NATHAN ENGLANDER „Reb Kringle”

(„Zeszyty Literackie” nr 132)

Buna Michla wetknęła głowę do sali dla mężczyzn, niepewnie, choć poza jej mężem nikogo tam nie było.

— Itzi — zawołała.

On stał przy arce, wymieniał żarówkę w wiecznym świetle i udawał, że nie słyszy.

— Itzi, tyle dzieci… Pomyśl o nich.

— Ba!

Wkręcał żarówkę przez chusteczkę i wieczne światło błysnęło, po czym zaczęło świecić jak zwykle. Reb Yitzhak starannie poskładał chusteczkę, włożył rękę pod kaftan i włożył chusteczkę do tylnej kieszeni spodni.

— Itzi!

Odwrócił się do żony.

— Mam myśleć o tych dzieciach? A co, to moje dzieci są, wszystkie, że mam się o nie martwić i o ich chciwość?

Buna Michla podeszła do bimy i usiadła w pierwszej z ławek zwróconych na wschód.

— Oczywiście, że nie. Masz się martwić o swoją szuł. Masz się martwić o ratę kredytu, bo zaraz mija termin wpłaty — Buna głęboko zaczerpnęła powietrza. Przyjemnie było rugać tego uparciucha. — Ilu ludzi tu się modli, Yitzeleh? Ile modlitw wznosi się spod tego dachu do nieba?

— Trzydzieści jeden osób modli się tutaj trzy razy dziennie, a ile modlitw dociera do nieba? Tego nie wiem. Gdybym wiedział takie rzeczy, wiedziałbym też, jak lepiej zarobić na czynsz.

— A na dach, pod którym śpimy?

— Tak, Buna. Wiedziałbym również, jak zarobić na nasz dach.

— Jak zarobić, to akurat wiesz. Cztery tygodnie pracy i będziemy mieli co jeść, więc nad czym tu się zastanawiać? Potem całe jedenaście miesięcy nie będziesz musiał się uśmiechać.

Reb Yitzhak zamyślił się nad słowami żony. Co roku odbywali tę samą kłótnię i co roku przegrywał. Gdyby tylko urodził się mądrzejszy — albo ożenił się z prostszą kobietą. Wczepił palce w długą siwą brodę i powoli przeczesał ją aż do postrzępionych końców.

— To grzech, ta praca. — Tylko to przyszło mu na myśl.

— Żaden grzech. Gdzie jest napisane, że zabawa z dziećmi gojów to grzech? Nie ma takiego zakazu, nic nie zabrania się z nimi bawić.

— Bawić! Ty nie widziałaś, jak to wygląda, Buna. Kto widział, nigdy w życiu by tego nie nazwał zabawą. Od czasów Noego świat nie widział tak bezmiernej pazerności.

— Niech ci będzie, że to nie zabawa. Jak chcesz. Ale pójdziesz tam. I będziesz wesoły, będziesz się śmiał jak ojciec panny młodej na weselu, co kogo obchodzi czy szczęśliwy, czy nie.

Reb Yitzhak zdjął kaftan i zszedł do piwnicy, przy każdym kroku wspierając się o poręcz. Był potężnym, brzuchatym mężczyzną i ostatnio dawała mu się we znaki rwa kulszowa. Krzywe drewniane stopnie skrzypiały, gdy schodził w ciemność, gdzie po omacku poszukał wystrzępionego sznurka zapalającego gołą sześćdziesięciowatową żarówkę.

Pod siecią zardzewiałych rur biegnących pod niskim sufitem stał piec olejowy. Za piecem był załom, a za nim wąskie ślepe pomieszczenie na składzik. Było to najmniej uczęszczane miejsce w całym domu, najlepsze do przechowywania naczyń na Święto Paschy, tak aby przez resztę roku nic ich nie zbrukało.

Zdjął pokrowce ochronne z pudeł, na których grubym czarnym pisakiem wypisane było słowo PESACH, po hebrajsku. Nie mógł tych napisów odczytać, bo światło żarówki ledwie docierało do tej części piwnicy. Ale nie musiał dobrze widzieć. To, czego szukał, zawsze rozpoznawał dotykiem. Pudło, które teraz miał znaleźć, było fantazyjne, nie przypominało zwykłych kartonów przynoszonych do domu z zaplecza supermarketu, z wydrukowanymi na bokach nazwami płatków śniadaniowych czy papieru toaletowego — kartonów przeżywających drugie życie. To miało zdejmowaną przykrywkę, jak pudło na kapelusze, tyle że kwadratowe. Było gładkie w dotyku, obite satyną. Tylko musnął je palcami i wiedział, że to ono.

