce Południowej ma nazwy w formie pamiętnych dat, ale w naszym kraju było to niespotykane. W niektórych krajach nazwa miesiąca, jak „październik” czy „sierpień”, uruchamia w świadomości zbiorowej złożoną opowieść o losie narodu — całe brzemię kataklizmów i klęsk, aktów heroizmu i urazów.

Prócz Czwartego Lipca nazwy pochodzące od dat nie są obecne w życiu obywatelskim Ameryki. Znaczone krwią szlaki naszej wojny domowej noszą nazwy od miejscowości: Antietam, Gettysburg, Shiloh, Andersonville. Nasze walki o prawa pracownicze i prawa obywatelskie pamiętamy dzięki nazwiskom ich bohaterów. To Sacco i Vanzetti, Rosa Parks, Chaney i Schwerner. Data 22 listopada zawiera pewną siłę, także dzięki symetrii liczb 22/11 — ale znaczenie tego dnia, który w 1963 roku zdawał się być utratą wielkich nadziei politycznych i kulturowych, stał się czymś bardziej osobistym lub rodzinnym — kluczowym rozwinięciem naszej narodowej ikonografii, w większym stopniu kwestią symboli niż konkretnych realiów. Jedynie cztery cyfry: 1968 — roku zabójstw politycznych, chaosu i kampanii prezydenckiej, która przypominała zarazem i tragedię, i farsę — mają zapewne tę trwałą moc, która uruchamia epicką pamięć na widok lakonicznej wzmianki z kalendarza. Od roku 1776 do dziś jedynie rok 1968 uzyskał status najbliższy pojęciu „1789” lub „1848” [Wiosny Ludów w Europie] lub „1914”. Wiersz Yeatsa Wielkanoc 1916 roku nie brzmi jak tytuł amerykański. Czy to możliwe, że w Stanach Zjednoczonych unikaliśmy potężnego znaczenia dat i lat wskutek intuicyjnej tęsknoty za niejasnym, ponadczasowym rajem nostalgii?

Rozważam taką możliwość jak najdalszy od zadowolenia. Myślę, że od dzieciństwa zaczerpnąłem nieco historii. Chełpię się w skrytości ducha tym, że zawsze miałem poczucie przeszłości, że urodziłem się z tym zmysłem, który, choć w szczątkowy i jakby nierealny sposób, umieszcza mnie w samochodzie, gdy patrzę, jak powoli obraca się przęsło mostu. To jest rodzaj funkcjonalnego przerwania drogi linearnej, jak zapewne poezja funkcjonalnie przerywa linearną koncepcję czasu.

Moi pradziadkowie byli żydowskimi imigrantami z Europy Wschodniej. Może los imigrancki zawiera pragnienie zatarcia dat i specyfiki przeszłości. Podobnie jak opętani bohaterowie Faulknera marzący o założeniu dynastii, imigranci, a zwłaszcza żydowscy imigranci — niekiedy odwracali się od swojej historii.

Dla wielu Amerykanów naszą najważniejszą historią umoralniającą, najbliższą relacją zbliżoną do tego, co w czasach renesansu nazywano „prawdziwą historią”, czyli historią umoralniającą lub pouczającą, jest opowieść o tym, jak zaledwie w ciągu jednej generacji można się stać Amerykaninem. Podziały rasowe w naszym kraju sprawiły, że istnieje kontrast między tą historią a historią niewolników afrykańskich, których przez tak długi czas wykluczono z udziału w tym procesie, że określenie „Afroamerykanin” dopiero ostatnio nabrało prawa obywatelstwa w naszym języku.

Dla mnie jako dziecka historia imigrantów żydowskich i innych grup etnicznych połączyła się w jedno z niezwykłą historią mego miasta. Pozwólcie mi, proszę, zostać na chwilę tym, kogo we Włoszech nazywa się campanilista, przewodnikiem po miejscowych dzwonnicach i innych zabytkach.

