ROBERT BYRON, Patras

Patras pnie się po nadmorskim wzgórzu prostopadle do nabrzeża. Podobnie krzyżują się ulice. Trudno określić styl i epokę, z której pochodzi tutejsza zabudowa, charakterystyczna dla dzisiejszego Wschodu — „Wschodu” rozumianego jako kryterium rozróżniające, jako że Grecy konsekwentnie określają innych przedstawicieli cywilizacji zachodniej mianem „Europejczyków”. Wzdłuż głównych ulic biegną arkady. Łuszczący się tynk nie przydaje budynkom zabytkowego wyglądu. Większość domów ma formę prostych, nieciekawych klocków.

Kiedy czekaliśmy na śniadanie, słońce powoli rozproszyło poranną mgłę i zaczęło rzucać cienie budowli na błotniste, świeżo zmyte drogi. W dole głównej ulicy, zza masztów i takielunku, prześwitywała Zatoka Koryncka. W porcie stały setki jednostek malowanych bez wyjątku w jaskrawe kolory, mocno kontrastujące z intensywnym błękitem greckich mórz — niebieskich aż do dna, w przeciwieństwie do banalnego turkusu wód wokół Italii. Tymczasem w głębi wznosiło się pasmo wysokich gór umacniających ląd na całym osiemdziesięciomilowym brzegu zatoki; smugi zamglonych chmur kłębiły się wokół szczytów jak wyszarpany z ostów puch.

Nawet o tak wczesnej porze ulice były pełne ludzi torujących sobie drogę w brei po przejeździe polewaczki. Współczesny Grek jest wzrostu poniżej przeciętnej, delikatnej budowy ciała i na pierwszy rzut oka niepozorny. Tutejsi mężczyźni i kobiety nie są wprawdzie odpychający, wyglądają wszak pospolicie i czasami brudno. Kiedy się im jednak bliżej przypatrzyć, spod gęsto plecionego słomkowego kapelusza i czarnego żołdackiego wąsika wyłaniają się typowe cechy starożytnych greckich posągów. Zabrzmi to jak komunał, ale niektóre dziewczęta są wyjątkowo piękne — o nosach tworzących niemal prostą linię z czołem, gładkiej i śniadej skórze, zmysłowych ustach w kolorze śliwki i krągłych, dumnie wysuniętych podbródkach. Duchowni zdają się górować nad swoją trzodą — wyprostowani, władczej postury, o długich, pięknie rzeźbionych bizantyjskich nosach, ciemnych oczach rzucających błyski spod czarnych, cylindrycznych czapek ze splisowanym denkiem, brodach spływających na pektorały i szpakowatych włosach, schludnie zaczesanych do tyłu i spiętych w kok.

Choć fustanella kojarzy się przede wszystkim z wiktoriańskimi podręcznikami geografii i powtarzanymi w kółko opowieściami z czasów przedwiktoriańskiej swobody, tutejsi chłopi wciąż noszą tę tradycyjną spódnicę. Widok jakichkolwiek elementów stroju ludowego w codziennym ubiorze sprawia dość surrealistyczne wrażenie. Człowiekowi staje przed oczyma obraz przedstawiający w najdrobniejszych szczegółach jakąś turecką masakrę, zakupiony w 1833 roku przez cioteczną prababkę w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Albo na myśl przychodzi spłowiała fotografia wymyślnej sukni balowej z lat siedemdziesiątych, wprawiona w okrągłą, pozłacaną ramkę z kartonu. Kiedy jednak rozsmarowywaliśmy dżem z puszki na kromkach suchego chleba i patrzyliśmy na ulicę, mijający nas starsi mężczyźni — wynędzniali i brudni, ubrani w czarne albo białe sięgające kolan fałdziste kaftany, z nogami w obwisłych białych getrach, przewiązanych tu i ówdzie sznurkiem niczym paczki z bielizną do prania — zadawali kłam wszelkim skojarzeniom z wystudiowaną malowniczością. Nawiasem mówiąc, w Grecji naprawdę istnieje Towarzystwo Ochrony Narodowego Stroju Ludowego. Prowadzi oddziały w każdym mieście. Chlubi się jednak ubiorem noszonym na wyjątkowe okazje: białą kamizelką haftowaną misternie w czarne wzory i czerwoną czapką z frędzlami sięgającymi dołu pleców. Niewiele ma to wspólnego z roboczym strojem na co dzień. Greckie buty są płaskie i wielkie jak łodzie, z ogromnymi czarnymi pomponami na zawiniętych czubkach.

