MARIA IWASZKIEWICZ, Portrety: Słonimski i Sobański

ANTONI SŁONIMSKI

Trudno mi mówić o Antonim Słonimskim. To był człowiek, przynajmniej przez jakiś czas, tak bliski, że właściwie nieodłączny. Ojciec w Alei Przyjaciółzostawił ładne o nim wspomnienie.

Słonimski był niesłychanie elegancki, zawsze dbał o strój, a ponieważ był szczupły i dobrej figury, to świetnie na nim wyglądały ubrania, niewątpliwie szyte na miarę, nosił gustowne krawaty, kapelusz i parasol zwinięty w laseczkę. Takiego mam go w oczach, bo przychodził w ten sposób ubrany do Czytelnika. Kiedy ojciec go poznał, co nawet opisuje, miał stłuczone okulary i był biednym studentem, ale później był już zawsze bardzo szykownym panem.

Pamiętam go od bardzo dawna, wydaje mi się, że jeszcze z czasów Aidy. Przyjeżdżał do Podkowy Leśnej i pomieszkiwał w Aidzie, pisał w pokoju, który nazywano pokojem artystów, na górze drewnianego domku. Niekiedy rodzice zostawiali mnie z nim maleńką i — jak głosi rodzinna legenda — Tolek opowiadał bajki Marysi. Może i opowiadał. Okres Aidy skończył się w 1928 roku, kiedy przenieśliśmy się na Stawisko.

Słonimski był żartowniś, wymyślał wierszyki i piosenki o ludziach, jedna z nich odnosi się do państwa Kramsztyków. Otóż był w Zakopanem pensjonat Orawa, bardzo modny w latach międzywojennych, gdzie grało się w „koniki”, to bardzo przyjemna gra hazardowa. Rymowanka Słonimskiego, śpiewana na melodię piosenki góralskiej, brzmi tak:

Hej, Orawa, Orawa,

W Orawie koniki,

Hej, chodziłbym tam częściej,

Gdyby nie Kramsztyki.

W tece satyrycznej Słonimskiego były też rebusy, na przykład: „Niźli pierwsze obgryzać, wolę w barszczu drugie, wszystko ma przed swym krajem ogromne zasługi”. Oczywiście chodzi o „kości” i „uszko”, czyli o Kościuszkę.

Ale przede wszystkim Słonimski był poetą. Mama bardzo lubiła jego wiersze, a do jej ukochanych wierszy należał Rzym:

Jak marmur bity dłutem brzmi słowo Carrara,

Roma — jak dzwon bazylik, a amor po włosku —

To dwie sylaby słodko ulepione z wosku…

Kiedy mama cytowała głośno ten czy inny wiersz Słonimskiego, z gabinetu ojca dochodził głos: „A może byś tak wiersze męża recytowała?”.

Słonimski zawsze wygłaszał jakieś złośliwe uwagi pod adresem ojca. Na przykład mówił, że Iwaszkiewicz ma Londyn w głowie, czyli tuman. Dla ojca to było bardzo przykre. Ojciec się różnił od skamandrytów, nie znał wszystkich warszawskich obyczajów, przybył z zupełnej prowincji i z innego kraju. Natomiast Słonimski był warszawiakiempar excellence. Możliwe, że tę niechęć podsycała też zazdrość… bo podejrzewam, że Słonimski podkochiwał się w mojej mamie. Kiedyś spytałam o to Pawła Hertza, a Paweł powiedział jako całkowitą oczywistość: „Pewnie, że się podkochiwał: była śliczna, mądra, a do tego żona kolegi”. W jakimś liście mamy do ojca jest takie stwierdzenie: „Czasem mi się wydaje — pisze mama — że jesteś nawet lepszym poetą od Tolka”. No, to już nie jest rzecz do darowania. Jeżeli jeszcze ten, który jest lepszym poetą, podsuwa się do żony, to jest całkiem niedobrze. Ale przecież były momenty ciepła, bliskości, jak wtedy, gdy Słonimski zadepeszował do Kopenhagi: „Przyjeżdżam z żoną”. Rodzice nie wiedzieli, kim jest ta żona. Poszli do portu — a oni mieli przypłynąć „Pułaskim” — wzięli lornetkę i wypatrywali, z kim Słonimski będzie wysiadał. Nagle ojca okrzyk: „To Janka!”. Czyli Janina Konarska, śliczna osoba, miła, dobra, tworzyli ze Słonimskim długoletnie i chyba bardzo dobre małżeństwo. Rodzice później wspominali te kilka dni spędzonych w Kopenhadze z dużą przyjemnością. Pojechali do Elsynoru, czyli do zamku Hamleta, chodzili do kopenhaskich restauracyjek. Później, przed samą wojną, więzy zaczęły się rozluźniać. Słonimski parę razy napisał jakieś złośliwości w „Wiadomościach Literackich”, ale wtedy jeszcze wszystko było w porządku.

