MARIAN SWORZEŃ / Mikołaj Gogol, „Wybrane fragmenty korespondencji z przyjaciółmi”

Mikołaj Gogol, „Wybrane fragmenty korespondencji z przyjaciółmi”. Tłum. Feliks Netz. Warszawa, Sic!, 2015, s. 312.

Najprościej byłoby na wstępie zadąć w trąby sensacji i ogłosić, że w końcu ukazało się dzieło celowo i skrzętnie skrywane przez Rosjan przed Polakami. Sprawa ma się jednak inaczej: tej książki Gogola u nas nie było, bo (sic!)… nikt nigdy jej nie wydał. Pomiędzy jej edycjami w Moskwie i Warszawie rozpościera się równo 168 lat. Wiele wskazuje na to, że zasypano jedną z przepaści, budując most, tyle że z liter. Ważne i to…

Finał Martwych dusz to pęd rozhukanej trojki ciągnącej bryczkę z Cziczikowem i pytanie: „Rosjo, dokądże pędzisz, daj odpowiedź?”. Gdy przebrzmiały dzwonki zaprzęgu, a Paweł C. zniknął w tumanach kurzu, słusznie oczekiwano od Gogola kontynuacji. Mało kto wiedział, że karty z dalszą częścią powieści pochłonął ogień. Po pięciu latach milczenia pisarz zaskoczył wszystkich: zamiast ciągu dalszego wydał własne listy, w miejsce Cziczikowa przedłożył siebie (a ściślej: narzucił). Tytuł nowej książki brzmiał niepoetycznie: Wybrane fragmenty korespondencji z przyjaciółmi. W zasadzie każdy twórca mógłby tak samo nazwać wypisy z własnej epistolografii. Rzecz w tym, że po Gogolu już nie wypadało.

Gogol w chwili wydania Fragmentów… (rok 1847) nie miał jeszcze czterdziestki. Jak wyjaśnił w przedmowie, sam wybrał listy, dodając kilka szkiców i artykułów. Spośród trzydziestu dwóch listów cenzura zatrzymała pięć, w niektórych dokonała zmian. Nazwisko autora zrobiło jednak swoje: książkę zaczęto czytać i komentować. Opinią publiczną Rosji tamtego czasu było kilka, może kilkanaście tysięcy czytelników z Moskwy, Petersburga i większych miast na prowincji. Ich reakcje były najróżniejsze, od salonowych zachwytów po głosy zdumienia przechodzące w potępienie. Tych ostatnich było najwięcej; ci, co wydanie książki odradzali, tylko się utwierdzili w swoim przekonaniu. Gogol wspominał, że otrzymał wówczas półtorej setki listów. Ulewa, którą wywołał, przemoczyła go do ostatniej nitki, potem jeszcze doszła nawałnica z piorunami. Paul Evdokimov skomentował to tak: „Można wierzyć, że diabeł osobiście dyrygował tą krytyką, z Bielińskim na czele. Ideał Gogola został odrzucony z powodu swego fundamentu religijnego: ale jak nie być wściekłym w najwyższym stopniu, kiedy wymaga od nich, tak, od Bielińskiego i jego obozu, pokuty i modlitwy. To tak, jakby adresował to samo wezwanie do «biesów» Dostojewskiego”.

Wywołany tu Wissarion Bieliński — będąc latem 1847 roku na kuracji w Niemczech — w rozedrganym od emocji i inwektyw prywatnym liście do Gogola wychłostał adresata, a przy okazji wszechwładne państwo godzące się na niewolę chłopów oraz korzącą się przed nim Cerkiew. (Nabokov napisał o Bielińskim, że „miał on jako obywatel i myśliciel cudowne wyczucie prawdy i wolności, które zniszczyć mogli tylko partyjni politycy, a partyjni politycy wówczas dopiero raczkowali”). Cóż, nie był to jeszcze czas późniejszej wszechwładzy prasy, ale wystarczał odpis korespondencji pokazany innym, by myśl szła dalej. Przypisuję tę zasługę nie tylko akolitom Bielińskiego, ale także urzędnikom cenzury mogącym towarzysko brylować dzięki wszelkim nowinkom (o randze dzisiejszych podsłuchów). List stał się znany: po powrocie Bielińskiego do kraju mówiono, że cela w Szlisselburgu już na niego czeka. Wysłano jednak lekarza, by zbadał stan zdrowia przyszłego aresztanta. Okazało się, że suchoty były w ostatnim stadium: Bieliński niedługo potem zmarł (we własnym łóżku, nie na katordze).