Kiedy tak sobie siedzieliśmy przy rozchwierutanych żelaznych stolikach kawiarni pod gołym niebem w Patras, płacąc tym samym frycowe za nasz pobyt w Grecji, na ulicy pojawiły się dwie postaci. Pierwszą był pan Constantinopoulos, urodzony w Salford w hrabstwie Devon sekretarz miejscowego konsulatu Wielkiej Brytanii. Miał na sobie białe lniane ubranie, a siwe sumiaste wąsy sterczały mu po obu stronach ogorzałej i wymizerowanej twarzy. Simon — zanim jeszcze się dowiedział, z kim mamy do czynienia — stwierdził, że facet mówi ze szkockim akcentem. Pan Constantinopoulos używał potocznej edwardiańskiej angielszczyzny. Zapewnił nas, że z Patras do Aten nie prowadzi żadna szosa; ba, nie można się tam dostać nawet zwykłą drogą.

Drugi przybysz miał odegrać ważniejszą rolę w wydarzeniach tamtego dnia. Nazywał się Christian Teeling; urodził się i wychował w Dulwich. Niski, łysawy mężczyzna o młodzieńczym wyglądzie, w binoklach bez oprawek, utorował sobie drogę przez tłum łokciami i zwrócił się do nas tonem świadczącym o dobrych manierach i wykształceniu.

— Wygląda na to, że jesteśmy krajanami — oznajmił. — Proszę mi wierzyć, poczytam sobie za zaszczyt służyć panom choćby niewielką pomocą, na miarę moich skromnych możliwości.

Powiedział, że na tych odległych rubieżach każda obca twarz — zwłaszcza angielska — jest mile widziana. Był zdania, że jest stąd jakaś droga do Aten. Obiecał przynieść dane inspekcji geodezyjnej urzędu morskiego z 1912 roku, żebyśmy się mogli upewnić.

Tymczasem piliśmy kawę. Niemcy zgłodnieli i wychłeptali całe mleko z dzbanuszków. Na wysokim wzgórzu przy końcu ulicy stał zamek. Naprzeciwko straszył wypalony gmach dawnego kina, który spłonął do szczętu podczas szaleństw kwietniowego karnawału. Z tablic ogłoszeniowych zwisały smętne pozostałości plakatów sprzed pół roku reklamujących seanse Dzwonnika z Notre Dame. Wkrótce wrócił pan Teeling. Po rozlicznych konsultacjach ze znajomymi musiał, niestety, potwierdzić obawy pana Constantinopoulosa. Dane inspekcji z 1912 roku, które był tak uprzejmy ze sobą przynieść, nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Istotnie nie było żadnej drogi z Patras do Aten. Góry schodziły wprost do morza, a linia kolejowa biegła wąską półką wykutą w skale. Czy moglibyśmy pojechać wzdłuż torów? Tak się jednak nieszczęśliwie złożyło, że przez wąwozy dało się przeprawić tylko po wiaduktach. Poza tym co byśmy zrobili, gdyby akurat z przeciwka nadjechał pociąg? Szosa z Koryntu do Aten jest znakomita.

Tak więc niechętnie postanowiliśmy załadować samochód na pociąg. Tłumacz — najwyraźniej w zmowie z hotelem — oświadczył, że tego dnia nie da się już załatwić wagonu towarowego. Wynajęliśmy kilka pokojów, otworzyliśmy proszek Keatinga na insekty i powiedziawszy sobie „do widzenia” z panem Teelingiem — który był nauczycielem i musiał wrócić do swoich uczniów — poszliśmy się wykąpać.

