Na granicy. Rozmowa z WIKTAREM MARCINOWICZEM

WIKTAR MARCINOWICZ – ur. 1977, prozaik i publicysta białoruski. Autor pięciu powieści, w tym Mowy, której fragment ogłosiliśmy  w „Zeszytach Literackich” nr 140.

 

ROBERT PAPIESKI: Co pan robił przed ogłoszeniem „Mowy”?

WIKTAR MARCINOWICZ: W 2009 roku, będąc redaktorem stosunkowo neutralnego tygodnika, wydałem powieść Paranoja, która radykalnie odmieniła moje życie. O ile przed publikacją Paranoi w rosyjskim wydawnictwie AST miałem jeszcze jakieś szanse nostryfikować doktorat o Chagallu, który obroniłem w Wilnie w 2008 roku, i otrzymać stanowisko docenta na jakiejś białoruskiej wyższej uczelni, o tyle po ogłoszeniu powieści i po objęciu jej — do dziś dla mnie niezrozumiałym! — zakazem, przypadła mi w udziale rola niepożądanego bohatera. Przestano mnie zapraszać do telewizji, zniknąłem z państwowych gazet, krótko mówiąc, ukarano mnie ciszą. Na półki państwowych księgarń — a duża część rynku księgarskiego na Białorusi jeszcze do niedawna była zmonopolizowana przez państwo — wróciłem w 2013 roku ze swoją trzecią powieścią Sfagnum, w której, pomijając postać komicznego majora milicji Wychucholewa, nie było drażliwych tematów polityki i władzy. Historia trzech głupków na białoruskich peryferiach nieoczekiwanie mnie „zalegalizowała”. I choć w państwowych gazetach i telewizji nie ma mnie aż do teraz, po dwóch dodrukach powieść stała się wielkim — jak na skromny białoruski rynek — bestsellerem, na dodatek napisanym w ojczystym języku. Rok później powstała Mowa — najlepsza z moich dotychczasowych książek.

R. P.: Jaka jest główna idea tej powieści?

W. M.: Mowa jest odą na cześć języka. Nie na cześć języka białoruskiego jako takiego, lecz na cześć języka w ogóle, na cześć wspaniałej językowej różnorodności, która występuje w Europie i poza jej granicami. Już teraz odnosi się wrażenie, że angielski stanowi swego rodzaju nową łacinę, wypierając i zastępując liczne języki lokalne (o tym, co się dzieje w mojej ojczystej Białorusi z językiem rosyjskim, który niejako „gentryfikuje” kulturę i przetwarza ją zgodnie „z wielkim dyskursem rosyjskim”, nie będę nawet wspominał, temat jest bowiem obszerny i bolesny). Mowa pod względem formy jest swoistym polem bitwy, tyle że strzelanina i wybuchy wydarzają się z powodu Szekspira, mówiąc ściślej: z powodu trudno dostępnego przekładu Szekspira; mówiąc najściślej: z powodu nieużywanych już i zapomnianych słów, które widnieją w tym przekładzie.

R. P.: Ważną rolę w pana powieści odgrywa Warszawa. Dlaczego akurat to miasto wybrał pan na miejsce akcji?

W. M.: Warszawa stanowi swoisty symbol Zachodu dla sportretowanego przeze mnie z dużą dozą ironii Barygi, który w Warszawie kupuje zakazane w Mińsku zwitki papieru. W Warszawie panuje wolność i rozbuchana konsumpcja; na osobną wzmiankę zasługują świątynie‑butiki, których koncepcję nosiłem w sobie bardzo długo. Sama idea nawiedziła mnie pewnego razu podczas spaceru po Złotych Tarasach — galerii handlowej przy Dworcu Centralnym. Bohater niczego nie wie o Warszawie, jakby nie znał z własnego doświadczenia Europy i Polski. Umie jedynie bezmyślnie powtarzać propagandowe szablony o biedzie, imigrantach, braku porządku. Wydawało mi się czymś ważnym ukazanie śmieszności ludzi, których przybywa w świecie rosyjskojęzycznym; taką właśnie funkcję pełni jeden z bohaterów Mowy: jest obiektem śmiechu.

R. P.: Czy uczynienie poezji narkotykiem jest pomysłem czysto literackim, czy może uważa pan, że w ogóle język, literatura są swoistym narkotykiem i oprócz wielu innych pełnią także funkcję odurzającą?

W. M.: „Czysta świadomość” jest nieosiągalna. Jeśli nawet poprzestaniemy na piciu kawy i herbaty, to mimo wszystko będziemy odczuwać wpływy filmów, które widzieliśmy, gier, w które gramy. Oczywiście literatura jest najsilniejszym ze wszystkich kulturowych narkotyków, gdyż daje kopa dużo mocniej i trzyma znacznie dłużej niż kino. To narkotyk, którego działanie czuje się bardzo długo po zażyciu najbardziej niesubstancjalnej substancji — jak określają w powieści mowę narkomani. Chcę zarazem podkreślić, że kształtując relację dealer–narkoman, trochę stroiłem sobie żarty z całego współczesnego społeczeństwa, które instrumentalizuje najważniejsze uczucia i relacje. Nawet przyjaźń stała się teraz czymś w rodzaju związku narkomana z dealerem. Zwykliśmy płacić nawet tam, gdzie nie oczekują od nas pieniędzy.

