MAREK ZAGAŃCZYK, Lato w dolinie

Powinienem opisać tę drogę kawałek po kawałku, kadr za kadrem, kamień po kamieniu, krzak za krzakiem. Z bliska i z daleka, gdy całość stapia się w jednorodną plamę wyrazistego koloru, zmiennego w zależności od pory dnia i roku. Bo to w tej ścieżce, cienką nicią rozciągniętej na opustoszałych wzgórzach, okręconej wokół pojedynczych zabudowań stojących wolno bez ogrodzenia, tkwi wzmacniająca siła tutejszego krajobrazu. Z każdym krokiem myśli mi się tu lepiej, jakby ktoś uwalniał mnie od nieznośnego ciężaru. Nie przeszkadza mi słoneczny żar, w którym wszystko powinno się stopić, a jednak jest, kwitnie i dojrzewa. Powietrze drży, a w nim jak we mgle rozpływają się kontury okolicznych wzgórz i szpic Monte Amiata. W dole, w pierścieniu soczystej zieleni zaskakującej o tej porze roku, szkli się wodne oko. Przyglądam się domom na wzgórzach, cyprysom i grudom ziemi. Studiuję je, jakby były ułamkiem niedokończonej rzeźby porzuconej przez nieznanego artystę, w której każdy może odkryć bliski sobie kształt. Każę sobie pamiętać o pniach cyprysów, białych w słońcu jak kości umarłych, kiedy indziej szarych, wręcz czarnych. Gdy patrzeć na nie z bliska, widać spękaną korę i pionowe zagłębienia idące wzdłuż całego pnia, jakby ktoś ciągnął po nich rylcem i tym samym wytyczał wąską ścieżkę, którą wspina się teraz czarna mrówka. Nie wszystkie cyprysy wyglądają niczym filujący płomień. Niektóre mają korony rozłożyste i przypominają drzewa w sadzie lub sosny o rachitycznych kończynach. W dolinie można spacerować godzinami, nie napotykając miasta. A kiedy w końcu i ono się zjawia, pozwala oczom na chwilę wytchnienia, a rozpalonemu ciału daje skryty między murami z dawna wyczekiwany cień.

 

Uzupełniam notatki w dzienniku, bo wiem, że tylko w ten sposób uda mi się zachować w pamięci to, co przeżyłem. Opowiedzieć innym znaczy dla mnie przede wszystkim lepiej zapamiętać. Obciążyć widok z przeszłości odpowiednimi słowami, tak by nie rozpłynął się, nie zniknął i był ze mną choć odrobinę dłużej. Nie stać mnie na jego utratę.

Mimo upału kończę fragmenty greckie z Podróży na Wschód Lamartine’a. Przejrzyście, mocno i naturalnie brzmi tłumaczenie Pawła Hertza przygotowane, jak czytam, „na osnowie przekładu Jana Tomasza Seweryna Jasińskiego”. Lamartine płynie w towarzystwie żony i córki z Malty do Bejrutu przez Peloponez, Ateny, Rodos i Cypr. Nie sądziłem, że jego zapis wyda mi się tak ciekawy. Dotyczy to zarówno uwag o naturze krajobrazu, jak i dzieł sztuki. Szczególnie poruszający jest opis wycieczki na Akropol. Ale także inne fragmenty są godne zanotowania. Robię więc z nich niewielki wypis. Na przyszłość, dla siebie i innych.

 

„Wybrzeża wydają mi się pięknie zarysowane przez naturę, góry mają tu kształt wielkich czasz, a ich linie są łagodne. Z trudem odrywam od nich spojrzenie. Scena jest pusta, ale zapełnia ją przeszłość: pamięć wszystko zaludnia. To czarniawe skupisko wzgórz, przylądków, dolin, które w całości ogarniam stąd wzrokiem niczym jakąś wysepkę na oceanie, które jest tylko punktem na mapie, więcej wydało wrzawy, więcej chwały, więcej blasku, więcej cnót i zbrodni niż całe kontynenty”.

