MARIA IWASZKIEWICZ „Portrety”

Józef Rajnfeld, 1931 Włochy, San Gimigniano

Józef Rajnfeld, 1931 Włochy, San Gimigniano

JÓZEF RAJNFELD I DODA CONRAD

Józef Rajnfeld był przyjacielem mojego ojca i wielokrotnie powraca w jego twórczości ― na przykład jako malarz w Annie Grazzi.

Pochodził z biednej żydowskiej rodziny. Jego rodzice prowadzili w Warszawie sklepik z męskimi koszulami. Józef studiował architekturę, ale wykazywał też niezwykłe zdolności malarskie i rysownicze. Ojca poznał w ten sposób, że wysłał do niego list ― ale nie podpisał się własnym nazwiskiem, tylko wymyślonym ― pisał, że chce ojca poznać, że go podziwia itd. Ojciec mu odpowiedział i tak zaczęła się ich znajomość. Rajnfeld odznaczał się wyjątkową urodą, trochę arabską, miał gładką cerę, ciemne włosy, długą szyję. Nawet we Włoszech zwracał na siebie uwagę. Ale był podobno nieznośnego charakteru ― grymaśny, z fobiami. Pewnie męczyła go sytuacja biednego studenta. Na Stawisku istnieje do dziś fotografia trzech studentów architektury tańczących na stole, to Rajnfeld, Jerzy Hryniewiecki i Zygmunt Skibniewski.

W Podróżach do Włoch ojciec opisuje, jak umówił się z Rajnfeldem na Sycylii wiosną 1932. Czekając na Rajnfelda, który płynął z Afryki, ojciec kończył Panny z Wilka. To opowiadanie i przyjazd Rajnfelda zrosły się już na zawsze w jego wspomnieniach. Spotkali się też w San Gimignano, gdzie mieszkał Józio. To prześliczne miasteczko z wieżami, wtedy zupełna prowincja, jest opisane w Annie Grazzi. W późniejszych latach, może nawet nie zdając sobie z tego sprawy, ojciec patrzył na dawne malarstwo włoskie tak, jak mu to ustawił Rajnfeld. Pod koniec życia pojechał do Włoch, do Sieny, żeby jeszcze raz zobaczyć obrazy, które mu pokazywał Józio. Ale i ojciec wywarł na niego wpływ. Opowiadał, że kiedy byli we Florencji, Rajnfeld uparł się, że nie pójdzie do Akademii, bo to go nudzi. W końcu ojciec go przekonał. Kiedy weszli do środka i Rajnfeld zobaczył Niewolników Michała Anioła ― osłupiał. Ojciec patrzy ― a jemu łzy płyną po twarzy.

Listy Rajnfelda ojciec bardzo chciał wydać ― nie udało się. Nawet tytuł wymyślił: Portret młodego artysty. Po jego śmierci ja się tym zajęłam i też miałam ogromne trudności. Zwracałam się w tej sprawie do Jerzego Hryniewieckiego, ale nic z tego nie wyszło. Potem zwróciłam się do Dody Conrada, śpiewaka i malarza, przyjaciela Rajnfelda. Poznałam go, kiedy jesienią 1957 dawał koncert w Warszawie. Mieszkałam wtedy na Szucha, drugą połowę mieszkania zajmował ojciec, który zaprosił Dodę Conrada po koncercie na kieliszek wina. Było kilka osób, wśród nich moja mama, Zygmunt Mycielski, Paweł Hertz. Doda Conrad ― to oczywiście pseudonim ― był bardzo przystojnym panem, dużego wzrostu, miłym i łatwym w kontakcie, nie miał w sobie żadnej zarozumiałości. Był synem znanej w latach dwudziestych śpiewaczki Marii Freund. Opowiadał mi Mycielski, że jej rodzice ― matka była z domu Tykociner ― mieszkali we Wrocławiu i prowadzili księgarnię z nutami, bardzo uczęszczaną, ich gościem i przyjacielem był sam Johannes Brahms. Doda Conrad, podobnie jak jego matka, nie zajmował się śpiewem operowym, tylko wykonywał pieśni, często śpiewał właśnie pieśni Brahmsa.