Podnosząc je, Reb Itzik pamiętał o zastosowaniu przyjaznej dla kręgosłupa techniki podnoszenia z prostymi plecami, wyliczając na głos: „Raz, stopy szeroko; dwa, ugnij nogi w kolanach”, dokładnie tak, jak nauczył go doktor Mittleman.

Pokonał schody na górę i skierował się do drzwi wyjściowych, ale zatrzymał się i postawił nieporęczną paczkę na podłodze.

— Jeszcze żetony na metro — powiedział.

— Są na półce w przedpokoju, jak co dzień przez ostatnie czterdzieści lat. — Buna wyszła z kuchni, wycierając ręce w ścierkę, gotowa pokazać temu upartemu osłu, gdzie znajdzie żetony i półkę, a także, jeśli będzie potrzeba, drzwi wyjściowe. — Jak dojść do metra, pamiętasz? — zapytała, tylko czekając, by okazał choć cień oporu. — Czy może chcesz, żebym się ubrała i pojechała z tobą aż do miasta?

Nie, tego Reb Yitzhak zdecydowanie nie chciał.

Włożył kaftan i płaszcz, i podniósłszy satynowe pudło, posłał Bunie Michli głęboko rozpaczliwe spojrzenie, które widywała tylko dwa razy do roku: raz, gdy przychodziła pora wniesienia z piwnicy naczyń na święto Paschy, i drugi raz, od drzwi, gdy na początku przedświątecznej gorączki wychodził do galerii handlowej. Było w tym spojrzeniu tyle smutku, że zrezygnowała z postanowienia, że go nie zbeszta — nie mogła znieść, kiedy pobłażał sobie do takiego stopnia.

— Czy każą ci pracować w szabas? — zapytała. — Czy zmuszają do chodzenia z odkrytą głową, czy nie okazują ci należnego szacunku? — Odemknęła za niego zamek. — Traktują cię jak króla na tronie.

Podniósł pudło i niezgrabnie otworzył drzwi.

— Takiego króla można tylko żałować.

 

Itzik przystanął na chwilę, by złapać oddech, i oparł się o budkę telefoniczną. Ze zdziwieniem zauważył, że drzwi windy towarowej na tyłach galerii otwiera ktoś nowy zamiast Ramireza, który był tam co roku, od samego początku, od dnia, w którym Reb Itzik pojawił się z kartką z pośredniaka w ręku. Był jedynym przyjacielem Itzika w tej pracy i zawsze wypatrywał przybycia „szanownego rabina”. Wobec braku Ramireza, który zawsze żuł cygaro i umiał natychmiast pocieszyć, Itzik poddał się na chwilę niemal całkowitej rozpaczy. Poczuł się opuszczony. Ale przynajmniej jeden z nich uwolnił się od tego miejsca.

Podszedł do windy towarowej, gromiąc wzrokiem jakiegoś gościa z Armii Zbawienia, który dzwonkami o drewnianych rączkach wygrywał bożonarodzeniowe melodie — była to ostatnia tego dnia okazja, by okazać zły humor. Windziarz, młody chłopak, powoli zmierzył Itzika wzrokiem, od butów ortopedycznych w górę, zatrzymując się na długiej białej brodzie. Itzik ani drgnął. Przywykł do tego, był przygotowany na czekające go w najbliższych dniach setki spojrzeń i głupich pytań, na ciągnięcie za brodę i dotykanie lepkimi paluchami po twarzy.

— Które piętro? — zapytał windziarz.

— Siódme — powiedział Reb Itzik.

— Słyszałem o tobie — powiedział windziarz, przesuwając ku tylnej ścianie puste wózki na kubły na śmieci. — To ty jesteś tym świętym Mikołajem rabinem.

— Tak — potwierdził Itzik. — Jestem tym niesławnym Świętym Mikołajem rabim.

Windziarz odkaszlał w zwiniętą pięść.

— O w mordę. A ja myślałem, że sobie jaja ze mnie robią. Że ktoś cię zmyślił.