Słońce stało już w zenicie. Z Niemcami z tyłu samochodu przejechaliśmy jakieś pięć mil na zachód. Potem trochę się cofnęliśmy, bo droga skręciła w góry. Po krótkiej naradzie znaleźliśmy wąski pas plaży zasłanej warstwą zmierzwionych, ale wciąż kłujących wodorostów, oddzielony od ospale sunących wozów konnych zagonem kukurydzy. Dlaczego kukurydzę uprawia się zawsze w pojedynczych zagonach? Niemcy wyciągnęli z plecaków czerwone stroje kąpielowe. My złożyliśmy ubrania w kostkę, zostawiliśmy je na trawie i pobiegliśmy do wody. Kiedy przebrnęliśmy jakieś dwadzieścia jardów przez poplątane wodorosty, dno usunęło nam się spod nóg i zaczęliśmy pluskać się beztrosko w miejscu bitwy pod Lepanto.

Pływanie w greckim morzu niesie z sobą wyjątkową rozkosz. Nagle odsłania się przed tobą tajemnica starożytnej Grecji. Te wszystkie walki wewnętrzne, wszystkie miasta‑państwa! Całe to szkolne zakuwanie! A tak się odprężasz i przymykasz oczy, chowając się przed słońcem w chłodnym cieniu pod powierzchnią wody, patrząc spod zmrużonych powiek na niekończące się pasmo górskich szczytów, na zbrązowiałe wzgórza, karłowate drzewa oliwne, skały i spłachcie ziemi uprawnej — i wszystko razem zdradza przed tobą zagadkę tej legendarnej krainy, gdzie europeizm wykształcił się w mikroskali; za którą każdy jest gotów poświęcić życie, bez względu na wiek, pozycję i majątek, z wdzięczności za odziedziczony po niej spadek. Samo oddychanie tutejszym powietrzem utwierdza cię w poczuciu szlachetności.

Wróciliśmy akurat na obiad. Wdepnąłem w jeżowca i kulałem, jak na Byrona przystało. Dołączył do nas pan Teeling. Posiłek, serwowany w obskurnej restauracji z udrapowanymi w oknach ciężkimi zasłonami z czerwonego pluszu, ciągnął się dwie albo i trzy godziny. Było za gorąco, żeby się stamtąd ruszyć. Pan Teeling oznajmił, że jego żona przebywa niestety w ojczyźnie, więc nie może dotrzymać nam towarzystwa. On sam mieszka skromnie: rozpoczynał karierę za rządów Wenizelosa i teraz popadł w kłopoty finansowe. Ale może byśmy wpadli do niego na herbatę? Ma jeszcze odrobinę konfitury z płatków róży.

Powiedzieliśmy, że będzie nam bardzo miło. O trzeciej David podjechał na stację, żeby załadować samochód do wagonu przed jutrzejszą podróżą. Simon i ja rozsiedliśmy się na ulicy. Kupiliśmy gazetę ilustrowaną „Excelsior” — „EΞEΛΣIOP”. Choć ukazywała się codziennie, materiał zdjęciowy obejmował wyłącznie portrety sławnych aktorów oraz wiosenne widoki ogrodów japońskich. Tekstu nie udało nam się odcyfrować. Jednym z fałszywych przekonań, szczególnie gorliwie wpajanych uczniom przez nauczycieli, jest opinia, jakoby nowogrecki nie miał nic wspólnego z greką starożytną. Te dwa języki są prawie identyczne, choć w grece nowożytnej niektóre bardziej złożone formy gramatyczne wyszły już z użycia. Byłem zły, że dałem się kiedyś nabrać na to oszustwo i wyrzuciłem z pamięci wszystkie szkolne nauki.

W rezultacie odłożyliśmy gazetę na stół, skąd gazeciarze próbowali ją gwizdnąć i odsprzedać komu innemu. Ku rozdrażnieniu Simona z rozmysłem podarłem ją na ich oczach. Wtedy sobie poszli, ale wkrótce zastąpił ich rój wyposażonych w szczotki i pastę pucybutów, którzy gorliwie przypadli nam do stóp. Po nich zjawili się sprzedawcy pysznych z wyglądu migdałów nabieranych gołymi rękami wprost z kosza. W końcu mieliśmy już dość nagabywań i poszliśmy na herbatę.