Nadmorski kurort Long Branch w New Jersey odwiedził kiedyś Abraham Lincoln. W tej miejscowości znani hazardziści dawali pieniądze na jednostki straży pożarnej noszące ich nazwiska, podobnie jak bardziej ustatkowane sławy przekazywały fundusze na uniwersytety. W Long Branch sportowiec Diamond Jim Brady zabawiał Lillian Russell w ten sposób, że jego napędzany elektrycznie automobil sunął o zmierzchu wzdłuż oceanu, z podświetloną kabiną z kryształu, z szoferem siedzącym w mroku za kierownicą, by potężnie zbudowani i ekstrawagancko wystrojeni kochankowie byli widoczni dla ogółu niczym ruchoma wystawa domu towarowego. Za nim poruszała się bezszelestnie kawalkada trzech dodatkowych pojazdów, każdy ze swoim kierowcą, na wypadek gdyby główne auto się zepsuło.

Na tej samej promenadzie prezydent Grant powoził zaprzęgiem koni wyścigowych. Aby ściągnąć modne tłumy na molo, magazyn „Harper’s” zaangażował Winslowa Homera, którego wspaniały obraz, Long Branch, New Jersey, znajduje się teraz w Muzeum Sztuk Pięknych w Bostonie. Kiedy prezydent Garfield został postrzelony w czerwcu na stacji w Waszyngtonie przez maniaka politycznego nazwiskiem Guiteau; wybierał się właśnie na urlop do Long Branch. Guiteau upatrzył go sobie w naszym miejscowym zborze zwanym „Kościołem Sześciu Prezydentów”. Po zamachu nieszczęsny Garfield umierał przez wiele tygodni w waszyngtońskim upale, nękany przez lekarzy, którzy jeszcze wówczas nie mieli pojęcia o istnieniu sepsy i grzebali paluchami w ranach, by odnaleźć kulę. Bagna nad Potomakiem stawały się o tej porze roku malaryczne, więc w celu oszczędzenia rannemu nieludzkiego żaru przeniesiono go na materacu z sypialni Białego Domu, gdzie stale moczono muślinowe firanki w lodowatej wodzie, do specjalnego wagonu kolejowego obłożonego bryłami lodu i wyposażonego w dodatkowe resory. Pociąg ruszył w kierunku Long Branch, gdzie robotnicy harowali przez całą noc, żeby ułożyć odcinek torów ze stacji Eberon do naszej nadmorskiej miejscowości, pozbawionej wtedy połączenia kolejowego. Obsługa hoteli donosiła im kawę i kanapki i w ten sposób udało się doprowadzić tory nad sam ocean. Garfielda zaniesiono na tym samym materacu do pensjonatu, w którym spędził ostatnie tygodnie życia w przynoszącej mu odrobinę ulgi bryzie znad Atlantyku.

Mógłbym tak ciągnąć w nieskończoność. Takie są drobiny historii w ustach nałogowego campanilisty. Drugi sławny okres w historii miasteczka przypadał na pierwsze dziesięciolecia XX wieku. Wtedy Long Branch stał się dla filadelfijskich i nowojorskich rodzin z klasy średniej świetnie prosperującą miejscowością wypoczynkową. Stateczki zwoziły pasażerów z Nowego Jorku na wieczór w teatrze i kolację nad brzegiem oceanu w Hotelu Price’a. Spora część tych gości była żydowskiego lub włoskiego pochodzenia, podobnie jak miejscowe kupiectwo. Gorączka hazardu tliła się w tym miejscu dzięki torom wyścigów konnych, o czym wspominam w wierszu W Zatoce Uciech.