— Istnieję naprawdę — powiedział Reb Itzik.

— Właśnie widzę. — Windziarz zaczął zamykać drzwi za Itzikiem, ale się zawahał. — A nie wolisz wejść przez komin?

Reb Itzik odwrócił się w stronę ulicy.

— Mój przyjaciel Ramirez znudził się takimi żartami, kiedy tyś jeszcze nie odrósł od ziemi na tyle, żeby dosięgnąć przycisków w tej windzie.

 

Aniołki były na swoich miejscach, rozmieszczone co kilka stóp w olbrzymiej sali i dalej, przy kolejce dzieci, która ciągnęła się na korytarz, mijała maleńką kawiarnię, zawijała się za windami osobowymi i kończyła na schodach w dół, na szóste piętro. Salę zdobiły mrugające lampki i sztuczne choinki, puste dekoracyjne pudła obwiązane kolorowymi kokardami oraz gigantyczne sople z papieru udające cukierki, które każde ciekawskie dziecko ukradkiem liznęło, zbierając zarazki poprzedników. Aniołki stały także po obu stronach Itzika. Jedna z dziewcząt — ponura, umięśniona karlica — miała na nogach wojskowe buciory, przez co wyglądała, jakby ruszała na front. Druga mogłaby być jej bliźniaczką. Na nogach miała co prawda zwykłe czarne buty z cholewami, ale przyjęła identyczną czujną postawę paramilitarną.

Siadając w fotelu, kładąc ręce na złotych podłokietnikach i opierając się o obite pluszem oparcie, Itzik musiał przyznać, że Buna miała rację. Górując nad setkami pełnych uwielbienia buzi i mając na każde swoje skinienie trzydziestoosobową drużynę, rzeczywiście mógł sprawiać wrażenie króla na tronie.

Ustalił z góry z przybocznymi aniołkami, żeby to one życzyły dzieciom Wesołych Świąt. Nie był jednym z tych prowincjuszy, którzy nigdy nie przeszli przez most z Royal Hills i których stopa w życiu nie postała na Manhattanie, prostaczkiem, który nigdy nie miał do czynienia ze światem świeckich — przecież nie pierwszy raz włożył ten strój i doskonale wiedział, że dzięki tym świętom ma co jeść. Jednak mimo upływu tylu lat słowa „Wesołych Świąt” w odniesieniu do Bożego Narodzenia brzmiały w jego uszach obscenicznie.

Pierwszym dzieckiem w kolejce była podekscytowana dziewczynka. Na tyle mała, że przyszła po to, żeby zobaczyć Świętego Mikołaja, dać mu się uszczypnąć w policzek i zrobić sobie z nim zdjęcie, które trafi na drzwi lodówki — jeszcze nie pazerne monstrum z listą żądań, które dostałoby ataku szału, gdyby Mikołaj nie obiecał spełnić wszystkich jego próśb.

Itzik wszedł w rolę i skinął głową aniołkowi trzymającemu straż przy szkarłatnym kordonie, za którym zaczynała się kolejka. Dziewczynka ruszyła na niego jak byk wypuszczony na arenę, a za nią matka, która mimo to popychała ją do przodu. Olbrzymi tłum przybliżył się o krok, najpierw czoło kolejki, a potem dalsza jej część, w niekończącej się meksykańskiej fali.

— Ho, ho, ho! — zakrzyknął Itzik, przytrzymując dziewczynkę, którą posadzono mu na kolanie.

Mała rozpromieniła się jak należy, pławiąc się w świetle błyskających fleszy i w chwale adresatki pierwszego „ho, ho, ho” w tym roku.

— Jak ci na imię?

— Emily. Napisałam do ciebie list.

— A, tak, oczywiście. List od Emily. — Itzik postukał butem o podium. — Ale przypomnij no staremu Mikołajowi: czy byłaś grzeczna?

 

Dwadzieścia minut przed przerwą na lunch Itzik czuł, że jego dusza cierpi katusze, jakby Bóg w wystawianiu człowieka na próbę posunął się aż do sadyzmu. Obie nogawki spodni miał mokre od wypadków, które przydarzyły się dzieciom okazującym ekscytację jak szczeniaki. Rwa w tyle uda bolała tak, jakby po nerwie w stanie zapalnym szorowało tłuczone szkło. Jeden chłopiec — mały nazista — wyciągnął znienacka dziecinne nożyczki i zaatakował jego brodę.