List jednak krążył. W 1849 roku Dostojewskiego skazano za „rozpowszechnianie listu literata Bielińskiego, pełnego zuchwałych wyrażeń pod adresem Cerkwi prawosławnej i Władzy Najwyższej”. List ten wciąż wywołuje wibrujące kręgi: jest cytowany, tłumaczony (najnowszy polski przekład pochodzi sprzed trzech lat) i komentowany, ja zaś mieszkam w miasteczku, gdzie przy rynku urodził się doktor Karl Thielmann, którego diagnoza uratowała niegdyś Bielińskiego przed twierdzą. Tyle o liście w sprawie książki Gogola, czas teraz na przedstawienie jej samej: ostatniego utworu, po którym już niczego nie stworzył, a wedle Nabokova: „z powagą nieugiętego męczennika utrzymywał, że dzieło to było niezbędne, a to z trzech powodów: pozwoliło mu pokazać ludziom swoje prawdziwe oblicze; pokazało i jemu, i im także ich prawdziwe oblicze i oczyściło ogólną atmosferę jak porządna burza”.

Rozpocznę od przywołania pionierskiego wysiłku prof. Anny Kościołek, która przed dekadą wydała krytyczne opracowanie dzieła w swej książce O ideowych poszukiwaniach Mikołaja Gogola. Cytaty były w języku rosyjskim, co zmniejszyło grono potencjalnych czytelników. Inna rzecz, ich suma obejmowała jedynie część Gogolowej książki. Niemniej zaistnienie tej naukowej pozycji dało dobry grunt do wydania przekładu — sam z pożytkiem się nią posługiwałem, podobnie jak Feliks Netz, który, szykując się do tłumaczenia, sprowadził tę książkę z Torunia. Oto zwięzła synteza prof. Kościołek: „W Wybranych fragmentach… Gogol stworzył gatunek heterogeniczny, zawierający elementy artykułu publicystycznego, dziennika intymnego, kazania, listu pasterskiego, pouczenia, pamiętnika spowiedzi, w którym wystąpił w roli proroka pouczającego swoich współczesnych”. W tym wykazie zabrakło tylko wskazania na testament własny autora — jest to integralna część książki — wszak to swoisty rodzaj listu, tyle że wymagającego śmierci testatora do wdrożenia jego postanowień i niepotrzebującego odpowiedzi.

Listy nie są jednako długie: niektóre mają kilkanaście stron, inne są zaskakująco krótkie. Są to pisma „pierwsze”, inicjujące (hipotetycznie) korespondencję: wszystkie pochodzą od Gogola. Gdyby pójść tropem krytyki Nabokova, Gogol wcale nie potrzebował odpowiedzi, chyba żeby… zrobił to sam. Z niektórych listów wynika, że Gogol niejednokrotnie przynaglał swoich korespondentów, by mu pisali o życiu w Rosji na przykładzie ich miast, urzędów, posiadłości; zdumiewa namolność i szczegółowość oczekiwań. Nabokov ironicznie podsumował ten zamysł: „«Porzućcie wszystkie wasze sprawy i zajmijcie się moimi» — to zasadnicza tendencja listów”. Na tych, którzy nie umieli sprostać wymogom, spadały, rzecz jasna, gromy niezadowolenia…

Epistolarny język Gogola nic nie stracił ze swojej barwności, zdania chropawe są nieliczne. Pisarz nieustannie przypomina o mistrzostwie dramaturgicznej klasy: nawet sądy, z którymi się nie godzimy, zachowują niemal sceniczną klarowność, stanowiąc gotowy materiał na monodram albo słuchowisko. Sądzę, że skoro wymyślone przezeń postaci do dzisiaj z powodzeniem trwają na scenie, to przecież jeszcze lepiej Gogol mógł wyrazić samego siebie. Nabokov słusznie powiązał jego język z nową rolą: wszak nie pisze do nas „stary” Gogol, lecz „nowy” — zwiastun i prorok, w dodatku przed wyruszeniem do Ziemi Świętej: „Język tych listów jest niemal parodią świętoszkowatej intonacji, ale jest w nich trochę pięknych wtrąceń…”. Oddajmy ponownie głos Evdokimovowi, który ostrzega czytelnika: „Niejedne nieudane formuły, niedokończone myśli, naiwne uproszczenia, prorocze postawy oraz pewne upodobanie do ostentacyjnego okazywania swoich uczuć, obnażania się przed całym światem, moralizowania, czynią lekturę ciężką, a nawet mozolną”. Evdokimov, prawosławny teolog, patrzy na Fragmenty… z bliskiej mu pozycji, akcentując religijną oś przesłania Gogola: myśl o przebóstwieniu świata rozpoczętego od Rosji. Podsumowanie: „Gdy nieco oczyści się Korespondencję z jej magmy niezręczności, jest się pochwyconym przez wielkość i słuszność jego wizji intuicyjnej”. Podobnie zrobił to kiedyś Lew Tołstoj, zrównując Gogola, tego od Fragmentów…, z Pascalem (o pozostałej twórczości Gogola wyrażał się bez entuzjazmu).