R. P.: Pańska powieść to swoista antyutopia. Czy pisząc ją, inspirował się pan którąś z klasycznych książek tego typu, np. „My” Zamiatina, „Nowy wspaniały świat” Huxleya, „1984” Orwella?

W. M.: Czytałem rzecz jasna te trzy powieści. Znaczny wpływ wywarł na mnie Huxley, którego książka obfituje w idee utopijne. Ale ograniczę się do rzeczy najważniejszej: wydaje mi się, że żyjemy w świecie, w którym w ogóle nie trzeba zaglądać do książek po to, żeby zobaczyć antyutopię. Materiału dostarczają nam teraz wiadomości telewizyjne. Świat totalnej kontroli jest już tutaj — i nie tylko po tej stronie dawnej granicy Układu Warszawskiego. Niektóre cechy działania administracji amerykańskiej przerażają mnie czasami nie mniej niż Putin.

R. P.: Czy zagrożenie, o którym pisze pan w swojej powieści, dotyczy tylko Białorusi czy też obejmuje także inne kraje europejskie?

W. M.: Z jednej strony jest to utwór o śmierci Białorusi, która stanowi północno‑zachodni skrawek Imperium Rosyjsko‑Chińskiego. Z drugiej — jest to tekst o przymusowej śmierci języka. I o ile Europa może być spokojna o swoje terytorium (chociaż nowa wojna światowa już jak gdyby się zaczęła i sądzę, że w jej ramach Putin ośmieli się pójść na Zachód, za Białystok), o tyle kulturalny dramat ukazany w Mowie może być Europejczykom bardzo bliski. Globalizacja zabija małe kultury. Jej dobrą stroną jest to, że można swobodnie podróżować; złą — na przykład to, że Karaimi w litewskich Trokach szybko mogą przekształcić się w atrakcję dla turystów.

R. P.: Jak przyjęto „Mowę” na Białorusi?

W. M.: Pierwszy nakład sprzedaliśmy w ciągu tygodnia, drugi po miesiącu, po trzech miesiącach wydaliśmy książkę ponownie z nową okładką i z ilustracjami. Do tej pory przechowuję podkoszulek z tytułowymi hieroglifami „mo” i „wa”, które wyprodukowali entuzjaści książki w dowód sympatii zarówno do języka, jak i do powieści, która o języku opowiada. Nie obeszło się bez dziwnych zdarzeń: w Grodnie cofnięto nam pozwolenie na występ w bibliotece publicznej; kiedy tamtejszy ksiądz zaprosił nas do kościoła grecko‑unickiego, po dziesięciu minutach od rozpoczęcia występu przyszły do kościoła milicja i KGB. Powiedziano nam, że pomieszczenie nie jest dostosowane do masowych imprez i na czytanie książek musimy dostać pozwolenie w grodzieńskim Miejskim Komitecie Wykonawczym. Mój wydawca został wpisany do protokołu, a potem wezwany do sądu i ukarany; musiał zapłacić grzywnę za wydanie Mowy. Ale to było jedyne takie kuriozum związane z tą powieścią.

R. P.: Co takiego jest w kulturze białoruskiej, co wyróżnia ją spośród innych?

W. M.: Moim zdaniem kultura białoruska jest kulturą granicy. Przywołam tu — dla uzasadnienia tej myśli — Sergiusza Piaseckiego, który początkowo był bandytą i przemytnikiem, ale w więzieniu opanował biegle język polski dzięki opasłym czasopismom literackim, które mu pozwalano prenumerować, i napisał historię swojego życia. Zatytułował tę książkę Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy. Została w niej uchwycona niezwykle ważna prawda o Białorusinach: jesteśmy narodem, który nieustannie żyje z granicy. Piasecki żył z przemycania kobiecych grzebieni, pończoch i szminek na terytorium Związku Sowieckiego, gdzie tego wszystkiego nie było. W zamian dostawał dolary i złoto. Jego biznes kwitł dzięki różnicy między dwoma światami: totalitarnym, biednym Wschodem i bogatym Zachodem. Dzisiaj naszym zadaniem jest tranzyt dyskursów, przemyt sensów, zbliżenie do siebie dwóch ogromnych bastionów, na granicy których lada chwila może znów stanąć mur.

R. P.: Których polskich pisarzy ceni pan najbardziej?

W. M.: Tkwiący we mnie intelektualista rozkoszuje się Adamem Mickiewiczem, przycupnięty we mnie nastolatek zachwyca się Henrykiem Sienkiewiczem, ale gdyby przyszło mi mówić o prawdziwym stanie upojenia, wymieniłbym Stanisława Lema. Jego krótka powieść Solaris to jedna z najważniejszych wypowiedzi o miłości w XX wieku.

R. P.: Jakie są pana najbliższe plany?

W. M.: Jesienią przyszłego roku wyjdzie w Niemczech moja szósta powieść — Rewolucja. Akcja toczy się w trochę nostalgicznej Moskwie złotej ery, w Moskwie wysokich cen ropy naftowej, w Moskwie pierwszych lat XXI wieku. Głównym bohaterem jest młody gastarbeiter, pracownik umysłowy, który wpada w sidła układu korupcyjnego i stopniowo zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, czym jest władza.

z WIKTAREM MARCINOWICZEM

rozmawiał ROBERT PAPIESKI

tłum. Robert Papieski

Rozmowa  z „Zeszytów Literackich” nr 140. W numerze ukazał się także fragment powieści Wiktara Marcinowicza Mowa.