Aniołek posadził Itzikowi na lewym kolanie kędzierzawego urwisa, którego dolna warga drżała, wskazując, że silnik maszyny do płaczu już się grzeje.

— Nie płacz, mały. Powiedz, gdzie masz mamę.

— Czeka na mnie przy stoisku Lancôme — powiedział. — Robi sobie twarz — dodał po chwili.

— Robi sobie twarz? — powtórzył Itzik.

— Yhm.

— Nu, a ty? Byłeś grzeczny przez cały rok?

Chłopiec pokiwał głową.

— Zapłaciłeś podatki, i federalne, i stanowe?

Chłopiec pokręcił głową, że nie.

— Mam miękkie serce, mogę ci to wybaczyć — powiedział Itzik. — Ale Święty Mikołaj to nie urząd skarbowy.

Chłopiec się nie roześmiał. Aniołki też nie. Ta w wojskowych butach wręcz prychnęła.

Reb Itzik pogładził się po brodzie i wyprostował wolną nogę.

— Co chciałbyś ode mnie dostać? — zapytał.

— Rower górski — powiedział chłopiec.

— I?

— Figurki Force Five Action.

— I?

Doom — Return of the Deathbot, Man Eater, Stop that Plague i All Star Eye on the Prize Gary’ego Barry, wszystkie na CD.

— I co jeszcze? — Nie licząc ckliwych głuptasków wyrażających życzenia o pokój na świecie, ten młody człowiek zapowiadał się na petenta, który zajmie najmniej czasu. — No, nie wstydź się — zachęcił go Itzik. Dolna warga znów zaczęła drżeć i Itzik wiedział, że jeśli zaraz nie wydobędzie z chłopca tego ostatniego życzenia, będzie płacz. — Powiedz.

— Menorę — wykrztusił chłopiec i łzy mimo wszystko pociekły mu po policzkach, lecz zaraz ustały, co było pięknym świadectwem siły charakteru.

Z kolei Święty Mikołaj, który najpierw osłupiał, a potem gorączkowo usiłował sobie przypomnieć zabawkę o takiej nazwie, o mało nie wpadł w furię.

— Co takiego? — wykrzyknął, zdecydowanie za głośno. A zaraz potem, miłym, ciepłym tonem, grając rolę pana Kringle: — Co mówiłeś, że chciałbyś dostać?

— Menorę.

— A po co grzecznemu małemu chrześcijaninowi menora?

— Nie jestem chrześcijaninem, tylko żydem. Mój nowy tata mówi, że będziemy mieli prawdziwe święta, choinkę i żadnych świeczek, a to nie fair, bo poprzedni tata pozwolił mi mieć menorę, chociaż nie był żydem.

— A dlaczego nowy tata nie pozwoli ci zapalić świeczek?

— Bo mówi, że w tym roku nie będzie Chanuki.

Itzik aż się zachłysnął, na co chłopiec uderzył w ryk.

— Nie płacz, mały. Już dobrze. Święty Mikołaj ci pomoże. — Sięgnąwszy ręką do tylnej kieszeni, co wymagało chwili wiercenia się na fotelu, Itzik wydobył czystą chusteczkę. — Dmuchaj — polecił, przytykając chłopcu chustkę do nosa, a on porządnie dmuchnął. — Słuchaj, o nic się nie martw. Jak powiesz Mikołajowi, że chcesz mieć Chanukę, to będziesz miał Chanukę. — Starał się mówić pogodnym tonem, ale czuł, że w jego głosie grzechocze powściągana wściekłość. — Powiedz, na jaki adres, a osobiście przyniosę ci świece.

Chłopiec nieco się uspokoił, ale nie odpowiadał.

— No, to dokąd mam je dostarczyć? Upper West Side? Upper East Side? — próbował zgadnąć Święty Mikołaj.

— Nie — pisnął chłopiec przez ściśnięte gardło.

— Mam nadzieję, że nie do Village.

— Na święta jedziemy do Vermont. Musimy jechać tak daleko, żeby iść do kościoła jego głupich rodziców.

W tej sekundzie Itzik zrozumiał, w gasnącym już przebłysku absolutnej jasności, że cała ta farsa ze Świętym Mikołajem wreszcie dobiegła końca.