Jakiś czas po wizycie Dody Conrada w Polsce pojechałam do Paryża i zadzwoniłam do niego. Chciałam go namówić, żeby pomógł w wydaniu korespondencji Rajnfelda, żeby napisał jakiś wstęp itd. Doda mieszkał pod Orleanem, gdzie wykładał w konserwatorium. Zaprosił mnie na obiad ― pamiętam, że na pierwsze danie podał jajka na miękko. Miał psa, którego nazywał po polsku: Suczka. Po obiedzie wsadził mnie do samochodu i przewiózł szlakiem zamków nad Loarą. Bardzo miło wspominam ten pobyt, choć sprawy wydania książki nie posunęły się naprzód.

W końcu zwróciłam się do Pawła Hertza, który dobrze znał Rajnfelda, widywał go przed wojną w Paryżu. Dopiero wtedy udało się tę korespondencję wydać ― ukazała się w 1997 roku przygotowana przez Pawła Hertza i Marka Zagańczyka. Listy Rajnfelda bardzo mnie rozczarowały. Jego obrazy i rysunki są oczywiście bardzo cenne, ale w listach nie znalazłam właściwie nic ciekawego. Istnieją ludzie, wybitnie interesujący, których czar ujawnia się dopiero w kontaktach osobistych. To samo było z Wilkiem Machem. Jeśli ktoś, tak jak ja, zachwycał się Wilkiem Machem, to strasznie trudno było innym wytłumaczyć, na czym polega niezwykłość jego osobowości, bo nie tylko był uroczy, ale wręcz wywierał jakiś wpływ ― i taki wpływ wywierał też na pewno Rajnfeld. W jednym z ostatnich listów Józio prosi ojca o pieniądze, ale wtedy akurat mieliśmy kryzys finansowy, mama chorowała, w domu nie było żadnych pieniędzy. Ojciec mu już chyba nie odpisał i na tym się skończyło.

Wybuchła wojna. Kiedy Niemcy weszli do Francji, Rajnfeld, który mieszkał wówczas w Paryżu, uciekł na Południe. Próbował przedostać się do Hiszpanii, ale mu się nie udało ― popełnił samobójstwo na granicy francusko‑hiszpańskiej.

W pierwszym roku stanu wojennego w Polsce przyszła do Muzeum Narodowego ogromna liczba rysunków i obrazów Rajnfelda, wysłanych z Paryża przez Dodę Conrada. Zajmowali się tym Zygmunt Mycielski i Paweł Hertz. Co się stało z tymi dziełami, nie wiem ― pewnie leżą gdzieś w piwnicy Muzeum Narodowego.

Na Stawisku są cztery jego prace: olej i trzy rysunki. Jeden z rysunków podarował mi ojciec, ale przekazałam go na Stawisko. Jest tam też piękna fotografia: ojciec i Rajnfeld we Florencji, w jasnych garniturach, w kapeluszach na głowie, a w rękach każdy trzyma rękawiczki ― bo panowie po ulicy chodzili w kapeluszach i rękawiczkach.

Pozostało we mnie wrażenie niepochwytności tego człowieka. Kiedy się mówiło: „Józio”, to każdemu, kto go znał, twarz się rozjaśniała: „Ach, Józio! Józio to było coś cudownego”. Ale w gruncie rzeczy nie wiadomo, na czym ta cudowność polegała. On był tym, co w jidysz określa się słowem myszigene. Pytałam kiedyś Miłosza: „A wiesz, co to myszigene?”. „Wiem, oczywiście!”. To jest taki nie całkiem wariat, tylko ― zwariowany.

