MAREK ZAGAŃCZYK, O Zygmuncie Mycielskim

W pokoju Pawła Hertza stała fotografia Zygmunta Mycielskiego. Przyglądałem się temu zdjęciu uważnie. Żałowałem, że nigdy nie spotkałem Mycielskiego. Nie mogłem go poznać. Dziś uważam, że znam go dobrze, że potrafię sobie wyobrazić, co myślał, co czuł, czego pragnął. Jakie były jego lęki, co sprawiało mu radość i ból. Więcej, wydaje mi się, że wszyscy go znamy. Wystarczy zajrzeć do jego dziennika, bo w nim najpełniej odbija się on sam i świat, który widzi, zawsze ostro, w szczególe, mądrze, tak by zobaczyli go inni.

Cechą szczególną Mycielskiego była pełnia, wielość podejmowanych spraw, stały namysł, prawość i wielkość pozbawiona patosu. Dociekliwość pisarza realisty i subtelność myśliciela religijnego. W jego dziele niczego nie brakuje, żadna z dziedzin nie zyskuje przewagi, jest podniebny lot wśród idei i błotnista ziemia pod stopą. Jest życie obok sztuki, religia, literatura obok muzyki, polityka i historia, szkice do autoportretu rozpisane w czasie, jak na obrazach Rembrandta i wizerunki innych. Jest życie umysłowe i szara codzienność, Europa i Polska. Są nieustające zmagania z samym sobą.

Nie znam innej osoby (może poza Józefem Czapskim), która wiodłaby życie duchowe na podobnym poziomie i dawała świadectwo w zapisach o równej Mycielskiemu skali dociekań. Czytając go, mam wrażenie, jakbym patrzył na Mycielskiego z bliska, słuchał jego rozmyślań, widział innych jego oczami. Czasami czuję się wręcz niezręcznie, że odsłania przede mną tak wiele, mówi do mnie wprost. Pocieszam się, że w tym samym położeniu byli i są inni czytelnicy.

Nie potrafię uwolnić się od Mycielskiego. Od jego hipnotycznej siły, swobody i mądrości. Najchętniej ułożyłbym jego portret z fragmentów myśli obecnych w jego własnych tekstach i tych zapamiętanych we wspomnieniach przyjaciół. Ale wówczas najpewniej musiałbym przepisać zbyt wiele stronic zakreślonych w lekturze. Żałuję, że nie umiem dołączyć do nich uwag wywiedzionych bezpośrednio z muzyki. Bo przecież jedno jest pewne, Mycielski był kompozytorem oddanym swojej dziedzinie. To w muzyce chciał odcisnąć swój ślad. Czasami zdawało mu się, że jest niemal u celu, że stworzył coś na miarę własnych oczekiwań, utwór, kilka nut właściwie związanych, które dałoby się ustawić obok kompozycji podziwianych przez niego artystów. Ale częściej towarzyszyła mu niepewność, że jak u Krasińskiego płynie przez niego strumień piękności, ale on sam nie jest pięknością. Że czegoś istotnego mu jednak brakuje, że jest w nim jakaś skaza, odmienność, coś, co nie pozwala mu skupić się wyłącznie na sobie, wierzyć w swój talent, zabiegać o siebie. Zamiast tego Mycielski wolał pomagać innym, dzielić się tym, co było mu dane. Rozdawał, co ma, a nawet to, czego mu brakowało: ostatnie spodnie, resztki pieniędzy. Oddawał też swój czas. A pewnie i więcej — swoje serce i umysł. Bo inni wydawali mu się ważniejsi, bo przyjaźń cenił szczególnie wysoko.

Od wielu lat prowadzę niekończącą się rozmowę z Mycielskim, czytam jego dziennik, słucham jego kompozycji, szukając w nich zarazem piękna, nauki i pocieszenia. Traktuję jego dzieło jako wyjątkowe świadectwo ciekawości świata, gotowości do stałej jego interpretacji, pozbawionej łatwych ocen, widzenia równocześnie panoramicznego i skupionego. Konfrontuję z nim własne sądy na temat polskiej historii w wymiarze społecznym i jednostkowym, wpatruję się we wpisany między nuty i litery portret artysty konsekwentnego, wolnego człowieka, oddanego przyjaciela, kompozytora i wybitnego polskiego pisarza.