„Grecja to dla mnie książka, której piękność jest przyćmiona, dostajemy ją bowiem do czytania wcześniej, niż możemy pojąć”.

„Leżąc w cieniu Propylejów, spędzam urocze godziny z oczyma wlepionymi w zrujnowany fronton Partenonu […]. Można go porównać do Księgi Hioba lub do Pieśni nad Pieśniami, do poematu Homera lub do muzyki Mozarta […]. Cały dzień błądzę po tych zwaliskach i wracam z oczyma olśnionymi pięknością kształtów i barw, z sercem pełnym wspomnień i podziwu”.

„Kochać siebie w innych — to kochać mądrze, dojrzale”.

„Po śmierci tylko mój pies będzie mnie szukał, ulubione drzewa będą się dziwiły, że nie wracam pod ich cień. A potem i to przeminie”.

Chwilami Lamartine, ten znawca klasycznej piękności, zdaje się znużony dziełami sztuki i wtedy wyznaje to, co nieraz i ja czułem we Włoszech czy Grecji, ale nie umiałem powiedzieć, nie miałem odwagi, że „wolę jedno drzewo, jedno źródło pod skałą, jeden oleander nad brzegiem rzeki, pod zwaloną arkadą mostu pokrytego pnączami niż zabytek któregoś z tych królestw”.

 

W Donnini, w wieży zajmuję dwa górne pomieszczenia połączone schodami umieszczonymi w wąskiej drewnianej konstrukcji, której zygzak widoczny z zewnątrz spoczywa na kamiennej budowli niczym skórzana łata na wysłużonym swetrze. Najczęściej jestem pod dachem, w cmentarzysku much i biedronek zlatujących się tu gromadnie nie wiadomo skąd i traktujących to miejsce jako swoją ostatnią przystań. Co chwila któraś z much ożywa i kręcąc się, brzęczy jak dziecięcy bączek. Potem zamiera, by za chwilę znów wrócić do życia. Brzęczenie i skrzypienie to muzyka wieży. Dochodzi do niej szczekanie psów ujadających właściwie stale. Chwilami przebija się ptak, ale jego świergot dociera do mnie mocno przygłuszony. Na początku pobytu w wieży było jeszcze pohukiwanie sowy, a w ciepłe dni szum letnich świerszczy. Będzie mi brakowało tych dźwięków, podobnie jak widoku z okna pracowni na wzgórza tonące w porannej mgle. Tęsknić będę za łożem z baldachimem i długim prostym stołem, na którym dziś piszę te słowa. Rozglądam się po pokoju i staram się zachować ten obraz na zimowe godziny spędzone w Warszawie.

Codziennie wchodząc do pracowni, czułem się jak chłopiec wspinający się do ulubionego domku na drzewie, do samotni zapełnionej najważniejszymi przedmiotami. Pamiętam chwilę, gdy po raz pierwszy rozkładałem tu swoje książki, kładłem dziennik i w ten symboliczny sposób wchodziłem na krótko w posiadanie tego miejsca, wyznaczałem granice królestw. Pamiętam, że stale myślałem, jak dobrze byłoby zrezygnować ze snu, aby w pełni świadomie wydłużyć przyjemność pobytu w wieży, aby rozciągnąć minuty, godziny, dni do nieosiągalnych inaczej rozmiarów, by móc cieszyć się nimi jak najdłużej.

 

Dzisiaj ziemia w dolinie jest nasiąknięta wodą. Ale nie przeszkadza mi to w wędrówce. Idę do Corsignano, do niewielkiego romańskiego kościoła strzeżonego przez oddział cyprysów i syrenę z rozciętym ogonem wyrytą tuż nad wejściem. W środku nie ma nic, doskonała pustka, chłód, tylko miodowożółty odcień kamienia.