Stosunki zaczęły się pogarszać po wojnie. Słonimski — ale to tylko moje zdanie — miał ochotę na jakieś stanowiska, a ciągle ich nie dostawał. Wreszcie w 1956 roku został prezesem Związku Literatów, ale na krótko, bo okres odwilży szybko się skończył, i potem ojciec wrócił na stanowisko prezesa. No, to już wtedy zaczęły się szpilki w artykułach Słonimskiego. Doszło do tego, że przestali się widywać, dzwonić do siebie, przestali ze sobą rozmawiać. Zarówno Janka Słonimska, jak i moja matka próbowały to naprawić, ale bez skutku. Nawet Irena Szymańska, która była zaprzyjaźniona i z ojcem, i ze Słonimskim, usiłowała ich godzić, jednak wszystko szło na marne.

Któregoś wieczoru, kiedy nocowałam na Stawisku, zadzwonił telefon i ktoś — chyba Paweł Hertz — powiedział ojcu, że Słonimski nie żyje. Jego śmierć była nagła. Jechał z córką Lorenza, Aliną Kowalczykową, do Obór i mieli wypadek — bardziej poszkodowana wydawała się Kowalczykowa, zabrali ją do szpitala. Słonimskiego wzięli do szpitala rządowego przy Hożej. Ktoś mi opowiadał, że Słonimski czuł się dobrze, żadnego urazu nie znaleziono, i koło piątej po południu, a wypadek zdarzył się rano, powiedział pełnym głosem: „Ja umieram”. Rzucili się wszyscy lekarze, ale to już był koniec.

Paweł Hertz mówił, że ojciec na pogrzebie Słonimskiego wyglądał rozpaczliwie, stał sam w takim zgnębieniu, cierpieniu — w końcu ten Tolek to była młodość ojca. Pogrzeb odbył się w Laskach, choć on był ateusz. Moja znajoma, która uczestniczyła w tym pogrzebie, usłyszała, jak ktoś powiedział, że pan Słonimski przed śmiercią się nawrócił, co nie było prawdą. Ale poczciwe siostry zezwoliły na pochówek. Po śmierci Słonimskiego ojciec napisał w dzienniku: „Jeszcze mnie kopnął na odchodnym”, bo w „Tygodniku Powszechnym” ukazał się felieton Słonimskiego, złośliwy wobec ojca. Coś musiało go bardzo uwierać. Adam Michnik pisze w jakimś wspomnieniu, jak Słonimski mówił o Iwaszkiewiczu i o „Twórczości”: „Pan sobie wyobraża — zapytał Michnika — że mnie by dali taką «Twórczość»?”. To widocznie miał na to ochotę.

Kiedy spotykałam Słonimskiego w Czytelniku, zawsze był dla mnie bardzo miły, wspominał tę małą Marysię z Aidy. Nawet miałam jego książkę, wiersze zebrane, z dedykacją, ale gdzieś mi zaginęła.