 

 

ROMAN TOTENBERG

Trzeba zacząć od wspomnienia ojca o tym, jak Roman Totenberg pojawił się w naszym domu. Otóż babcia Aniela Pilawitzowa w połowie lat dwudziestych dawała niezamożnej młodzieży lekcje francuskiego. Przychodziła do niej na te lekcje, na ulicę Górnośląską w Warszawie, panna Janina Totenberg i zobaczywszy, że rodzice są tacy muzykalni ― przecież grali na dwa fortepiany, rozmawiali o muzyce, a ojciec zawsze miał wyznaczone godziny grania na fortepianie ― zapytała nieśmiało, czy może przyprowadzić swojego młodszego brata, który studiuje muzykę i szykuje się do kariery skrzypka.

I przyszedł chłopiec, jak pisze ojciec w Podróżach do Włoch, w wieku dwunastu lat, o błękitnych oczach, bardzo poważny. Ojciec miał mu akompaniować. Pyta go: „Co, Romku, będziesz grał?”. Myślał, że skończy się najwyżej na Paderewskim, a chłopiec mówi: „Bacha”. Ojciec był zaskoczony i trochę przerażony, czy jemu samemu to wyjdzie. Jakoś sobie poradził, a chłopiec wykazał niezwykłe zdolności. Później studiował w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie, którą skończył z doskonałym wynikiem. Jako mała dziewczynka lubiłam go, rodzice mówili nawet, że się w nim kocham, bo dzieci niekiedy objawiają takie uczucia zupełnie jak zakochani.

W latach trzydziestych rodzice wyjechali do Kopenhagi. Ściągnęli tam Totenberga i pokryli wszystkie koszty jego koncertu. Bardzo się w Danii spodobał. Przed wybuchem wojny zdążył ― na szczęście, bo pochodził z rodziny żydowskiej ― wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Tam zrobił dużą karierę, dawał koncerty, uczył muzyki. Po latach jeden ze skrzypków z kwartetu Prima Vista, występującego czasem na Stawisku, powiedział mi, że Totenberg często przyjeżdżał do Warszawy i prowadził krótkie kursy dla skrzypków. Powiedział mi jeszcze coś, co mnie wzruszyło: że za każdym razem, kiedy był w Warszawie, jeździł do Brwinowa na grób mojego ojca.

Nieszczęśliwie ułożyły się losy jego siostry. Była bardzo ładna, miała męża i córeczkę. W czasie wojny dostali się do getta. Jej mąż tam zginął. Ona wyszła, gdzieś się ukrywała i podczas powstania pojawiła się u nas w Stawisku. Opowiadała nam poruszającą historię o swoim wyjściu z getta ― wacha była opłacona, ona przechodziła przez bramę, a za nią szła jej pięcioletnia córeczka ― i tak jak Orfeuszowi, kiedy wyprowadzał Eurydykę z Hadesu, nie wolno jej było obejrzeć się za siebie, więc tylko słuchała w strasznej trwodze, czy słyszy te drobne kroczki za sobą. Ale wydostały się i ocalały. Później wyszła drugi raz za mąż.

A Roman ożenił się z Amerykanką, miał trzy córki. Żył bardzo długo i umarł, przekroczywszy sto lat, ale ja już nie miałam z nim kontaktu.

Jedną z jego wizyt w Polsce zapamiętałam bardzo dobrze. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych przyjechał z koncertami do Warszawy i był u nas na Szucha. Odegrał nawet jakiś utwór na skrzypcach. Nie rozstawał się ze swoimi skrzypcami, bo to był prawdziwy stradivarius. Wykonał chyba Źródło Aretuzy Szymanowskiego, którego poznał przez moich rodziców i z którym bardzo przypadli sobie do gustu. Występ Totenberga smutno się dla mnie skończył, bo mój przepiękny rudy kot Bazyli tak się przestraszył dźwięku skrzypiec, że wyskoczył z piątego piętra ― gdzie mieszkaliśmy ― i nigdyśmy go później nie widzieli. To znaczy widzieliśmy, jak plątał się z innymi kotami koło śmietnika, ale do domu już nie wrócił.

 

MARIA IWASZKIEWICZ

nagrała i oprac. Agnieszka Papieska