NINA BERBEROWA / Józef Czapski „Na nieludzkiej ziemi”

Józef Czapski, przed rewolucją student Uniwersytetu Petersburskiego, uczestnik wojny polsko‑sowieckiej 1920 roku, polski pisarz i malarz, który zdążył zyskać wielu przyjaciół pośród rosyjskich emigrantów, człowiek przeniknięty rosyjską kulturą, właśnie opublikował książkę Na nieludzkiej ziemi o swoim pobycie w ZSRS w latach 1939–42.

Gdyby spośród cudzoziemców, a dla nas Czapski niewątpliwie jest cudzoziemcem, trzeba było wybrać kogoś, by wysłać go do Rosji Sowieckiej, aby mógł „wszystko zrozumieć”, to trudno by było znaleźć bardziej odpowiedniego człowieka.

Czapski zjeździł Rosję wszerz i wzdłuż najpierw jako więzień, niewolnik obozów koncentracyjnych, w których byli internowani polscy oficerowie, później jako „wolny” oficer formującej się polskiej armii generała Andersa. Rozmawiał z Rosjanami, od A. N. Tołstoja i Achmatowej począwszy, na bezdomnych dzieciach i enkawudzistach skończywszy. Jednak rozmawiał z nimi nie jak żądny sensacji dziennikarz, nie jak korespondent zagranicznej gazety, lecz tak, jakby był jednym z nas, kimś, kto niespodziewanie znalazł się w kraju. Będąc jednym z nas, jako mieszkaniec Petersburga, Paryża, Warszawy, zobaczył to, czego nie dane było zobaczyć nam. Haniebny odwrót Armii Czerwonej, odparcie jej od brzegów Wołgi, kontruderzenie znad Wołgi, uciekinierów z oblężonego Leningradu i spokojny, zasobny Taszkient… Spotykał ludzi — ukrytych świętych i innych — kanibali i morderców. Taka była Rosja, o której z wielkim talentem opowiedział w swojej książce.

Składa się ona z dwóch części. Pierwszą wypełnia historia poszukiwania piętnastu tysięcy polskich oficerów i zwykłych żołnierzy, towarzyszy Czapskiego, po całej Rosji — od Ziemi Franciszka Józefa aż po Karagandę. Nie odnaleziono ich. Dopiero rok po opuszczeniu Rosji przez Polaków, wiosną 1943 Niemcy odkopali zbiorową mogiłę w Katyniu, a w niej szczątki czterech tysięcy ludzi zamordowanych wiosną roku 1940. Pozostałych jedenaście tysięcy jeszcze w ziemi rosyjskiej nie odnaleziono i wątpliwe, czy kiedykolwiek się ich odnajdzie. Ale i tak wszystko jest jasne. Uratowany cudem Czapski (razem z nim ocalało czterystu, którzy przeszli przez obóz w Griazowcu), na podstawie swoich poszukiwań stwierdza, że Polacy uwięzieni w Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie zostali zgładzeni przez bolszewików pod pretekstem, że „Polska już nie istnieje i nigdy nie będzie istnieć”.

Druga część książki opowiada o niepowodzeniu gen. Andersa w formowaniu polskich pułków na terytorium Sowietów. Stalin nie miał zamiaru ich uzbrajać, a Anglicy wyrazili zgodę na ich uzbrojenie wyłącznie poza granicami ZSRS. Ta druga część opowiada o spotkaniach Czapskiego z mieszkańcami Rosji i Syberii, a także o wyjeździe rozproszonych polskich pułków i uchodźców do Iranu. Tam, w Azji, istnieje ta sama żelazna kurtyna, dlatego Polacy z niepokojem przekraczali granicę rosyjsko‑perską, cierpieli głód, chłód, poniżenie, osamotnienie, umierali. Znaleźli się „na wolności” wśród „życzliwych, współczujących ludzi”… To była Persja!