Od Mycielskiego uczę się, jak zachować wolność w wielu wymiarach, na różnych poziomach istnienia. Chyba nikt tak otwarcie jak on nie pisał o swoim życiu erotycznym, o chwilach szczęścia i momentach udręki. Bez szukania wsparcia w psychologicznych rozważaniach. Mało kto tak jak on kochał Polskę i był nią przerażony. „Łatwiej — pisał — robić «rewolucję» niż państwo”. Nie umiał, nie chciał być gdzie indziej, a jednak myślał o życiu w Polsce wyjątkowo ostro, boleśnie dla siebie i innych, bo, jak się zdaje, tak wiele go tu drażniło, wydawało się znakiem ponawianego przez pokolenia intelektualnego lenistwa i zwykłej nikczemności. „Staś Prószyński — notował — słusznie powiedział, że jeżeli Warszawa była kiedyś Paryżem Północy, to teraz nie jest nawet Radomiem Europy”. I w innym miejscu: „Jakiś cudzoziemiec, który znał dobrze Polskę przedwojenną, mówił mi w «Bristolu», że Polska bez Żydów, szlachty i kurew nie ma sensu”. Mycielski wiedział, może lepiej niż inni, że w każdym narodzie drzemie nieskończenie wiele wariantów zbiorowego istnienia, a ich urzeczywistnienie zależy tylko od zbiegu okoliczności. Powtarzał: „W pewnych warunkach można by ze Szwajcarów zrobić hordę mordującą resztę świata”. Czuł, że coraz mniej łączy go z ludźmi spotykanymi na ulicy, że jest w tym świecie jak umarły i że prawdopodobnie rozminął się z powołaniem, którego istoty nie umie właściwie określić. Chwilami wybierał milczenie, dumną samotność, choć przeczuwał, że gdyby całkowicie porzucił ciążące mu obowiązki, „wpadłby pod powierzchnię życia i skończył bezszelestnie”.

Kiedy trzeba było zabrać głos, stanąć naprzeciw władzy, nie wahał się. Mycielski miał odwagę wyrazić niezgodę, głośno powiedzieć „nie”, tak jak to się działo po wkroczeniu wojsk do Czechosłowacji. Wiedział, że w najlepszym razie skazuje się na wyobcowanie, że ucierpi na tym jego muzyka. A jednak nie miał wątpliwości, że postępuje słusznie. Cenił sobie bliskość przyjaciół, ich oddanie, czasami miłość. Oni też mogli na niego liczyć. W swoim dzienniku stworzył galerię portretów pogłębionych, celnych w szczególe, z umiejętnie wydobytą aurą, grą blasków i cieni. Stanisław Kołodziejczyk, Paweł Hertz, Jarosław Iwaszkiewicz, Jerzy Andrzejewski, Henryk Krzeczkowski, Stefan Kisielewski, Elżbieta Grocholska i Marcelle de Manziarly.

Był też Mycielski wyjątkowo uważnym czytelnikiem. Potrafił żywo reagować na to, co znajdował w książkach, zawsze wydobywał z nich rzeczy najważniejsze. Miał dar zachwytu zarówno wobec pojedynczej linijki wiersza, jak i wielowątkowej powieści, byle tylko literatura chwytała coś z życia, była oknem szeroko otwartym na świat. Miał świadomość, że jako artysta grzeszy zapewne nadmiernym skupieniem na sobie. Powtarzał, że jego jedynym ratunkiem jest „ustawiczne wychodzenie poza siebie. Do przedmiotów, do zagadnień, do idei”. Dlatego wolał tych, którym udało się choćby na chwilę porzucić własne „ja” na rzecz pojedynczego „ty”, nie mówiąc już o nielicznych, którzy poruszali się udanie wśród zagadnień zarezerwowanych dla liczby mnogiej. Lubił powtarzać słowa Czapskiego, że „sztuka to publiczne zdejmowanie gaci. I kto na to się nie zdobędzie, niczego nie osiągnie”. On sam wolał jednak spotykać się z cudzymi myślami. Pragnął zachować jasne widzenie rzeczy, niezakłócone grą ambicji, pragnieniem zaszczytów. Krytyczny wobec siebie, u innych szukał wyłącznie „dobrych stron”. Cieszył się, gdy mógł coś od nich wziąć, czegoś się nauczyć. A przecież ci sami ludzie byli jego utrapieniem, rozdziobywali go codziennie, każdy coś chciał, kradł czas i uwagę. „Czuję w ludziach — pisał Mycielski — prawdziwy spód, niewyrażony, czuję, jakimi są, gdy są sami, gdy myślą i czują się sami. A w artyście widzę od razu jego spód — zdradzony tym, co robi, co dał, widzę też często to, czego dać nie potrafił […]. Dla ludzi sztuka jest kłamstwem, a życie prawdą. Dla mnie odwrotnie”.

Przed laty czytałem neapolitańską nowelę Josepha Conrada Il Conte, nie wiedząc, że opowiada historię dziadka Zygmunta Mycielskiego Zygmunta Szembeka. Ileż podobnych obrazów można odnaleźć w dzienniku Mycielskiego, ileż tkwiących w nim zapisów dałoby się zamienić w tętniące życiem opowiadania, podobne do Conradowskiej historii o utraconej godności, o miłości i o wstydzie. Sam Mycielski nadawałby się najlepiej na głównego bohatera tych opowieści, bo tak naprawdę był z tego samego świata budzącego zarazem litość i grozę. „W jego spojrzeniu — pisał Wojciech Karpiński — jest miłość i przerażenie okrucieństwem świata, ludzi. Jest w nim wiele pasji, nie ma żółci i zawiści, nie ma cynizmu i zobojętnienia, nie ma zaślepienia czy fanatyzmu. A wszystko to uchwycone w szczególe, pokazanym nagle, słowami trafiającymi od razu w cel”.