Adresatami listów Gogola byli jego znajomi, poznajemy ich dzięki rzetelnym przypisom tłumacza. Pośród nich znajdujemy wysokiego urzędnika Aleksandra Tołstoja oraz Aleksandrę Rosset‑Smirnową, żonę wpływowego generała‑gubernatora. Rozrzut tematyczny tych listów jest imponujący: chrześcijaństwo (z pochwałą prawosławia i mizerią katolicyzmu), przewaga politycznego urządzenia Rosji nad innymi państwami, trud bycia władcą samodzierżcą, rola ziemian wobec chłopów, sądownictwo na wsi, obowiązki szlachty wobec dworu, znaczenie gubernatorów w zarządzaniu Imperium, bolączki rosyjskiej administracji, ideały: urzędnika, prokuratora i duchownego. Pojawiają się dygresje o Europie, jeśli chodzi o życie polityczne czy prasę, niemal wszystkie mało pochlebne. Niemało tam zdań o kobietach: tylko one mogą dobrze „ustawić” pracę mężów gubernatorów, jak również zadać śmiertelny cios łapownictwu przez… propagowanie skromnych ubiorów (teza Gogola: urzędnik bierze łapówki jedynie po to, by jego żona mogła kupić kolejny fatałaszek). Pojawiają się obszerne szkice o wielkich przedstawicielach rosyjskiej literatury (od Puszkina po Żukowskiego i Dierżawina), są rozdziały poświęcone dziełom Karamzina, Kryłowa i Łomonosowa, także biedującemu w Rzymie malarzowi Iwanowowi, znajdujemy też autokomentarze do Martwych dusz. Jest sztuka Rosji i Europy, jest teatr z nader praktycznymi radami (np. zalecenie uczenia się ról wyłącznie na scenie, przy doświadczonych aktorach, a nie w domu).

Nabokov w biografii Gogola skupił się tylko na części przedstawionych tematów: „Trzon Wybranych fragmentów… to rady Gogola dla rosyjskich ziemian, prowincjonalnych urzędników i w ogóle chrześcijan. Właściciele ziemscy z rozmaitych guberni widziani są tu jako pośrednicy Boga, ciężko pracujący pośrednicy, mający udziały w raju i otrzymujący mniej lub bardziej znaczące przychody w ziemskiej walucie”. Faktycznie: ziemianie zostali obdarzeni szczególnymi względami przez Gogola, skoro wymyślił szczególne widowisko z ich udziałem — pokazowe spalenie pieniędzy w dowód lekceważenia dóbr ziemskich, po którym następowała lektura Biblii.

Fragmenty…, z wyjątkiem spraw i tematów wcześniej podanych, przepaja duch religijnych pouczeń (z tych powodów stary przyjaciel Gogola, Aksakow, wytknął mu diabelską pychę). Dymitr Mirski, zanim jeszcze powrócił do Rosji Sowieckiej, w swej niedoścignionej historii literatury rosyjskiej, omawiając Fragmenty…, napisał o Gogolu: „Miast próby ogłoszenia nowej rzeczy, której nie miał, próbował teraz zdobyć doświadczenie, do którego się nie nadawał. Jego młodzieńcza edukacja kazała mu widzieć chrześcijaństwo w najprostszej postaci: jako strach przed śmiercią i piekłem”.

Czy jest prawdą, jak przed ponad wiekiem napisał Rozanow, że „nic prawego, kochającego, wzruszającego, głębokiego nie wzięło się z Gogola”? Albo czy miał rację Orwell, pisząc: „Gogol należał do pisarzy początkowo nadzwyczaj płodnych, ale potem marniejących niczym roślina w słabej glebie”? Twarde to i surowe słowa, chroniące przed czołobitnością wobec klasyka, ale czy dzisiaj można przejąć się tym, co głosił Gogol, na przykład przez próbę czytania jego słów jak testamentu, zdanie po zdaniu, odnosząc wszystko do siebie, swego życia i epoki. Albo postąpić inaczej — czytając je jak gazetę, obojętnie… I to ostatnie nie będzie neutralne, skoro sama obojętność też może być podejrzana: Dostojewski — oskarżony o czytanie listu Bielińskiego do Gogola — nie wybronił się przed surowym wyrokiem carskiego sądu tłumaczeniami, że „nie tylko w komentarzach, ale również i w intonacji, i gestach podczas czytania nie było niczego, co świadczyłoby o jego sympatii dla któregoś z korespondentów”. Wybór należy więc wyłącznie do nas, ale kiedy już rozpoczniemy lekturę, wówczas tytuł książki nabierze całkiem nowego sensu: fragmenty staną się — najdosłowniej — „wybrane”. Wybrane przez nas.