MARIUSZ WILK „Z ruskiej półki: Aleksijewicz i Pomerantsev”

Znajomi pytają, czy moja decyzja zatrzymania się w Neapolu na dłużej oznacza zerwanie z Rosją i zaniechanie rusycyzmów w dzienniku. Bynajmniej, ani z Rosją nie zamierzam zrywać, ani od rosyjskich wątków się odżegnywać… Postanowiłem po prostu na jakiś czas z Rossiji się wydalić, bo z wydalenia mniej widać i, co za tym idzie, wyraźniej. Z bliska zbyt wiele szczegółów wyłazi, one obraz mocno zamętniają, natomiast z dali obraz się wyklarowuje, znika to, co nieistotne lub drugorzędne, a zostaje istotne i samobytne. Nie bez kozery jednym z najcelniejszych komentatorów Rosji był Gustaw Herling‑Grudziński, patrzący na nią z neapolitańskiego dystansu. Doświadczenie Rosji, które zdobył podczas pobytu w sowieckim łagrze, pozwalało mu weryfikować doniesienia stamtąd, dystans odsiewał z tych doniesień plewy. Ja w łagrze nie siedziałem, lecz żyjąc dwadzieścia pięć lat w Rosji, też nie w kij dmuchałem.

I właśnie ze względu na te dwadzieścia pięć lat spędzonych w Rosji z ciekawością sięgnąłem po dwie książki, które owych lat dotyczą. Są to Czasy secondhand oraz Jądro dziwności. Pierwszą napisała Swietłana Aleksijewicz, tegoroczna laureatka Literackiej Nagrody Nobla, żyjąca w Białorusi i pisząca po rosyjsku, drugą zaś Peter Pomerantsev, pisarz brytyjski, rodem z ZSRR. Aleksijewicz sama się określiła mianem „człeka sowieckiego”, Pomerantseva nazwałbym (od siebie) „nowym ruskim”. Ona dała swojej książce podtytuł Koniec czerwonego człowieka, on — Nowa Rosja. Warto czytać je razem, bo mówiąc o tej samej epoce przemian w Rosji, opowiadają o dwóch stronach jednego i tego samego kraju lub o dwóch krajach jednej strony. Czytając je razem, pojmiemy, czym się różni neo‑Russia od postsowieckiej Rossiji, a co je łączy.

Swietłana Aleksijewicz, urodzona w 1948 roku, sporą część dorosłego życia przeżyła w Związku Sowieckim, zanim ten się nie rozleciał z kretesem w 1991 roku, ma zatem z czym porównywać nową Rosję, wyrosłą na jego gruzach, natomiast Pomerantseva rodzice wywieźli z Kijowa w 1978 roku jako dziesięciomiesięczne niemowlę, a do Moskwy przyjechał na początku dwutysięcznych i od razu trafił do pracy w rosyjskiej telewizji. Książka Aleksijewicz powstawała w ciągu dwudziestu lat i niejako dokumentuje stan świadomości „homo sovieticusa” w nowej dlań, postsowieckiej rzeczywistości, tymczasem świeżo upieczony brytyjski żurnalista zaraz po studiach wpadł w sam środek wirtualnego świata, który stworzyli Bierezowski i Gusinski, a opisał Aleksander Prochanow w głośnej powieści Operacja Heksogen. Białoruska pisarka chcąc nie chcąc mogłaby być jedną ze swoich bohaterek, bo pochodzi z wewnątrz opisanego przez siebie świata, podczas gdy brytyjski dziennikarz, tkwiąc w nim po uszy, jest jednak spoza, zachowuje dystans i nie utożsamia się z własnymi bohaterami, nawet jeśli z nimi współpracuje… Ona przemawia ich głosami, on opowiada o nich po angielsku.