— Do kościoła! — ryknął. — To kościół będzie, a nie będzie Chanuki! — podniósł chłopca z kolana i wstał. Trzymając dziecko pod pachą, trząsł się z oburzenia. Aniołek w butach z cholewami przejął chłopca i postawił na ziemi, a Itzik znów krzyknął: — Nie będzie Chanuki!

To Buna by zrozumiała — gdyby słyszała tę rozmowę, zrozumiałaby, dlaczego cały ten cyrk: i sama robota, i strój, i teraz śmiech, był grzechem. To było bluźnierstwo! Potem wrzasnął, głośno i przeciągle, ze względu na zdrętwiałe nogi i rwę, bo nerw jakby został naciągnięty i puszczony, niczym cięciwa przy strzale z łuku.

— Gdzie jego matka? — zakrzyknął nad głowami tłumu. Złapał chłopca i podniósł go jedną ręką, narażając nerw na dodatkowe nadwyrężenie. — Gdzie jego ojciec? — pytał, a chłopiec dyndał mu w zagłębieniu łokcia jak damska torebka. Itzik pragnął, żeby ten Grinch w ludzkiej postaci zjawił się tu teraz, stanął przed nim jak przed sądem.

Chłopiec wywinął się z uścisku. Wyjął z kieszeni telefon komórkowy i zadzwonił do matki, na parter.

Itzik, otrząsnąwszy się na widok telefonu, poczuł się winny, że wystraszył dziecko. Wciąż buzowała w nim wściekłość, ale czuł również wstyd. Spojrzał na tłum klientek przybyłych do galerii na przedświąteczne zakupy i zaskoczonych brzdąców i odkrył, że wszyscy mu się przyglądają. Szukając jakiejś przyjaznej, spokojnej twarzy, nie znalazł ani jednej. Wiedział, że przekroczył granice przyzwoitości i że dawno minął moment, w którym mógł wrócić na tron i skinieniem głowy dać znak aniołkowi w wojskowych butach, żeby pozwolił podejść następnemu dziecku w kolejce. Złapał swoją mikołajową czapkę za pompon i zerwał z głowy, odsłaniając dużą czarną jarmułkę.

— To nie jest odpowiednie zajęcie dla żyda! — zawołał głosem dobywającym się z głębi pokaźnego brzucha.

Jakaś pani stojąca mniej więcej na środku sali zemdlała, nie puszczając jednak ręki zawodzącej wniebogłosy córki. Upadła na gruby ozdobny sznur, przewracając utrzymujące go metalowe słupki i potęgując panikę mocno już podminowanego tłumu. Ludzie wywracali aluminiowe choinki i gigantyczne lizaki. Aniołki dały nogę, z krzykiem i przekleństwami — półdniowe szkolenie nie przygotowało ich na tego rodzaju zajście. Jeden z nich, przebrany za aniołka ochroniarz, przyciągnął do ust czubek skrzydła, w którym miał ukryty mikrofon i mówił coś do niego wściekłym szeptem, co poskutkowało pojawieniem się dwóch kolejnych aniołków. Jeden był czarnoskórym olbrzymem, drugi — niższy, bardziej krępy i biały jak sztuczny śnieg.

We dwóch unieszkodliwili Świętego Mikołaja, żydowskiego mistyfikatora, którego galeria nie zwolniła dotychczas wyłącznie ze strachu. Pal sześć autentyczną brodę, to był fatalny pomysł od samego początku, od momentu zatrudnienia rabina. Pozbyliby się go z wielką chęcią, zwolniliby go już dziesięć razy, gdyby nie to, że kierownictwo miało związane ręce. Nie dalej jak we wrześniu galeria wypłaciła odszkodowanie w wysokości prawie dwóch i pół miliona dolarów za wylanie Świętego Mikołaja nosiciela HIV, nie miała więc już ani centa na Świętego Mikołaja rabina czy Świętego Mikołaja hinduskiego guru; nie miała też pojęcia, co począć z ubiegającą się już trzeci raz o zatrudnienie na stanowisku Mikołaja kobietą, która tym razem przekazała podanie o pracę przez prawnika.

