PIOTR MITZNER, Jak znalazł. Wspomnienia o Kunatach

Jak wiadomo, Czesław Miłosz urodził się w Szetejniach, w domu swoich dziadków Józefy i Zygmunta Kunatów. Niedawno natrafiłem, i to niemal równocześnie, na wspomnienia dwóch rosyjskich memuarystek o rodzinie Kunatów. Warto je włączyć do polskiej miłoszologii.

Nadieżda Durowa (1783–1866) przebrana za mężczyznę zaciągnęła się do wojska. Brała udział w wojnie z Francją. Do spisania wspomnień namówił ją Aleksander Puszkin. Ukazały się pod tytułem Kawalerist diewica(Kawalerzystka).

Interesujący nas fragment dotyczy roku 1806, gdy pułk, w którym służyła Durowa, wkroczył na Litwę. Jej towarzysz broni Wyszomirski* był Polakiem.

Trzeciego dnia Wyszomirski powiedział, że niedaleko od naszego biwaku znajduje się majątek jego wuja, gdzie przebywa na wychowaniu jego rodzona siostra. „Poproszę rotmistrza, by zezwolił mi tam pojechać na jeden dzień, pojedzie pan ze mną, Durow?”. „Jeśli zezwolą, chętnie pojadę” — odparłam. Poszliśmy do rotmistrza, który zgodził się, rozkazał tylko Wyszomirskiemu, by pilnował swojego konia, i polecił nam obu, byśmy zjawili się w szwadronie na drugi dzień. Ruszyliśmy. Majątek Kunata, wuja Wyszomirskiego, znajdował się pięć mil od wsi, w której popasaliśmy, i choć jechaliśmy kłusem, dotarliśmy tam głęboką nocą. Ciszę naruszało tylko monotonne stukanie w deskę, rozlegające się w obszernym obejściu, otoczonym wysokim płotem. To stróż obchodził dom i uderzał czymś w deskę. Brama była otwarta i bez przeszkód wjechaliśmy na podwórze, równe, szerokie, porośnięte trawą. Gdy jednak w ciszy nocnej dał się słyszeć tupot naszych koni, natychmiast otoczyła nas sfora głośno ujadających psów. Mimo to chciałam zsiąść z konia, ale na widok psa niemal wielkości mego konia wskoczyłam na siodło i postanowiłam nie zsiadać choćby do świtu, póki ktoś nie przyjdzie i nie odpędzi atakujących nas zwierząt. Wreszcie pojawił się stróż z kołatką, poznał Wyszomirskiego i niezmiernie się ucieszył. Na jego komendę wszystkie psy pochowały się w swoich budach. Wyszli ludzie, przynieśli ogień, konie nasze zabrali do stajni, a nas proszono, byśmy udali się do ekonoma, gdyż państwo już spali i wszystkie drzwi były zamknięte. Nie wiem jak, ale wieść o przyjeździe Wyszomirskiego przeniknęła przez drzwi i siostra Wyszomirskiego, która spała w pobliżu pokoju ciotki, wstała i przyszła do nas. Było to przepiękne trzynastoletnie dziewczę. Z powagą usiadła naprzeciw brata, powiedziała po polsku: „Jak się masz?!” i ze łzami w oczach zaczęła go obejmować. Nie potrafiłam pojąć tego kontrastu. Podano nam kolację, przyniesiono dywany, poduszki i słomę, żeby przygotować nam nocleg. Panna Wyszomirska sprzeciwiła się, mówiąc, że to zbędne, że niebawem będzie dzień, a brat na pewno nie będzie spać, lecz rozmawiać z nią. Ekonom śmiał się i dawał jej do wyboru: albo wróci do swego pokoju, albo zostanie, by rozmawiać z bratem i spać między nami. Dziewczyna odrzekła: „Wstydźcie się, panie ekonomie!” — ucałowała brata, ukłoniła mi się i odeszła. Nazajutrz wezwano nas na kawę do pana Kunata. Godnie wyglądający polski pan siedział z żoną i synami w starej komnacie tapicerowanej malinową materią, którą obite były również krzesła i kanapy, i ozdobione frędzlami, zapewne niegdyś złotymi, ale teraz wszystko było zmatowiałe i ściemniałe. Komnata była mroczna, lecz twarze gospodarzy ciepłe i dobroduszne. Uściskali swojego krewniaka, grzecznie ukłonili mi się i zaprosili na śniadanie. Cała rodzina bardzo mnie polubiła. Pytali, ile mam lat i skąd pochodzę, a kiedy powiedziałam, że z Syberii, żona Kunata krzyknęła ze zdziwienia i patrzyła na mnie ponownie z zaciekawieniem, jakby mieszkaniec Syberii był postacią nadprzyrodzoną! W całej Polsce jakieś dziwne mają pojęcie o Syberii. Kunat odnalazł na mapie miasto, w którym mieszka mój ojciec [Sarapuł we wiatskiej guberni], i przekonywał, że niesłusznie nazywam się Sybirakiem, że jestem Azjatą. Ujrzałam na stole papier i ołówki, więc poprosiłam, by mi pozwolono coś narysować. „Rzecz jasna, prosimy” — powiedzieli moi gospodarze. Dawno nie zajmowałam się tą rozkoszną sztuką i rada byłam, że mogę coś narysować. Przy tej dobrowolnej pracy spędziłam więcej niż dwie godziny. Narysowałam Andromedę u skały, za co młodzi i starzy Kunatowie obsypali mnie pochwałami. Podziękowałam im za niezasłużone komplementy dla mego miernego talentu. Chciałam ofiarować rysunek pannie Wyszomirskiej, ale pani Kunatowa zabrała mi go, mówiąc: „Niechże pan mnie go podaruje, jeśli panu niepotrzebny, będę mówić wszystkim, że rysował go kawalerzysta urodzony na Syberii!”. Kunat słuchał. „Wybacz, moje złotko, mylisz się — rzekł do żony, taszcząc ogromną mapę do jej stołu — Durow jest Azjatą”.

