MAREK ZAGAŃCZYK, Greckie ścieżki

 

Pod niebem białym od chmur jadę w stronę Tajgetu. Droga wiedzie tuż nad urwiskiem, zboczem gór wysokich i groźnych. Wspinam się, pokonując kolejne szczyty. Silnik sapie, krztusi się i prycha. A to dopiero początek. Na szczęście szosa prowadzi teraz w dół. Zsuwam się więc w wąwóz, a właściwie w wąski przesmyk między skałami. Zewsząd napierają kamienne bloki tylko gdzieniegdzie opasane metalową siatką, tak aby uchronić podróżnych przed gradem spadającego kruszywa. Wypatruję rzeki, bo gdzieś musi tu być. Zdradza ją zieleń soczysta i świeża. Za chwilę jednak kolejny podjazd, i tak raz za razem, ta sama powtarzająca się rytmicznie sekwencja obrazów: wąwóz, uskok, wzgórze, szczyt, i kiedy wreszcie zdaje się, że w końcu musi być płasko — kolejne wzniesienie.

Wokół drogi rzadki las dębowy, bliżej szosy modrzewie, zaścielające dziurawy asfalt igliwiem wypalonym w słońcu na brąz. Mijam kilka miasteczek o nazwach nie do zapamiętania i pustych straganach bez powodzenia zachwalających tutejszy miód. Na zakrętach, tych groźniejszych, wygiętych i zasupłanych jak podkowa w rękach wiejskiego siłacza, dostrzegam metalowe kapliczki z niewielką ikoną i świecą czekającą, aż ktoś wreszcie zapali knot. Nie wiem, czy są znakiem śmierci, jak nasze krzyże przy drogach, czy raczej podziękowaniem za wrócone cudem życie.

A jednak góry także mają swój kres. Kończą się nagle, bez zapowiedzi. Rozstępują pod naciskiem nieba, ciężkiego dziś od burzowych chmur. Mogę wreszcie spojrzeć w dolinę Eurotasu. Wiem, że za chwilę odnajdę strome zbocze z kościołami Mistry i twierdzą na szczycie. Po raz pierwszy przyjechałem tu z Monemwazji przez Spartę drogą wśród drzew pomarańczowych i gajów oliwnych zmieniających się niczym pola na szachownicy. Podobnie jak wtedy chcę i teraz usiąść na drewnianej ławie pod kościołem Pantanassa i przesuwać wzrok bez przeszkód z lewa na prawo, z dołu do góry. Patrzeć w dal ku polom, gajom i rozciągniętym w dolinie jak zielonkawy dywan łąkom, pełnym rachitycznych drzew i krzewów. Cieszy mnie ten widok. Po chwili wracam spojrzeniem w bliższe okolice i przyglądam się przypominającym morskie ukwiały kopułom kościoła Hodegetria.

W kaplicach patrzę na tutejsze malowidła. Powstawały w tym samym czasie co dzieła Cimabuego i Giotta, co katedra w Sienie. Na jednym z nich postaci męczenników. Jerzy Ciechanowicz, przewodnik w tym miejscu niezrównany, pisze, że „ich wąskie stopy opuszczone ku dołowi, jakby unosząc się w powietrzu, wcale nie dotykały ziemi, upodabniając przedstawione postaci do barwnych motyli przyszpilonych do ściany pędzlem malarza”. Trudno pogodzić się z tym, że ci wyjątkowi artyści pozostają bezimienni, ukryci przez historyków sztuki pod początkowymi literami alfabetu. Bizantyjscy mędrcy, czciciele ludzkich talentów, orędownicy pełni, ciekawi wszystkich gałęzi wiedzy nie próbowali jednak nigdy zostać malarzami czy rzeźbiarzami. I nie darzyli artystów szacunkiem. Ważny był wizerunek, nie jego twórca, bo dzieło sztuki było dla nich zawsze fragmentem całości, stopniem na drodze myśli prowadzącej ku temu, co niedostępne.

Mistra skrywa niejedną tajemnicę. Była świadkiem wzlotu i upadku cesarstwa bizantyjskiego, jego dwóch ostatnich stuleci. Powstała w bliskości antycznej Sparty, właściwie na ruinach miasta pogromców Aten. Ale mimo że jej historia zaczyna się od twierdzy zbudowanej przez frankijskiego rycerza w 1249 roku, to słynie ona nie z siły oręża, ale z delikatnego jedwabiu i subtelnych idei tutejszych uczonych.

Studiując dzieje stolicy Paleologów oddanej w latach swej chwały pod opiekuńcze skrzydła dwugłowego orła, trudno się uwolnić od przekonania, że w Mistrze wszystko się miesza i łączy. Ten niewielki skrawek lądu jest, a właściwie był, jak Borgesowski ogród o rozwidlających się ścieżkach. Każda z nici mająca tu swój początek prowadzi daleko w nieznane. Aż w głowie szumi od nadmiaru myśli, nazwisk, zdarzeń i obrazów. Unia Kościołów Wschodu i Zachodu, podróż Jana VIII Paleologa do Europy, jego postój w Wenecji, doża w swoim Bucintoro i brązowe rumaki bazyliki San Marco zrabowane z Konstantynopola, freski Cossy w Ferrarze o mitologicznym scenariuszu, Wawrzyniec Wspaniały i jego florencka Akademia, Filippo Buonaccorsi z San Gimignano, przyjmujący imię Kallimacha, przyszły wychowawca polskich królów spoglądający na nas z płaskorzeźby Wita Stwosza w krakowskim kościele Dominikanów, wojowniczy Zygmunt Malatesta, wymalowany na ścianie kościoła w Rimini przez Piero della Francesca, Benozzo Gozzoli i jego Pochód Trzech Króli w Pałacu Medyceuszy. Są też dzieła późniejsze, może nieco dyskretniej przywołujące chwałę tego miejsca lub tylko korzystające z jego osobliwego charakteru, przede wszystkim Faust Goethego, bo to tu, w Mistrze, gdzie nigdy nie dotarł poeta z Weimaru, Faust spotyka Helenę Trojańską.

