MICHAŁ SZYMAŃSKI / Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”

Monika Sznajderman, „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”. Wołowiec, Czarne, 2016.

W Fałszerzach pieprzu Monika Sznajderman opowiada rodzinne historie toczące się w dwóch pozornie sobie bliskich, a w rzeczywistości całkowicie odrębnych światach. Trudno o większy i bardziej porażający kontrast niż ten, jaki ujawnia się w zestawieniu losów żydowskiej rodziny ojca autorki, niemal całkowicie zgładzonej w Holocauście, z historią polskich ziemian i inteligentów, wśród których dorastała jej matka. Przewracasz stronę i nagle z przedwojennych miasteczek i pensjonatów, z wojennych gett i obozów trafiasz do odwiecznie polskiego dworu, wręcz karykaturalnego w swojej kulturowej i literackiej typowości. Druga część Fałszerzy jest przykładem literatury obyczajowo‑ziemiańskiej podważanej oskarżeniami o obojętność wobec żydowskich sąsiadów i współobywateli, o bezczynność i polityczną ślepotę. Jako taka szybko ulatuje z pamięci razem z nazwami posiadłości, imionami ekscentrycznych ciotek i wujów. Natomiast część pierwsza to arcydzieło napisane w stylu godnym Rolanda Barthesa.

Śmierć przemysłowa i odczłowieczona, śmierć w epoce pieców, śmierć, która przerwie życie dziesięcioletniego Alusia, nieśmiałego Selima, żywiołowej Amelii, Ignacego, Natana… od pierwszych zdań jest obecna w tej opowieści, przepala i nicuje nawet pozornie beztroskie fragmenty. Sznajderman próbuje przed nią uciec, odskoczyć w stronę radosnych chwil zatrzymanych na fotografiach, w stronę ocalonego ojca, który jest milczącym adresatem książki. Kilkadziesiąt przedwojennych zdjęć cudem zachowanych w zbiorach amerykańskich krewnych to właściwie wszystko, co pozostało z dzieciństwa Marka Sznajdermana, w sierpniu 1939 dwunastoletniego syna Ignacego i Amelii z Rozenbergów, brata i wnuka, w maju 1945 — osamotnionego sieroty. To dla niego i w jego imieniu córka po przeszło osiemdziesięciu latach rozciąga unieruchomione chwile, wnika w nie tak głęboko i intensywnie, jak tylko się da. Język wyodrębnia gesty i czułe spojrzenia. Wypełnia puste miejsca, owija się wokół drobiazgów. Nazywając, wzmacnia ich widmowe istnienie: „Na nocnym stoliku obok białej filiżanki leży rogalik na białym talerzyku, zegarek i gazeta”, „Pod ławką leży porzucona dziecięca łopatka. Macie identyczne koszulki w paski i identyczne ślady po sandałkach na opalonych bosych stopach”. Język sprawia, że da się dłużej współbyć z widmami bliskich. Na jednym ze zdjęć Selim Rozenberg czyta przy stole gazetę, w dużym powiększeniu widać wyraźnie, że jest to „Nasz Przegląd” z 3 września 1930 roku. Który artykuł przykuł jego uwagę? „Przeglądam ją, próbując sobie to wyobrazić. To mój sposób na przywołanie ich do życia lub wejście w ich świat, jedyny, jaki mam”. Z tych drobin i okruchów, z artykułów i ogłoszeń wyszperanych w starych gazetach, z książek adresowych i telefonicznych, repertuarów kin i prognoz pogody wyłania się odległy zarys i poblask świata Sznajdermanów, Rozenbergów, Flamenbaumów żyjących w Warszawie, Miedzeszynie, Radomiu. Zarys i poblask zamiast dobrze oświetlonego kształtu, gdyż autorka doskonale zdaje sobie sprawę, że epickie i sentymentalne gesty stanowią niedopuszczalne nadużycie wobec świata, po którym zostały polany zarośnięte trawą i puste place zalane asfaltem. Po tym, co wydarzyło się w latach 1939–45, nie można poddawać się porywom wyobraźni. Dlatego niemal każde zdanie Fałszerzy przypomina oszlifowaną drobinę szkła.

„Tak więc zmarli powracają” oznajmia motto rozdziału zatytułowanego Pensjonat pamięci. Zdanie to pochodzi z opowiadania Dr Henry Selwyn otwierającego tom Wyjechali W. G. Sebalda: „Tak więc zmarli powracają. Czasem po dobrych siedemdziesięciu latach wychodzą z lodu i leżą na skraju moreny, kupka wypolerowanych kości i para podkutych butów”. Realne powroty dokonują się w języku i opowiadanie Sebalda, mimo że kończy się wydobyciem z lodowca szczątków zaginionego podróżnika, jest precyzyjnym mechanizmem przywracającym widmo innej osoby, Herscha Seweryna vel Henry Selwyna, który po wielu latach samotnego życia na wygnaniu strzelił sobie z dubeltówki w głowę, zadając tym samym śmierć nawiedzającym go obrazom z dzieciństwa spędzonego pod Grodnem. Język musi jednak spełnić wiele warunków, aby stać się wehikułem powrotu. Przede wszystkim nie może być politycznie zideologizowany, estetycznie czy naukowo wyżyłowany, musi, mówiąc obrazowo, przylepiać się do śladów pozostawionych przez zmarłych, nie odpuszczać materii, grzęznąć w niej i w kontakcie z nią szukać drogi do częściowego — inne nie jest osiągalne — uobecnienia. Najmniejszy fałszywy ton skazuje przedsięwzięcie na porażkę. Taki jest język Sebalda i taka jest struktura jego powieści, w których spokojny dukt tekstu przerywają zdjęcia, rękopisy, odbitki artykułów. I taki jest język Fałszerzy pieprzu — ostrożny, fragmentaryczny, naznaczony Zagładą i jednocześnie otwierający w sobie przestrzeń dla wyrażenia najprostszych uczuć, dla odnalezienia i nazwania jakiejś trudnej nadziei. „Czy możliwie jest prawdziwe ocalenie z Holocaustu? Dostępne świadectwa zdają się temu przeczyć. Pozostaje mi tylko ratująca, zbawienna wiara, że jesteś wyjątkiem. Że tobie jednemu się udało”.

MICHAŁ SZYMAŃSKI