Gdy ochrona wyprowadzała Itzika, przez boczne drzwi wepchnięto na salę kogoś na zastępstwo, z niedojedzoną kanapką z tuńczykiem w ręku. Przez chaos, który jeszcze niedawno był kolejką, przedzierała się matka chłopca, który wypowiedział swoje życzenia jako ostatni. Torując sobie przejście torbami na zakupy jak toporem, powoli zbliżała się do syna. Wołała go po imieniu z siłą przerażonego rodzica, tak głośno, że przekrzykiwała odbijającą się echem histerię tłumu, aż Itzik usłyszał wołanie i wiedział, czyj to głos. Dotarłszy do syna, pogłaskała go po głowie, a widząc, że tron jest pusty, a latorośl cała na ciele, zadała pytanie, na które odpowiedzi boi się każda matka.

— Matthew, skarbie, powiedz mamusi prawdę. Czy Święty Mikołaj cię dotykał?

 

Zatrzymali go w magazynie, sadzając na krześle, które nie było ani złocone, ani wygodne. Stało na skrawku pustej podłogi otoczonym wieżami z kartonów, które wyglądały na bardziej chybotliwe niż mury Jerycha przy szóstym szturmie Jozuego. Itzik siedział w rozpiętym kostiumie, końcówki paska z lakierowanej skóry zwieszały się swobodnie razem z cicit tałesu. Rozgoryczony blady aniołek ochroniarz łajał go za brak profesjonalizmu w wykonywaniu obowiązków służbowych, mówiąc, że jest gorszy od Świętych Mikołajów na ulicach, od których zalatuje winem — jest karykaturą dobrotliwego siwego starca w czerwonym stroju.

— Lepsze to niż co wieczór odwieszać brodę na hak — odparł Itzik.

Razem czekali na przybycie szefa Świętych Mikołajów.

Reb Itzik zdziwił się na jego widok równie mocno, jak dzieci na widok jego, Itzika, gdy pokazał swoje prawdziwe oblicze — mocarz zawiadujący tym świątecznym imperium nie był bowiem gruby ani siwy, ani wesoły, nie był nawet mężczyzną, tylko drobną kobietą o wąskich ustach, bez śladu brzucha, który mógłby się trząść ze śmiechu, o stopach, które najwyraźniej nigdy nie nosiły buciorów o zakrzywionych noskach.

Kobieta podała mu kopertę.

— Wypłata. — Po chwili dodała, z ustami tak pobielałymi z napięcia, że jej twarz poniżej nosa wyglądała jak jednolita płaszczyzna: — Jesteś zakałą tej profesji! Jeśli chodzi o naszą galerię, a także o sto sześć naszych filii zamiejscowych, nie jesteś już Świętym Mikołajem.

Ba, kiedy to nie takie proste, chciałby jej powiedzieć. Składać obietnice, których nie trzeba potem dotrzymać — to jest prosta sprawa. Wierzyć każdemu dziecku, które mówi, że zawsze było grzeczne, też można bez większego wysiłku. Ale powiedzieć mężczyźnie w czerwonym kostiumie — jedynym w całym gronie zatrudnionych, który ma prawdziwy brzuch, jedynym, którego broda nie jest doklejona — że nie jest Świętym Mikołajem, o, to coś zupełnie innego. O tym nie była władna decydować ta kobieta o wąskich ustach; ani on, Reb Yitzhak z Royal Hills na Brooklynie. Jedną jedyną osobą, która mogła o tym stanowić, była Buna Michla, a ona powiedziała, że Itzik ma przepracować cały sezon. Taka była prawda, o czym doskonale wiedział, podobnie jak wiedział, że bez względu na rwę wiosną znów będzie wnosił z piwnicy naczynia na święto Paschy.

Zjeżdżając windą towarową, Itzik zastanawiał się, co by było gorsze. Obite satyną pudełko oparł o pusty stojak na ubrania, na którym nagie wieszaki stukotały o siebie jak kości. Wyobraził sobie, że nazajutrz rano wraca tu metrem z przeprosinami, które przygotował pod dyktando Buny Michli, a potem, że przeprosiny nie zostały przyjęte i pod nadzorem żony szoruje ławki w szuł, ubrany w kostium Świętego Mikołaja. Już ona tego dopilnuje, bez dwóch zdań. Itzik miał być Świętym Mikołajem do końca sezonu, więc będzie Świętym Mikołajem, czy utrzyma się na tronie, czy nie.

 

NATHAN ENGLANDER

tłum. Agnieszka Pokojska

© 2012 by Nathan Englander