PAWEŁ BEM „Lista osobista. Remarque”

 

Trzeba sobie jakoś radzić z geniuszami literatury. Talent wyjęty z historii nie istnieje — potwierdza się jedynie na tle tego, co pod nim, co obok niego. Co ponad? Jak uznane powszechnie arcydzieła ustawiać wobec siebie, jak przyznać im w kanonie należne miejsce, jak obliczyć wagę talentu, porównać nieporównywalne? Hierarchiczne porządkowanie wybitności może mieć sens dla czytelnika dążącego do higieny i jasności umysłu. Wymaga wysiłku — syntezy dzieł poszczególnych twórców. Ponadto taka spekulacja przedłuża żywot geniuszy, wprowadza podniecający ferment.

Wartościującej typologii talentów dokonuje efektownie Rozanow, ważąc na szali geniusz Dostojewskiego i Tołstoja. Natchnione, sięgające obłoków szczyty twórczości Dostojewskiego w całym literackim dorobku pisarza Rozanow szacuje na mniej więcej osiemdziesiąt stron, przy czym osiągają one takie piękno, taką moc, wiarę i zdolność przenikania istoty rzeczy, jakiej próżno szukać w dziele Tołstoja. Ten jest twórcą literatury, powiedziałby Rozanow, jak górzysta kraina, owszem, pełnej wysokich wzniesień, wspaniałej, pozbawionej jednak owych spiczastych szczytów, które dotykają obłoków, a miejscami wznoszą się ponad ich pierzynę. Dostojewski, „pisarz nadobłoczny”, i Tołstoj, geniusz, który nigdy nie wzbił się powyżej arcydzielnych ustępów Wielkiego Inkwizytora.

Aksjologia literacka jest tajemnicą. Kryteria oceny dzieła muszą pozostać nieoczywiste. Bywają arbitralne, czasem irracjonalne. Ich źródło leży niekiedy poza tekstem. Przyznaję się do kilku takich ocen. Na liście autorów, o których dziele myślę z podziwem wynikającym, jak mi się wydaje, nie tylko z ich literackiej wartości, zapisuję nazwisko Ericha Marii Remarque’a. Świadomość losów jego i jego rodziny, trzeba to powiedzieć, rzutuje w moim przypadku na lekturę jego powieści, wypacza ją, rodzi pobłażliwość wobec autora. Tytuły książek Remarque’a budzą moje silne emocje. Gdybym oddzielił kolejne książki od okoliczności ich powstania, a bohaterów od ich rzeczywistych pierwowzorów, nie poświęciłbym zapewne Remarque’owi tyle uwagi. Nie wiem, czy świadczy to źle o dziele pisarza, czy o mnie. Skojarzenie to na ogół prosty mechanizm, poza kontrolą świadomości: Remarque to kobiety, Remarque to pieniądze, Remarque to śmierć.

Zbudowany z dziecięcej samotności, miał typowe kompleksy prowincjusza. Zmianę drugiego imienia, przywrócenie nazwiska francuskich przodków zniemczonego dawno przez rodzinę, zakup tytułu barona za pięćset koron i tym podobne gesty tłumaczę pamięcią ubogich i nieszczęśliwych lat spędzonych w niedużym pruskim miasteczku. Całe dorosłe życie było dla niego poszukiwaniem domu, miłości i pożądanego szyku. W kobietach podniecała go niedostępność. Dla dam, które zdobył, miał nietypowy wyraz szacunku i uznania — impotencję. Świetnie natomiast radził sobie w nowojorskich burdelach.

Zakłamywał historię swoich pisarskich praktyk. Często nie przyznawał się do twórczości poprzedzającej jego najpopularniejszą książkę — Na Zachodzie bez zmian. Twierdził, że powieść tę napisał w ciągu kilku tygodni, włożył do szuflady, a po kilku miesiącach oddał wydawcy, nie wprowadzając żadnych poprawek. W wywiadach przez całe życie budował mit romantycznego uniesienia twórczego, który burzą znane dziś dokumenty: autograf z fragmentami pierwotnej wersji dzieła i maszynopis z licznymi odręcznymi poprawkami autora.

Sukces Remarque’a zbiegł się z sukcesem nazistów, którzy chcieli go wykończyć. Żył w niepewności, z wiecznie spakowaną walizką. Od 1938 roku był oficjalnie bezpaństwowcem. Może Goebbels, niezdolny do służby wojskowej, nienawidził pisarza z powodu jego sprawności? To nie jest nieprawdopodobne. Propaganda nazistowska zrobiła z Remarque’a Żyda, choć był najczystszym Aryjczykiem. Zaprzeczano, że kiedykolwiek był na froncie. Determinacja w niszczeniu Remarque’a nie jest dla mnie do końca zrozumiała. Stara gwardia niemieckich żołnierzy mogła źle przyjąć antywojenną powieść, która nie była peanem na cześć walczących. Nazistom mogło się nie podobać, że książkę wydał Ullstein, a hollywoodzki żydowski Universal wyprodukował ekranizację powieści.