Smak różanej konfitury rozlał się po naszych podniebieniach niczym tafla Pacyfiku przed oczyma Balboi. Był wyszukany niczym bukiet wina tokajskiego. Zanim zdążyliśmy wszystko zjeść, dołączył do nas David — zgrzany, posiniaczony i wściekły. Razem z Niemcami musieli własnoręcznie załadować Dianę na pociąg, bo wóz ledwie się zmieścił w wagonie wąskotorowym, który na dodatek nie miał opuszczanej platformy. David dokończył konfiturę. Potem usiedliśmy do rozmowy. Pan Teeling powiedział, że żona spędza wakacje z dzieckiem w Reigate. Zaproponował nam kąpiel w swojej łazience; odmówiliśmy ze względu na oszczędność wody, nie chcąc nadużywać jego uprzejmości.

Mieszkał na parterze. Pokoje były nieduże, ale wysokie, udekorowane współczesną grecką ceramiką na wysoki połysk i japońskimi pejzażami na płytkach bambusowych przedstawiającymi Fudżijamę wśród łąk pełnych irysów i bocianów. Efektu dopełniały pasy wielobarwnej, ludowej tkaniny w czarne, błękitne, czerwone i białe romby oraz rozwieszone tu i ówdzie reprodukcje Medici Society. Z bogato ilustrowanego wydania Szekspira i Dantego w przepięknej welinowej oprawie można było wywnioskować, że nasz gospodarz jest obywatelem rzeczypospolitej uczonych. Przejrzeliśmy kilka albumów zdjęć i poszliśmy obejrzeć zamek.

Zapadał już zmierzch, kiedy wspinaliśmy się na wzgórze po schodach wijących się w labiryncie niepozornych domów, które stopniowo zaczęły ustępować miejsca jednoizbowym chatom z cegły mułowej. Od czasu do czasu, szukając właściwej drogi, potykaliśmy się o drut przeciągnięty między dwiema tyczkami — znak, że ktoś postanowił zawłaszczyć kawałek ziemi, a raczej w miarę dogodną półkę skalną pod budowę domu. Bywało, że zabrał się już do przygotowywania materiałów i ułożył prostokątne cegły rzędami do wyschnięcia. Wreszcie do nas dotarło, jakie nieszczęście spadło na lud Izraela, odkąd musiał sam starać się o słomę1.

Wreszcie dotarliśmy do zamku: David i Simon, sapiąc z oburzenia, że w każde ciekawe miejsce trzeba się tak czołgać, pan Teeling — podtrzymując w tym czasie pasjonującą rozmowę. Była już prawie noc. Ledwie dało się wypatrzyć góry po drugiej stronie zatoki. Gdzieś wśród nich leżało Missolungi. Poniżej rozpościerało się morze dachów schodzących aż do portu, który przemienił się teraz w feerię migotliwych świateł zwielokrotnionych w pomarszczonej tafli wody. Pasmo dymnego oranżu stopniowo blakło na niebie. Nagle rozległ się wystrzał armatni — zagrzmiał i odbił się echem od wzgórz. Była to salwa na pożegnanie pierwszego statku z floty wiozącej koryntki do Ameryki.

Najbardziej pracowitym miesiącem w Patras jest wrzesień, kiedy sprowadzane z całego kraju rodzynki korynckie ekspediuje się do Anglii i Stanów Zjednoczonych, żeby trafiły do sklepów przed Bożym Narodzeniem. Wypłynięcie pierwszego statku z każdej floty udającej się do tych krajów jest uświetniane salwą armatnią. Grecja tak obfituje w koryntki, że wielu eksporterów dorabia się milionów drachm wyłącznie z dochodów płynących z tytułu własności upraw. Część gruntów wciąż pozostaje bezpańska, choć sporo z nich przydzielono ostatnio uchodźcom ze Smyrny i z Azji Mniejszej. Ktokolwiek jednak postawi dom z dachem na ziemi, do której nikt nie zgłasza roszczeń, teren przechodzi na jego własność.

Zamek w Patras powstawał w czasach rzymskich, bizantyjskich, frankijskich, saraceńskich i weneckich — tym samym forteca odzwierciedla całą historię greckiej podległości. Szukając drogi po omacku, rzuciliśmy okiem na rzymski akwedukt przebiegający nad dawną fosą. Tu i ówdzie, wśród kamiennych bloków muru, pobłyskiwały białe marmury ze starożytnych budowli greckich. Na belce u wrót widniała inskrypcja gotycka, na innym nadprożu — napis po turecku. W dziedzińcu stała rzymska studnia, do której prowadziła rzeźbiona brama w stylu bizantyjskim. Na całej długości muru obronnego powtarzał się typowy motyw architektoniczny fortyfikacji weneckich, przypominający odwrócony lambrekin baldachimu nad tronem kardynalskim. Budowla pełni obecnie funkcję więzienia; nieruchome, milczące postaci strażników zdawały się uwierzytelniać jej historyczną tradycję. Pan Teeling porozumiewał się z nimi miękką i płynną greką.