Kiedy byłem dzieckiem, miejscowość już straciła XIX‑wieczną renomę i świetność lat dwudziestych. W latach pięćdziesiątych oferowała podniszczone molo, bary z owocami morza, karuzele dla dzieci, koła fortuny, salony z bilardem elektrycznym i stragany z ciągutkami. Letnie kurorty są przez większą część roku miejscami elegijnymi, a były kurort reprezentuje tę cechę w dwójnasób. „Miasto już nie jest tym, czym było”. Wzrastałem, słysząc to pełne rezygnacji zdanie, chóralne westchnienie, i niedbała, lecz podatna na wpływy cecha mojej inteligencji nie pozwoliła, bym umiał oddzielić upadek ekonomiczny od śmierci prezydentów.

Bar mego dziadka Pinsky’ego, Broadway Tavern, znajdował się przy tej samej ulicy co Hotel Garfield‑Grant. Obywatelska, historyczna postawa zmarłych prezydentów, na cześć których nazwano ten ciągle elegancki hotel, mieszała się w moich myślach z nazwą „Broadway”, który wydawał się ciągnąć od Manhattanu aż do drzwi tawerny z unoszącą się zza nich wonią alkoholu. Zanim powstał ten bar, moja rodzina w zasobnych latach dwudziestych trudniła się szmuglem i sprzedażą nielegalnych trunków. Opowieści o gangsterach opowiadano sobie na przemian z historiami pochodzącymi z czasów, gdy nasze miasteczko było Letnim Białym Domem. Ta niejasna, zamglona i niekwantyfikowana przeszłość wydaje się przeciwnością dat. Jednakże i daty są przecież stale traktowane czułostkowo, wykorzystywane w celach politycznych, deformowane, zamieniane w lukier albo w morderczą broń. Opowieść o kochankach, o prowincjonalnych Paolu i Francesce w ich kabriolecie, opowieść o parze imigrantów, która przeżyła Zagładę, nazwy statków, aria, teatr na wodzie — to wszystko są szczegóły historyczne, które docierają do nas z ciemnych lub błyszczących punktów naszej świadomości, i wszystkie mają źródło zarówno w naszych pragnieniach i przyjemnościach, jak i w tym, co Szekspir nazywa „wiecznym śmierci mrokiem”.

 

ROBERT PINSKY

tłum. i oprac. RENATA GORCZYŃSKA

 

 

OD TŁUMACZA

Robert Pinsky (1940), poeta, eseista, tłumacz, nauczyciel akademicki i animator życia kulturalnego, należy do najbardziej cenionych twórców amerykańskich starszego pokolenia. Urodzony w New Jersey, kształcony w Kalifornii, mieszka od wielu lat w stanie Massachusetts i prowadzi kurs pisania kreatywnego na Uniwersytecie Bostońskim. W latach 1997–2000 przez trzy kadencje pełnił funkcję Poety‑Laureata Stanów Zjednoczonych, czyli konsultanta ds. poezji przy Bibliotece Kongresu w Waszyngtonie. Jest pełnym pasji krzewicielem czytelnictwa, zwłaszcza poezji. W internecie redaguje pismo poetyckie „Slate”.

Pinsky jest autorem dziewiętnastu książek. Z jego bogatego dorobku należy wymienić m.in. tomiki poetyckie: Jersey Rain (2000), Gulf Music (2007) oraz Selected Poems (2011), wydane nakładem Farrar, Straus & Giroux. Inny jego zbiór poezji, The Figured Wheel: New and Collected Poems 1966–1996, był nominowany do Nagrody Pulitzera oraz otrzymał Nagrodę imienia Lenore Marshall i Nagrodę Ambasadora Związku Krajów Anglojęzycznych. Z licznych jego wyróżnień należy wymienić: Nagrodę Pamięci Shelleya, Nagrodę imienia Williama Carlosa Williamsa i Nagrodę „Los Angeles Times” w kategorii najlepszej książki roku, a także Nagrodę imienia Howarda Mortona Landona w dziedzinie przekładu — za tłumaczenie Piekła Dantego, bestseller wydawniczy. Pinsky jest także współtłumaczem poezji Czesława Miłosza zebranych w tomie The Separate Notebooks.

Robert Pinsky jest członkiem Amerykańskiej Akademii Sztuk i Nauk oraz Amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury.