MAREK ZAGAŃCZYK, Poza prawami świata

 

Pisano o niej, że płakała cicho i często, a przypadkowo napotkani ludzie zabierali ją chętnie do domów i płakali razem z nią, choć nie znali powodu jej łez. Wydaje się, że była nieszczęśliwa. Umiała jednak ukryć swój ból i znosiła go niepostrzeżenie. Szukała miejsca w świecie u boku oddanych przyjaciół, rozpaczliwie pragnęła miłości na długo i na chwilę. Chciała być podziwiana, choć zdawała sobie sprawę, że to, co pisze, nie jest, bo nie może być, na miarę jej oczekiwań.

Przyglądając się Annemarie Schwarzenbach, trudno oprzeć się wrażeniu, że jej książki nie miały szans w zderzeniu z życiem, że za nim nie nadążały. Nie mogły uzyskać tej samej intensywności. Myśli zamknięte w słowach, w obrazach, w fotografiach budziły zaciekawienie, ale przestawały być wyjątkowe, jakby się od niej odklejały, stawały się literaturą, sztuką, przedmiotem kontemplacji.

Najlepszą powieścią Schwarzenbach było jej życie. To w nim tkwiło to, co najważniejsze: talent, choroba, uzależnienie, zmagania z rodziną, przede wszystkim z matką, walka z historią, ze światem. To w nim wyczuć można było niedostępny innym stopień uczuciowego zaangażowania, dostrzec zachłyśnięcie chwilą, niechęć wobec nakazów i reguł.

Schwarzenbach żyła tak, jakby stale uczyła się umierać, niszczyła siebie, swoje ciało i umysł. Kilkukrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Była w nieustannym pędzie, żyła zrywami wyznaczonymi przez wędrówki po Europie, do Ameryki, na Bliski Wschód, wreszcie do Afryki. „Sprawy — pisała jej przyjaciółka — które Annemarie brała w swoje ręce, bynajmniej nie zamieniały się w popiół, jak to często bywa w przypadku ludzi bezdusznych, lecz przyjmowały kształt obsesyjnej pogoni za nieznaną jeszcze nowością. Góry, na które patrzyła, stanowiły obietnicę innych gór. Rzeki prowadziły do morza. A morze ku nowym, dalekim wybrzeżom”.

Do rodzinnej Szwajcarii, do Bocken wracała, aby odzyskać siły. Chciała wierzyć, że kiedyś uda jej się porzucić żywot nomady, uwolnić od alkoholu i narkotyków i osiąść wśród wzgórz w Engadynie.

Najchętniej pisała wiersze. Myślała, że dzięki nim może się wymknąć z zamknięcia. W poezji zapominała o ograniczeniach. Wiersz łagodził ból, był biletem na wolność. Co innego reportaże, te stanowiły oręż w walce z historią, były owocem ponawianych podróży. Schwarzenbach stała się niepostrzeżenie kronikarzem nastrojów prohitlerowskich zalewających Europę i umysły jej mieszkańców, żarliwym krytykiem faszystowskiego zaczadzenia. Umiała być wnikliwym obserwatorem, skupionym na ludzkiej tragedii, na osamotnieniu, na zmaganiach ze złem. Potrafiła usłyszeć i zrozumieć innych, w migawce zapisanej sceny, w przelotnych spotkaniach zanotowanych z dbałością o szczegół przedstawiała istotę tego, czego wielu nie chciało lub nie umiało dojrzeć — zapowiedź, a później spełnienie tragedii, obraz narastającej katastrofy. A potem, gdy przeciwnik był już jasno określony, używała wszystkiego, co posiadała, co było pod ręką, by walczyć lub choćby wyraźnie zaznaczyć swoją niezgodę. Finansowała antyfaszystowską działalność przyjaciół — Klausa i Eryki Mannów.

Z Europy jechała dalej w świat, ale nie umiała zatracić się w podróży. Wracała, aby walczyć, tak jak potrafiła, piętnując zło słowem i wspierając pieniędzmi ojca niemieckich emigrantów. Wyruszyła nawet do Konga, aby przyłączyć się do Wolnych Francuzów. I znów ten gest politycznej niezgody zamienił się, podobnie jak wcześniej w wędrówkach po Europie i na Bliskim Wschodzie, w podróż do kresu nocy. Płynąc, a następnie jadąc w głąb afrykańskiej dżungli, była niczym Conradowski bohater Jądra ciemności. Sama przeciw demonom własnego umysłu.

Wróciła do świata pogodzona i odmieniona zarazem. Zdawało się, że teraz będzie wreszcie mogła żyć i pisać, tak jak chciała, że wystarczy jej sił na walkę nie tylko ze światem, lecz także na zmagania z sobą. I wtedy, w 1942 roku, w bezpiecznej Szwajcarii, uległa wypadkowi. Spadła z roweru i zmarła wskutek doznanych obrażeń. Matka, którą kochała i zarazem nienawidziła, przed którą obsesyjnie uciekała i do której stale wracała, zniszczyła jej korespondencję. Ale świat nie mógł zapomnieć o Schwarzenbach, bo o niej nie da się zapomnieć. Była zbyt kolorowym ptakiem wśród istot jednobarwnych. Pozostały jej powieści, artykuły, fotografie. Pozostała pamięć.

Roger Martin du Gard nazwał ją „niepocieszonym aniołem”. I trudno się temu dziwić, gdy patrzy się na zdjęcia. Marianne Breslauer chętnie fotografowała Schwarzenbach. Pisała o niej, że była najpiękniejszą istotą, jaką kiedykolwiek poznała. A Tomasz Mann tuż po pierwszym spotkaniu w Monachium miał powiedzieć: „Gdyby była pani chłopcem, musiałaby pani uchodzić za osobę niezwykle ładną”. Wielu starało się uchwycić blask jej osobowości, wykorzystać energię, którą emanowała. Klaus Mann umieścił jej postać w swojej powieści. Pisał: „Johannie dałem, z dyskretnym rozbawieniem, rysy i gesty naszej szwajcarskiej przyjaciółki, kochanej i pięknej Annemarie. Córka patrycjuszy, która z własnej woli przyłączyła się do niemieckich emigrantów (nawet pojechała ze mną do Moskwy, gest zaprawdę śmiały dla dziewczyny z takim pochodzeniem!), wiedziała być może z własnego doświadczenia coś niecoś o konflikcie, z jakim uporać się musi w mojej nordyckiej baśni miłosnej jej fikcyjny sobowtór”.

Schwarzenbach nie należała do kobiet pragnących uchodzić za damy, ubierała się po męsku. Bryczesy, chłopięce koszule i swetry wydobywały jej androgyniczną urodę, którą dodatkowo podkreślały krótko ścięte blond włosy, czesane gładko i jasne niebieskie oczy osadzone głęboko. Pod nimi najczęściej ściśnięte tkwiły nieskore do uśmiechu wąskie usta.

Dla wielu liczyła się przede wszystkim jej uroda i może jeszcze pieniądze otrzymywane z domu. Szwajcarski paszport pozwalał podróżować bez przeszkód nawet w czasach wojennej zawieruchy. Schwarzenbach miała obok siebie grono życzliwych osób. Niektórzy umieli otoczyć ją opieką, spowolnić rytm jej życia. Ale ona nie potrafiła długo tkwić w ich cieniu. Chciała niemożliwego. Pragnęła miłości Eryki Mann i duchowego partnerstwa Klausa Manna. Odrzuciła uczucie Carson McCullers i szorstką, ale głęboką przyjaźń Elli Maillart. „Mimo różnic — wspomina Maillart — wiele nas łączyło […]. Zgodnie ubolewałyśmy nad tym, że miłość, jaką mogłyśmy zaoferować, miała w sobie coś miałkiego; wiedziałyśmy, że uczucie to powinno się opierać na pełnym i spontanicznym porywie serca, dotychczas jednak nie dane nam było przeżyć czegoś takiego […]. Obydwie pragnęłyśmy być wolne i z upływem czasu sprostać ważnym sprawdzianom czy zobowiązaniom, których istota na razie pozostawała przed nami ukryta. Można by sądzić, że to egoistyczne, ale zaczęłam rozumieć, że w pełni wierne mogłyśmy być jedynie wartościom absolutnym, wobec których my same nie znaczyłyśmy nic”.

Chwilami Schwarzenbach zmęczona psychiczną i fizyczną szarpaniną próbowała sama układać swój los. W Persji w 1935 roku poślubiła francuskiego dyplomatę. Byli sobie bliscy, bo umieli, przynajmniej do czasu, szanować własną osobność. Ale nie mógł to być sposób na życie dla osoby wewnętrznie rozedrganej, stale wychylonej w nieznane, szukającej nowych przygód i doświadczeń. Schwarzenbach nie pozwalała sobie pomóc, każdą nadmierną troskliwość traktowała jako początek zniewolenia. Potrzebowała ludzi, a gdy ci w końcu się zjawiali, uciekała w popłochu. Najczęściej była więc sama. Zdana tylko na siebie.

Świat czasami łagodził swój uścisk i wtedy Schwarzenbach udawało się wyjść z najgorszych opresji, wymknąć się koszmarom, jak w Ameryce, gdy uciekła z zakładu dla obłąkanych. Szła przez życie z twarzą niepocieszonego anioła, najczęściej w milczeniu, zanurzona we własnych fantazjach. Była zbyt delikatna, zbyt wrażliwa, aby przetrwać w brutalnym świecie. Ale nie szukała ucieczki. Przeciwnie, jechała tam, gdzie trudniej, gdzie będzie mogła zapomnieć o sobie i skupić się na innych. Wówczas cieszył ją każdy napotkany krajobraz, przede wszystkim widok tego, co nowe, odmienne od rzeczy, które zna i traktuje jak własne. „Tytoń czy narkotyki — pisała — są niepotrzebne. Bez nich zwracam się ku innemu rodzajowi skupienia, bliższemu temu, czego potrzebuję do pisania […]. Bo narkotyki zawsze były rezygnacją, ucieczką przed nadmiarem wrażliwości, od której cierpiałam, były fatalnym pragnieniem, żeby zabić życie […]. Jedyne, co mi pozostawało do zrobienia, to znaleźć sposób, żeby nie raniła mnie ta działająca na oślep potęga świata zewnętrznego. Bo o ile mogą mnie zabić ludzie, tak jak i głód czy kamień, to nie dotyczy to jednak tego, co we mnie nieśmiertelne. Przecież urodziliśmy się wolni, poza wszelkimi prawami tego świata”.

MAREK ZAGAŃCZYK

Całość w „Zeszytach Literackich” nr 137