MARIUSZ WILK „Szopka Hena”

Maciej Hen, „Solfatara”. Warszawa, W. A. B., 2015, s. 800.

Ilekroć łazikujemy po neapolitańskiej starówce (bywamy na niej często, bo mieszkamy opodal), Martusza ciągnie mnie na San Gregorio Armeno, ulicę szopek. To jeden z piękniejszych zaułków Neapolu — po obu stronach otwarte sklepy i stragany z szopkami bożonarodzeniowymi, świat terakoty, suchej kory i sklejki, gdzie żłobek i Święta Rodzina są zaledwie pretekstem dla wyobraźni i talentu szopkarzy budujących neapolitańskie theatrum mundi, poczynając od krajobrazów i architektury, a kończąc na figurkach mieszkańców i realiach życia. W szopkach rozgrywają się scenki, zapisy codzienności: rzeźnicy rozdzielają tusze, winiarze rozlewają wino do dzbanów, szwaczki szyją, tkaczki tkają, rybak łowi wielką rybę, a wszystko w ruchu, garncarski krąg się obraca, woda ciurka do sadzawki, ogniska pełgają elektrycznymi lampkami. Martusza najbardziej lubi pracownię braci Capuano, gdzie na dworze stoją niesamowite budowle w stylu palazzo Donny Anny; może do nich zaglądać przez maleńkie okienka, co chwilę mnie woła, bym i ja popatrzył, dotyka paluszkami, mimo że ją za to karcę, i marzy, aby taką szopkę wybudować w Kondzie. Bo na San Gregorio Armeno kupuje się gotowe szopki, niektóre bardzo drogo, lecz można też nabywać oddzielne detale: ludziki z terakoty wszelkich profesji i stanów, góry, drzewa i groty, schody i furtkę do ogrodu, kurę w kałuży, krowę na łące, studnię z żurawiem, karczmę, budę i psa pod budą, półmisek z rybami, pęta kiełbasy, koszyk z owocami, a nawet mikroskopijną pizzę na talerzu z lampką wina. Presepe napoletano, czyli szopka neapolitańska, to swego rodzaju hobby. Szopkarz się zabawia, budując sobie teatr świata.

Wspomniałem o szopkach z San Gregorio Armeno, czytając Solfatarę Macieja Hena. To ogromna powieść historyczna (800 stron), jej akcja dzieje się w XVII‑wiecznym Neapolu i opowiada o buncie rybaka Masaniella, o którym pisał już kiedyś Herling‑Grudziński, tyle że Cud Herlinga był ascetycznie zwięzły, a Solfatara Hena jest barokowo rozgadana, w czym przypomina, zdaniem krytyków, Rękopis znaleziony w Saragossie. Przyznaję szczerze, że gdyby nie palazzo Donny Anny, tobym się pewnie na nią nie połasił, bo zwykle new fiction obchodzę dużym łukiem w księgarniach, aliści tym razem, skuszony neapolitańską fabułą, wziąłem książkę do ręki i… otworzyła mi się na epizodzie w nadmorskim palazzo księżniczki Anny Carafy della Stadery, w którym główny bohater Fortunato Petrelli ukrył Donnę Svevę, a myśmy z Martuszą w jego pobliżu wylegiwali się wiosną na plaży, fantazjując, że w nim mieszkamy, bo naprawdę jest niesamowity (nie dziw, że inny bohater tej powieści, malarz François de Nomé, kumpel Fortunato, mając takie budowle przed oczyma, malował architekturę Neapolu w stylu Piranesiego), a więc kiedy trafiłem do palazzo Donny Anny w księgarni imienia Bolesława Prusa na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, niezwłocznie kupiłem książkę. I wcale nie żałuję.

Lektura Solfatary Macieja Hena to wyśmienita zabawa, coś w rodzaju oglądania neapolitańskiej szopki, pod warunkiem że ma się choć trochę pojęcia o Neapolu, bo tylko wtenczas można docenić w pełni kunszt tej historycznej układanki. W przeciwnym razie trudno się połapać, kto tutaj jest prawdziwą postacią, a kto został wymyślony, które z opisanych przez autora zdarzeń miały miejsce naprawdę, a które się działy w jego wyobraźni i zabawa na granicy fiction i non‑fiction — główny walor powieści — staje się nieczytelna… Maciej Hen kunsztownie zbudował swoją powieść, wplatając w nią wątki znane mi skądinąd, choćby dzieje rewolty Masaniella czy też krwawą zemstę Don Gesualdo na wiarołomnej żonie, co więcej — od pewnego czasu mieszkam w Neapolu i znam dobrze wiele miejsc opisywanych przez Hena, na przykład Piazza Municipio, Posillipo, Via dei Tribunali i rejon Castel Nuovo, a także żywo się interesuję dziejami miasta, mimo to czasem się gubiłem podczas lektury… Cóż dopiero mówić o czytelnikach, dla których Neapol jest pustym dźwiękiem?

Solfatarą, jak presepe napoletano, każdy się może zachwycić, ale tylko szopkarz może się w niej naprawdę rozsmakować.

 

MARIUSZ WILK