Rozmówcami Swietłany Aleksijewicz są ludzie z krwi i kości, niepotrafiący się odnaleźć w nowym świecie, ludzie pozbawieni oszczędności (nierzadko całego życia), które przepadły za rządów Gajdara i jego komandy, doktorowie wszech nauk, targujący byle badziewiem na ulicach i inżynierzy, zarabiający na życie rybałką, bieżeńcy z byłych respublik sowieckich, koczujący na dworcach i podwórkach, weterani Afgana szukający w wódzie zapomnienia o przegranej wojnie, gastarbeiterzy o smagłych licach, działacze partyjni różnych szczebli, raptem pozbawieni wiary w przyszłość komunizmu, zarówno przegrani, jak i wygrani w augustowskim puczu, słuchacze Galicza i Wysockiego, którym ani Kirkorow, ani Gazmanow nie odpowiadają, czytelnicy Warłama Szałamowa i Aleksandra Sołżenicyna w samizdacie, których dzisiaj nie stać na zakup ich legalnie wydanych książek… Ba, w trakcie tej wyliczanki pogubiłem się nieco i teraz nie wiem, z którymi rozmawiała Swietłana Aleksijewicz, a z którymi sam obcowałem w ciągu tych dwudziestu pięciu minionych lat.

Co innego bohaterowie Pomerantseva, tych nie znam nawet z telewizji, bo nie oglądam, nie mówiąc o autopsji, bo nie bywam. To świat symulakrów, pośród których biegają tiołki (jałówki), jak o swoich kurwach mówią forbesy (bogacze z listy najbogatszych w magazynie „Forbes”), świat klozetów ze złota i biznesu z gazu, świat układnych partii i poręcznej opozycji, hybrydowych wojen i suwerennej demokracji. To świat, w którym Władysław Surkow, główny image maker Putina, najpierw wymyśla polityczne byty, na przykład młodzieżową organizację Nasi, by potem opisywać je w powieściach wydawanych pod nazwiskiem własnej żony, a wor w zakonie, czyli gangster Witalij Diomoczka z Ussyryjskiego Kraju, kręci seriale telewizyjne o swoich bandyckich wyczynach, w których realni kolesie igrają realną bronią i leje się realna krew. Innymi słowy, Pomerantsev opowiada o świecie, w którym Dien’ surka płynnie przechodzi w Dzień oprycznika, a sama Rosja staje się na naszych oczach wielkim reality show.

Pytanie — co łączy postsowiecką Rossiję Aleksijewicz z neo‑Russią Pomerantseva? Łączy diagnoza Iwana Pawłowa, słynnego fizjologa (tego od „psa Pawłowa”, jeśli ktoś nie pamięta…), który pod koniec życia w 1932 roku zapisał: „Muszę wyrazić swój gorzki pogląd na ruskiego człowieka, on ma tak słaby system mózgowy, że nie potrafi przyjąć rzeczywistości jako takiej. Dla niego istnieją wyłącznie słowa, jego odruchy warunkowe są koordynowane nie z czynami, ale ze słowami”. Ta gorzka diagnoza dotyczy zarówno ludzi sowieckich z Czasów secondhand, ukształtowanych przez komunistyczną propagandę, jak i neo‑Rosjan z Jądra dziwności, żyjących wedle zakonów wirtualnego świata. A biorąc pod uwagę przewagę obrazu nad słowem (chodzi o siłę przekonywania) oraz wirtuozerię medialnej ekipy Putina, można powiedzieć, że tamta krasna propaganda to zaledwie hetka‑pętelka w porównaniu z dzisiejszym telewizjombirowaniem, aż strach pomyśleć, co będzie dalej. Chyba że…

Chyba że nie wszyscy zwariują i ostaną się zjadacze chleba (ci z ostatniego rozdziału książki Aleksijewicz), którzy jak żyli przy władzy sowieckiej bez wody bieżącej, kanalizacji i gazu, tak i teraz żyją, bo przecież tam, daleko od Moskwy, zimą posiołki zasypuje śniegiem, można na kanapie się wyciągnąć i obejrzeć w telewizji film z Putinem w roli głównej, a potem przychodzi wiosna i znów trzeba kartoszkę sadzić.

 

Mariusz Wilk