Ojciec po śmierci Słonimskiego — nie wiedziałam o tym — zamówił w Podkowie mszę za niego i za wszystkich skamandrytów. Paweł Hertz był na tej mszy i mówił, że była wzruszająca.

ANTONI SOBAŃSKI

Znałam go z widzenia, ponieważ często odwiedzał moich rodziców, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Tonio Sobański był bardzo inteligentny i przenikliwy, jego książka Cywil w Berlinie, zbiór reportaży publikowanych najpierw w „Wiadomościach Literackich” i wydanych w 1934 roku, dowodzi, jak bezbłędne miał przeczucie tego, co nadciąga ze strony Niemiec.

Przychodził zawsze oryginalnie ubrany, na przykład zakładał koszulę w drobne zielone kwiatki — to było coś rewelacyjnego, a jednocześnie zupełnie burzącego porządek, przecież panowie nosili białe koszule, najwyżej z jakimś dyskretnym paseczkiem. Na dodatek miał na nogach sandały z Ameryki Południowej. Ojciec uważał go za przyjaciela i zawsze pamiętał list, jaki Tonio napisał do niego w czasie choroby mojej matki — podtrzymujący na duchu, z chęcią niesienia pomocy. Mama go nie bardzo lubiła. Niestety, mama miała jedną straszną wadę: była wyjątkowo wrażliwa na urodę, szczególnie męską. Jak widziała brzydkiego mężczyznę o ziemistej cerze, to mówiła: „Ale on taki nieładny”. My, córki, tłumaczyłyśmy jej, że tak nie można, że to wszystko jedno, ładny czy nieładny, ale mama trzymała się swoich zasad.

Istnieje piękne wspomnienie ojca z ostatnich dni przed wojną: w ostatnią niedzielę sierpnia przyjechał Tonio na obiad, był też Stanisław Baliński, Miłosz, była Wanda Telakowska. Po obiedzie Staś Baliński zasiadł do fortepianu w salonie i zaczął grać wszystkie szlagiery okresu dwudziestolecia, a Sobański, który był bardzo wysoki, poprosił do tańca wysoką Telakowską i pokazywali, jak Redo i Messalka tańczyli tango. Kiedy się skończyły tańce, pod ganek zajechał wolant, żeby odwieźć Tonia na stację kolejową do Brwinowa. Ojciec stanął na tylnej osi bryczki i tak razem podjechali do bramy Stawiska. Później ojciec napisał w Alei Przyjaciół, że miał poczucie, że jakaś epoka się kończy, że już tak nigdy nie będzie. To był rzeczywiście ostatni raz, kiedy się widzieli.

Po wybuchu wojny Sobański dostał się do Londynu i tam wkrótce umarł. Antoni Słonimski mówił: „Tonio był tak dobrze wychowany, że nawet nie zawiadomił nikogo o swojej śmierci”.

Profesor Tomasz Szarota po latach odgrzebał książkę Cywil w Berliniei w 2006 roku doprowadził do jej wydania. Na promocję przyszło sporo czytelników, w tym rodzina Sobańskiego spokrewniona z Krasickimi, posiadająca przed wojną wspaniały majątek Guzów niedaleko Żyrardowa. Hrabiowie i hrabiny, którzy przybyli na spotkanie, pytali mnie, czy pamiętam Tonia Sobańskiego. A ja opowiedziałam im anegdotę. Otóż moi rodzice, w czasie gdy ojciec był sekretarzem Poselstwa Rzeczypospolitej w Kopenhadze, wysłali do Sobańskiego zaproszenie, w którym było napisane po francusku: „Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie proszą hrabiego Sobańskiego o łaskawe przybycie na spotkanie…” i tak dalej. Po czym przyszła odpowiedź: „Hrabia Sobański dziękuje za zaproszenie, ale nie może przybyć, ponieważ jego wizytowa koszula jest w praniu” — co wygłosiłam czystą francuszczyzną ku uciesze wszystkich hrabiów.

MARIA IWASZKIEWICZ

nagrała i opracowała Agnieszka Papieska