Zeszliśmy szosą do miasta. Noc miała być księżycowa, więc nie włączono latarni. Gaz jest zbyt drogi, żeby go marnować. Księżyc pojawił się na niebie dopiero po dwunastej, musieliśmy więc torować sobie drogę na oślep, szurając stopami po nierównej nawierzchni. Dotarliśmy wreszcie do jakiegoś placu. Po przeciwnej stronie widniała fasada okazałego długiego budynku, wypełniona dwoma rzędami zakratowanych, oświetlonych okien, w których od czasu do czasu pojawiały się grupki czarnych postaci. Przy drzwiach pośrodku muru i pod dolnymi oknami kłębił się tłum kobiet rozmawiających spokojnym, przyciszonym głosem. Było to więzienie dla dłużników, wymarzony obiekt studiów dla współczesnego Hogartha. Greccy biedacy nie mogą korzystać z dobrodziejstw prawa upadłościowego.

Pan Teeling zaszczycił nas swoją obecnością przy kolacji — już nie na chodniku, lecz wprost na ulicy. Zanim wróciliśmy, Niemcy zdążyli napisać kilka pocztówek do rodziny: po raz pierwszy od miesięcy. Zamówiliśmy butelkę ciemnego i gęstego wina ze szczepu Malvasia, uprawianego pierwotnie w okolicach spartańskiego miasta Monemwasia. To ten właśnie trunek (który przedtem kosztowaliśmy w Ferrarze) nazywano niegdyś małmazją i sprowadzano na naszą słynną z pijaństwa wyspę; to w wypełnionej tym winem beczce znalazł swój żałosny koniec książę Clarence, którego kości wiszą teraz w gablocie na ścianie krypty opactwa w Tewkesbury. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie tylko małmazja, ale i książęta Clarence wywodzą się z Grecji. Źródłosłów jednego z najstarszych tytułów brytyjskiej rodziny królewskiej wiąże się z niewielkim miastem w zachodniej części Peloponezu.

Glarentza, bo tak brzmi jego prawdziwa nazwa, zyskała status ważnego ośrodka miejskiego Księstwa Achai za panowania Gotfryda I Villehardouina, drugiego z frankijskich władców tego państwa. Później była głównym portem Morei i siedzibą książęcej mennicy. Dzięki małżeństwu Florensa z Hainault z Izabelą Villehardouin tytuł przeszedł ostatecznie na hrabiów Hainault; Edward III i jego żona Filipa de Hainault przekazali go samowolnie Lionelowi, drugiemu z pozostałych przy życiu synów królewskiej pary. Miasto zostało zniszczone w 1430 roku z rozkazu Konstantyna Dragasza, ówczesnego despoty Mistry i Morei, przyszłego, a zarazem ostatniego cesarza Bizancjum.

Do kolacji pochłonęliśmy taką ilość małmazji, że można by w niej utopić ze stu książąt Clarence. Pan Teeling, którego twarz przybrała odcień kaczego jaja, zaczął, rechocąc, opowiadać sprośne historyjki. Poszedłem spać wcześnie. Reszta udała się szukać rozrywki na molo, gdzie wprawdzie grała orkiestra jazzowa, ale nikt nie chciał tańczyć.

Kiedy szliśmy na kolację, dogonił nas jakiś Anglik, mniej więcej w naszym wieku, i spytał, czy nie zagralibyśmy nazajutrz w tenisa. Ktoś mu powiedział o naszym przyjeździe. Nazywał się Sullivan; jego rodzina mieszkała w Patras od ponad stu lat. Sam był wioślarzem w drużynie Uniwersytetu Londyńskiego, a jego starsi bracia brali też udział w regatach w Henley. Odpowiedzieliśmy, że bardzo nam przykro, ale wolimy piłkę nożną.

ROBERT BYRON

tłum. Dorota Kozińska