Nazajutrz pożegnaliśmy się z Kunatami. Odprowadzili nas powozem dziesięć wiorst. „Panie Durow, niech pan narysuje lokalizację naszej wioski — mówiła Kunatowa — to kiedyś przypomni panu ludzi, którzy pana pokochali jak syna”. Odparłam, że i bez tego nigdy ich nie zapomnę. W końcu rozstaliśmy się. Powóz Kunatów zawrócił, a my lekkim galopem ruszyliśmy przed siebie.

(N. Durowa, Kawalerist diewica, Moskwa 1957)

Oczywiście opisana przez Durową wizyta nie odbyła się w Szetejniach, w których Kunatowie pojawili się dopiero w roku 1870. Natomiast Szetejń i dziadka Miłosza dotyczy fragment pamiętników Marii von Bock (1885–1985), córki premiera Imperium Rosyjskiego.

W Kałnoberżach mieliśmy sporo sąsiadów. Do najbliższych należeli Kunatowie. Nasze majątki rozdzielała tylko rzeka Niewiaża, ale jeździć do nich mogliśmy wyłącznie drogą okrężną albo kiedy wyprawiali po nas łódkę.

Majątek Kunatów był niewielki i mieszkali skromnie, ale sam Kunat, człowiek energiczny i pracowity, zbudował w swoim majątku kilka małych zakładów przemysłowych. Wytwarzano tam słomiane kapelusze, koce i pledy. Te ostatnie były szczególnie udane. Zakład ten działał przez wiele lat. Już podczas wojny Kunat pokazał swoje wyroby na jakiejś wystawie w Petersburgu. Wystawę tę odwiedził Najjaśniejszy Pan, a Kunat wręczył mu pled swego wyrobu. Opowiadał nam później, że Najjaśniejszy Pan, wziąwszy z jego rąk prezent, powiedział:

— Jestem panu wdzięczny, właśnie brakuje mi dobrego pledu.

Gdy Najjaśniejszy Pan odjeżdżał z wystawy, Kunat podbiegł do okna i zobaczył, że cesarz okrył kolana jego pledem.

Warsztaty w Szetejniach od początku swego istnienia bardzo zajmowały mego ojca. Oglądał je podczas każdej wizyty, a później już jako minister sprzyjał ich wzrostowi i rozkwitowi.

Jeździliśmy także do Kudrewiczów i Komorowskich. Ich majątki były widoczne z Kałnoberży.

(M. von Bock, Piotr Stołypin. Wospominanija o mojom otce, Moskwa 1992).

Piotr Stołypin, ranny w zamachu, zmarł 18 września 1911 roku, dwa i pół miesiąca po narodzinach Czesława Miłosza.

PIOTR MITZNER

*Najpewniej Józef Wyszomirski, urodzony w Święcianach, zmarły w 1848 roku