Stąd już tylko krok do Pienzy, wyczarowanej jednym gestem jednego człowieka, którego włości przemierzam tak chętnie. Eneasz Sylwiusz Piccolomini spełnił tu swoje marzenie. Postawił z pomocą Rossellina miasto idealne, tak doskonałe, że nie nadaje się do życia. A jednak lubię widok spod katedry na rdzawe pola, kilka domów w kępie zieleni i górujący nad wszystkim szczyt Monte Amiata. Ta góra jest ze mną zawsze, od niej wszystko się zaczyna, każdy widok, każda droga ma w jej pobliżu swój początek lub kres.

Kiedy indziej trasa moich wędrówek wiedzie na drugi kraniec doliny do Bagno Vignoni. Lubię wyjątkowy spokój tego miasta bez rynku, jedynie z sadzawką, wokół której krążą nieliczni turyści. Lubię niespieszny rytm, w którym żyje to miasto, bo mam wrażenie, że samym swoim istnieniem zmusza, abym i ja zwolnił bieg swych spraw. Tak jakby każdy był tutaj aktorem w głośnym filmie Andrieja Tarkowskiego i starał się przenieść zapaloną świeczkę na drugi brzeg pozbawionego wody kamiennego zagłębienia.

Kiedy indziej patrzę na fresk Pontorma w lunecie willi Poggio a Caiano. Byłem tu kilkanaście lat temu w czasie jednego z pierwszych pobytów we Florencji. Tym razem skupiam wzrok na nagim młodzieńcu usadowionym na murze ponad Wertumnusem. Dziwne, że nie pamiętałem tej sylwetki. Nie pisze o nim zbyt wiele także Paweł Muratow, który fragmentem o Poggio a Caiano zamyka rozmyślania o Florencji. Z lektury Vasariego wynika, że w ostatnich latach życia Pontormo najchętniej malował nagość. Porzucił suknie i wykwintne męskie stroje, których kolor i ułożenie tak często nas zaskakują, budząc zasłużony podziw, i skupił się na oddaniu cielesności. Niestety, nie zachowały się, poza kilkoma szkicami, jego freski z bazyliki San Lorenzo. Vasari ich nie lubił, wyraźnie nie rozumiał. Z tego, co można sobie wyobrazić, wyglądały trochę jak metafizyczne szarady Blake’a.

Nagość młodzieńca z Poggio a Caiano, wyraz jego twarzy, poza, w jakiej został przedstawiony, musiały budzić zdumienie. Może opór. Nie dziwiłbym się, gdyby towarzyszyło temu także zgorszenie. To jeden z bardziej erotycznych wizerunków, jakie oglądałem, choć zdaje się na pierwszy rzut oka niewinny. L., z którą patrzę na dzieło Pontorma, mówi, że chłopak ma w sobie siłę aktów Luciana Freuda. Ponad jego wizerunkiem gałęzie wierzby łączą obie strony malowidła rozłożonego wokół lunety. Strona Pomony jest dużo spokojniejsza. Kobiety spoglądają czule, ale poza ogólnym układem niewiele zostaje w pamięci. Wertumnus z kolei wygląda jak spracowany toskański wieśniak odpoczywający po pracy w polu i trudno się dziwić, że Pomona odrzuciła jego zaloty.

W tej samej sali balowej znajduje się też duży fresk Andrea del Sarto, nauczyciela Pontorma, który, jak chce Vasari, nie zawsze umiał się pogodzić z tym, że uczeń może górować nad nim talentem, ale były też chwile, kiedy otwarcie go chwalił, dodawał siły, rozpalał w nim zapał do pracy. Fresk del Sarto przedstawia triumf Cezara przyjmującego dary i jest, jak się zdaje, portretem Lorenza de’Medici, księcia Urbino, tego samego, któremu Michał Anioł postawił w Nowej Zakrystii kościoła San Lorenzo niezapomniany pomnik. Tak piękny, że bywa przyczyną, jak pisze Ewa Bieńkowska, „owocnej pomyłki”, gdy stojąc w blasku arcydzieł, zdaje nam się, że spoglądamy ku grobowcom Juliana i jego brata Wawrzyńca Wspaniałego.