Już pod koniec życia Zygmunt Mycielski zanotował: „Różne są miary wartości człowieka: czy to, co kto zrobił, dokonał, czy to, co potrafił dać drugim, (bliźnim! najbliższym!), czy to, czym kto jest wewnętrznie, ale i zewnętrznie — to, czym jest w oczach drugiego? Czym jest w ogóle «wartość» człowieka? Ile w tym zasługi, winy, przypadku — z urodzenia, zdolności, operacji tym, co jest nam dane z natury, ze środowiska, z którego pochodzę? Co z tego, że jestem Polakiem, że się urodziłem w tak zwanym ziemiańskim środowisku, że miałem mądrych życiowo rodziców i duży dom — a jakże od tego środowiska odbiegłem. Skąd to zagmatwanie w świat muzyczny, skąd nieporządek i lenistwo, namiętności i uniki przed wysiłkiem, niedbalstwa? Skąd pasje, nieurzeczywistnione możliwości, rzeczywiste wybryki? Rezygnacje, wysiłki? […] Opuszczając świat, nie mogę nie myśleć o tym, co jest, i o tym, czego nie ma. Zamknięty w mojej osobowości stoję przed niewyobrażalną nicością. Bez lęku, ale w samotności wobec wszystkiego”.

W bibliotece Pawła Hertza, wśród kompendiów potrzebnych do pracy tłumacza i wydawcy, są też wybrane książki przyjaciół, na ogół opatrzone dedykacją wykraczającą poza zwyczajową formułę. Czasami, jak w przypadku dzieł Jarosława Iwaszkiewicza, są one listem wypisanym na stronicy podarowanej książki. Bywają znakiem przyjaźni, oddania i bliskości, choć czasami pobrzmiewa w nich także nuta ironii i dystansu. Można w nich dostrzec świadectwo sporu, dyskusji toczonej z przyjacielem. Są wśród nich zapisy świadczące o powadze chwili, będące pamiątką zdarzeń osobistych, skrywanych głęboko, najczęściej wymykających się słowom. Taki charakter mają dedykacje Zygmunta Mycielskiego. Mówią o naturze przyjaźni, o której obaj potrafili pięknie rozprawiać. Mycielski wielokrotnie pisał o Hertzu, do jego wierszy skomponował cykl pieśni, bo wierzył, że te słowa dopowiadają to, co chciał wyrazić w muzyce, że razem tworzą dzieło, które odsłania świat prawdziwy. „Paweł — zauważa Mycielski — nie może kłamać, gdy pisze to, co pisze. Kłamie raczej w życiu. Ale to właśnie przebaczę mu zawsze”. Pierwsza z dedykacji Mycielskiego wypisana została w tomie opowiadań, recenzji, felietonów i przemówień Ucieczka z pięcioliniii wysłana do Paryża w Wielkanoc 1957 roku. „Posyłam Ci tu ten groch z kapustą — bigos, a nie choucroute garnie[…]. Józiowi Czapskiemu też posyłam taki tomik, ale pokaż go przyjaciołom moim, których zobaczysz. Pokaż im, co uznasz, stąd. Dziś chciałem kupić coś na Święta, ale nie ma. To głupstwo, że nie ma szynki, kiełbasy, skoro są jaja i masło, chociaż gorzkie, mówiła mi moja baba z inicjatywy prywatnej na targu; a ja piszę, że może gorzkie jak łzy, chociaż łez nigdy nie piłem. Ale wierzę na słowo, że są gorzkie”. Druga dedykacja, na bilecie wizytowym Mycielskiego, dołączona została do Mszału Rzymskiegoofiarowanego Hertzowi na pamiątkę przyjęcia sakramentu chrztu w 1982 roku. „Drogi Pawle, chciałeś mieć Mszał Rzymski. W dniu, w którym postanowiłeś przyjąć Chrzest Święty, daję Ci ten mszał, który moja matka mogła mi przysłać do obozu jenieckiego. Mam drugi, taki sam, który był jej własnością. Daję Ci to, myśląc o naszej przyjaźni, o naszym życiu, o naszym kraju, o naszej sztuce i o naszych modlitwach, które są takie, na jakie stać każdego z nas”.

 

MAREK ZAGAŃCZYK

 

Fragment wstępu do książki Beaty Bolesławskiej‑LewandowskiejMycielski. Szlachectwo zobowiązuje(seria: „Rozmowy o kompozytorach”), która ukaże się nakładem wydawnictwa PWM.