W wagonach pierwszej i drugiej klasy, na drogach, w kolejkach po chleb i w teatrach, w zrujnowanych cerkwiach i gabinetach władców Rosji Czapski widział wiele rzeczy strasznych i ponurych, rozpaczliwych i smutnych. Trzeba być naprawdę głęboko związanym z rosyjską kulturą i mieć w pamięci Rosjan, żeby wszystko zrozumieć i wiele przebaczyć, żeby w przytłumionych rozmowach dostrzec zastraszonych ludzi, czasami w ich oczach, czasami w gestach, zawsze tę samą pokorę, poświęcenie, łagodność, na które natychmiast reagowało serce Czapskiego, tak bliskiego nam człowieka. To niewiarygodne, ale w przeciwieństwie do innych cudzoziemców, którzy znaleźli się w ZSRS, którzy mieli oparcie w swoich silnych, wolnych i pięknych ojczyznach, Czapski sam czasami bywał zastraszony, pokorny, ofiarny i łagodny — jako polski oficer w ZSRS, którego towarzysze broni bezpowrotnie zaginęli w przestrzeni ogromnego kraju. Oto przed Czapskim stoi Reichman, generał MWD, prawa ręka Berii i Mierkułowa, który na pytanie Czapskiego: „Gdzie jest nasza armia?” — odpowiada: „Nie znam się na tej sprawie. To nie mój dział”. Tymczasem Czapski już wie, że „sprawa” ta przeszła właśnie przez ręce Reichmana, że to on sam zadecydował o losie jedenastu tysięcy Polaków, którzy jesienią 1939 roku pod naporem Niemców wycofali się do wschodniej Polski w podziale przypadłej Stalinowi. Nie wstydząc się swojego poniżenia, Czapski opowiada, jak podczas burzy i wichury biegł po Moskwie, wygrażając pięścią Kremlowi, jak niegdyś biedny Eugeniusz wygrażał Jeźdźcowi Miedzianemu. Tamten podczas ulewy, ten — w zawiei, przedziwnie kojarzącej się z tą, która pojawiła się w Warszawie nad głową Aleksandra Błoka w jego Odwecie… Mierkułow, na ciągle to samo pytanie Czapskiego, odpowiada: „Ach, tamci! Popełniliśmy wobec nich duży błąd”… I w tym momencie Czapski czuje, jak państwo miażdży osobę niczym but — mrówkę.

Łzy, krew, rozstania, straty, syn, który odszedł od matki i już nigdy nie powrócił; mąż na zawsze rozłączony z żoną; przyjaciele, którzy zgubili swoje ślady między Wołogdą a Morzem Aralskim — to dzisiejsza Rosja. „Znana osoba” — A. N. Tołstoj — który odrzuca zaproszenie Czapskiego na herbatę z obawy, żeby nie podpaść MWD; i chłopak polewający trupa Niemca wodą, a potem — z braku sanek — zjeżdżający z górki na tej zamarzniętej kukle — oto dzisiejsza Rosja. Dlatego też można zrozumieć i wybaczyć słowa gen. Andersa, które padają w odpowiedzi na tragiczną skargę Czapskiego: „Co oni zrobili ze wszystkimi naszymi?”. Generał Anders był w tamtym czasie zajęty przeprawą swoich podkomendnych do Iranu, Iraku, Azji i Afryki: „Zapomnijmy o wszystkim… Wybaczmy… Trzeba myśleć o żywych…”.

Wybaczmy? Słowo to padło rok przed odkryciem Katynia.

Ale żołnierze i oficerowie, kobiety i dzieci są już w Meszhedzie. Dwie małe siostrzyczki szepczą do siebie w szpitalnej sali, jedna z nich leży po wypadku ciężarówki. „Kiedy ja znowu wróciłam do przytomności — mówi chora — byłam pewna, że zaraz umrę… Jeszcze zmówiłam «Zdrowaś Maryja»” — i tu jej głos się wzmaga i kończy, chlipiąc, ale w jakimś porywie — „i podziękowałam Panu Bogu, że nie umieram u tych Sowietów”.

Czy można się dziwić, że katolika Czapskiego po dwóch latach spędzonych w ZSRS porusza widok meczetów i zawodzenie muezina? Czapski odwykł od wszystkiego, co w taki lub inny sposób traktuje o tym, co wysokie i wieczne. Czy można się dziwić, że w ostatnim rozdziale swojej książki „zwraca bilet”?

 

NINA BERBEROWA

tłum. Ewangelina Skalińska, Piotr Mitzner