Los siostry Remarque’a jest znany. Przypominam go, bo twierdzę, choć pisarz zapewne nie przyznałby mi racji, że po śmierci stała się najważniejszą kobietą jego życia, jego czarną muzą. Naziści aresztowali ją zamiast niego — miała się o tym dowiedzieć z ust zadowolonego sędziego przed wykonaniem wyroku. Elfriede, po mężu Scholz, pracowała jako krawcowa w Dreźnie. Zadenuncjowały ją dwie kobiety — jej gospodyni, pani Wengel, i klientka, pani Reitzel. Jak twierdziły, rozsiewała defetystyczne plotki, nie miała zamiaru nawrócić się na narodowy socjalizm, życzyła śmierci Führerowi. Za takie nadzieje traciło się życie. Elfriede ścięto w grudniu roku 1943.

W tym czasie Remarque wiódł żywot sybaryty w Los Angeles, był nieprzyzwoicie bogaty. Chodził na wyścigi, dużo pił, dużo flirtował, testował szybkie samochody. Jego bazą, ideą domu, była jednak kupiona w latach trzydziestych Casa Monte Tabor nad jeziorem Maggiore w Porto Ronco, kilka kilometrów od Locarno. Przepiękne miejsce, skąpane w zieleni. Z czasem mieściło imponującą kolekcję impresjonistów, po śmierci pisarza sprzedaną przez żonę, amatorkę błyskotek. Kamienne schody prowadziły z posiadłości prosto do wody. Kobiety kąpały się tu nago, Remarque dyskretnie robił zdjęcia. W cieniu egzotycznych drzew ukrywała się ukochana Puma — szara lancia, kabriolet, prezent od zadowolonego ze sprzedaży wydawcy. Pobliska Ascona była miejscem jego stałych rozrywek.

Śmierć siostry Remarque przepracowywał do końca życia, dręczyły go wyrzuty sumienia. Ślady tragedii łatwo odnaleźć w jego kolejnych książkach opisujących zbrodnie nazistowskie. Pierwsze amerykańskie wydanie Iskry życia, w której pojawia się temat donosicielstwa i ludowy trybunał (ta instytucja zadecydowała o śmierci jego siostry), dedykował Elfriedzie. Wiedział, że to niewiele. Nie widzieli się kilkanaście lat przed jej śmiercią.

Najbardziej, jak wnoszę z listów i jego decyzji życiowych, kochał Marlenę Dietrich. Na zmianę szalał za nią i nią gardził, cierpiał, kiedy zostawiała go w nocy dla swojej kochanki Joe Carstairs. Jego światowość była powierzchowna, nie przestał być chłopakiem z Osnabrück. Obyczajowe wybryki Marleny nie mieściły mu się w głowie. Z masochistyczną satysfakcją znosił jednak kolejne upokorzenia z jej strony, uwiecznił też swoją ukochaną — miło tak myśleć — w Łuku triumfalnym w postaci Joanny Madou.

Pozostał wolny od ideologii, przez lata był też apolityczny. Przyszedł moment — cezurą być może stał się czas, kiedy pracował nad Iskrą życia — w którym zaczął w swoich wypowiedziach otwarcie potępiać politykę niemiecką. Przyznawał jednocześnie, że nie mógłby walczyć przeciwko swojemu krajowi. Bo Niemcy, które tak bardzo go nie chciały, które skazały go na życie banity, pozostały jego krajem. Pozorne sprzeczności.

Nie jestem znawcą twórczości Remarque’a w tym sensie, w jakim znawstwo literatury rozumiał inny niemiecki pisarz, Fryderyk Nietzsche. „Co się na przykład tyczy mego Zaratustry — przekonywał — to nie uważam za jego znawcę nikogo, kogo by każde jego słowo raz kiedyś głęboko nie zraniło i raz kiedyś głęboko nie zachwyciło”. Nie potrafię oddzielić życia Remarque’a od jego literatury, dlatego zapewne zaliczam go do gigantów. Wyobrażam sobie, że od czasu śmierci Elfriede był obciążony nad miarę. Nikt nie jest wolny od nieszczęść i dramatów, ale nie każdy śni o głowie siostry, którą topór, przy akompaniamencie namiętnego heilowania, pozbawił więzów z resztą ciała. A o takie sny podejrzewam Remarque’a.

Gdybym miał wykorzystać obrazowe porównania Rozanowa, powiedziałbym, że dzieło niemieckiego pisarza należy do górzystej krainy reprezentowanej przez Tołstoja. Wyobrażam sobie, że to duży teren i nie wszyscy są tu równi, choć zebranych łączy wysokość maksymalna, której sięgnąć mogą ich talenty. Tak jak autor Anny Kareniny Remarque został obdarowany, dostał to, na co Dostojewski ciężko pracował. Ale nie ma go na mojej liście pisarzy „nadobłocznych”, choć domyślam się, że nie tylko ze względu na doświadczenia życiowe pisarza, znamienne dla XX wieku, Tony Judt w 1995 roku założył przy Uniwersytecie Nowojorskim instytut jego imienia.

Paweł Bem