Z Poggio a Caiano wyjeżdżam do klasztoru cystersów leżącego zaraz za Florencją w drodze do Sieny. Często mijałem go w swoich podróżach do miasta nad Arno. Przyjechałem, aby i tutaj oglądać freski Pontorma, tym razem odmienne w charakterze, niestety wyjątkowo zniszczone. Przeniesiono je z wewnętrznego dziedzińca i zgrupowano w wielkiej sali, zaraz przy wejściu do klasztoru. Opowiadają historię Męki Pańskiej. Białe plamy zaświadczają o skali zniszczenia. Ale to, co zostało, jest wystarczająco wyjątkowe, by spędzić tu dłuższą chwilę. Podziwiam szczegóły ubioru, portki i chusty żołnierzy, hełmy o szerokim rondzie opadające na przymknięte powieki. Pełny, słoneczny owal twarzy. Do dziś można dostrzec gamę żywych kolorów odważnie zestawionych: seledyn, pomarańcz, fiolet, cytrynowa żółć i czerwień lekko stłumiona. Niemal wszystkie postaci mają w sobie nutę melancholii i spokój ducha, sérénité. W Modlitwie w Ogrójcu widać w głębi sylwetę miasta z murami i wieże o różnej wysokości. I niebieską suknię śpiącego św. Piotra. Ale to, co się narzuca, to stopy i brązowy płaszcz modlącego się Chrystusa. Poniżej, nieco z boku, Żydzi i żołnierze prowadzeni przez Judasza. W scenie Chrystusa przed Piłatem zadziwia postać chłopca schodzącego ze schodów z dzbankiem i misą, aby namiestnik Jerozolimy mógł umyć ręce. Chłopak kroczy skocznie, jakby w rytm muzyki podawał do stołu z lekkością wprawnego sługi. W spotkaniu z Weroniką widać białą chustę na środku obrazu, zwyczajną, skręconą, jeszcze bez wizerunku. Jeden jej koniec obwiązany jest wokół ręki niewiasty, tak aby mogła łatwiej przetrzeć twarz Umęczonemu.

Poganiany przez oprowadzającego mnie zakonnika oglądam pozostałe pomieszczenia klasztoru już bez większej ciekawości. W jednym z korytarzy przystaję jednak, aby uważniej przyjrzeć się witrażom o wyjątkowo kunsztownym rysunku. Nie kolor jest w nich najważniejszy, ale linia, to, co i jak pokazują. Szkło zdaje się być tak samo dobrym materiałem, jak ściana, deska czy płótno. Liczy się tylko potęga wyobraźni. No i jest jeszcze krużganek w stylu Brunelleschiego. Jak zawsze bez zbędnych dodatków, najprostszy. Pełna przejrzystość, jakby spod arkad wydobywało się światło.

Po powrocie czytam dalszy ciąg żywota Pontorma przez Vasariego i Muratowa. Staram się zapamiętać szczegóły: zachwyt Rafaela młodzieńczym dziełem malarza, uznanie Michała Anioła, wybredność w przyjmowaniu zleceń i skłonność Pontorma do samotniczego trybu życia; pracownia na piętrze, do której wchodziło się po opuszczanej drabinie, co pozwalało skutecznie odciąć się od natrętów. Przyjaźń z Bronzinem, który miał namalować portret swego mistrza we fresku przedstawiającym zejście Chrystusa do piekieł. Vasariemu nie podoba się, że Pontormo porzucił u cystersów w Galluzzo swój dawny styl i zajął się odwzorowywaniem pomysłów Dürera.

Na inną okazję odkładam wizytę w Carmignano. Tamtejsze spotkanie Marii i Elżbiety jest dla wielu najpiękniejszym dziełem Pontorma obok fresków z kościoła Santa Felicita we Florencji. Dwie brzemienne niewiasty uchwycone w wąskiej uliczce w którymś z włoskich miast, zapewne we Florencji. Ich ruch dostojny, niemal taneczny i wyraz twarzy, który kryje wiedzę o tym, co nastanie.

MAREK ZAGAŃCZYK

 

Tekst z „Zeszytów Literackich” nr 139

* Fragment większej całości.