Spoiwem tych wirujących postaci, idei i obrazów, zuchwałych i tajemniczych zarazem, jest myśl Gemistosa Pletona przyciągająca szczególnie tych, którzy obdarzeni łaską wiary, zgłębiwszy sekrety Starego i Nowego Testamentu, pragnęli wrócić do Greków i ich zapomnianej mądrości. Spalone, zachowane jedynie we fragmentach, nigdy nieopublikowane dzieło Pletona O prawach można traktować jako tekst założycielski nowej religii filohellenów. Wśród jej wyznawców lub, ostrożniej mówiąc, gorliwych sympatyków znaleźli się nie tylko włoscy książęta, ale także późniejsi dostojnicy Kościoła jak Bessarion, który przechowywał w swojej bibliotece dzieła Pletona i nigdy nie potępił odstępstwa od wiary swojego mistrza.

Sędziwy, dziewięćdziesięcioletni Pleton umiera w Mistrze w 1452 roku. Nie wiadomo, gdzie znajdował się jego dom. „Ale wyobrażamy go sobie najchętniej — pisze Steven Runciman — jako filozofa ze starej tradycji perypatetycznej, przechadzającego się tam i z powrotem przed pałacem despotesów, jedynej równej, otwartej przestrzeni w tym tłocznym górskim mieście. Tam, pod życzliwą opieką rodziny cesarskiej i z dala od władz patriarchatu, Pleton mógł głosić swoje poglądy z pewną swobodą. Był jednak wystarczająco roztropny, by nie upubliczniać pism filozoficznych, w których jego doktryny mogłyby się wydać zbyt pogańskie nawet jego patronom”.

Poglądy polityczne Pletona dalekie były od ideałów ateńskiej demokracji. Wyraźnie opowiadał się za silną władzą i nic dziwnego, że był ulubieńcem myślicieli i polityków o skłonnościach do dyktatury. W 1464 roku kondotier Zygmunt Malatesta po zmaganiach z Turkami i oblężeniu Mistry przywiózł do Rimini szczątki Gemistosa Pletona. Złożył je w kamiennym sarkofagu, umieszczonym w niszy szarej, surowej bryły Tempio Malatestiano, tej osobliwej budowli projektu Albertiego, będącej raczej antyczną świątynią niż kościołem pod wezwaniem św. Franciszka.

Mistra wymaga wyobraźni, wytyczenia własnej ścieżki wśród ruin. Jedynie przyroda wydaje się tu niezmienna. Roślinność wspina się na mury, rozsadza bloki kamienia, oplata łuki, zarasta bramy. Jest wszędzie, w tle i na pierwszym planie. Pozwala zobaczyć więcej. To dzięki niej, dzięki sile tutejszego krajobrazu można, jak zauważa Runciman, wejść na scenę tego miasta i dojrzeć to, co było i co nadal istnieje. „Wyobraźnia podsuwa bogaty wybór, czy będą to wojownicy, czy artyści, wytworne damy bądź uczeni filozofowie […] lub zwyczajni kramarze i rzemieślnicy, i chłopi przychodzący na targ, których potomków możemy wciąż ujrzeć, jak pędzą swe kozy stromymi, wąskimi uliczkami, podczas gdy za nimi piętrzą się szczyty i przepaście Tajgetu, a przed nimi rozpościera się niezrównane piękno głębokiej doliny Sparty”.

Karolina Lanckorońska wyjechała do Grecji we wrześniu 1964 roku. Pojechała z Pauzaniaszem, Herodotem i Sofoklesem, z autorami, którzy towarzyszyli jej od dawna. A mimo to nadal czuła się nieprzygotowana, niegotowa na spotkanie z Grecją. Może teraz, w chwili wyjazdu, jeszcze bardziej niż za młodu, bo wtedy mniejsze były oczekiwania i nie zatarł się w pamięci ślad pierwszej lektury. A jednak udało jej się zapisać to, co zobaczyła, zdać sprawę z zachwytu, oczarowania zarówno grecką sztuką, jak i krajobrazem. I zrobiła to mimochodem, przy okazji, w kilkunastu krótkich fragmentach drukowanych najpierw w odcinkach w „Wiadomościach”, a potem złożonych w książkę. Warto ją czytać choćby dla historii niewidomego młodzieńca prowadzonego na Akropol. Chłopiec uważnie słucha matczynej opowieści i tylko od czasu do czasu czule dotyka kolumny, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę jest w miejscu, o którym marzył. Resztę musi sobie wyobrazić. Ale nie jest to trudne, bo matka mówi do niego z przejęciem, opisuje szczegółowo każdy fragment architektury, jakby wyświetlała przed jego niewidzącymi oczyma panoramiczny film z dobrze znanymi realiami. Przedstawia antycznych bohaterów i mitologicznych herosów jak bliskich znajomych, o których rozmawia się w domu od dawna, a może nawet czasami gości przy stole. Dla matki i syna, podobnie jak dla Lanckorońskiej, widok Partenonu jest odpowiedzią na tęsknotę całego życia za harmonią, za równowagą, za absolutną prostotą. Jest też dowodem na to, że warto czynić piękno, nawet gdy latami pozostaje ukryte, schowane za rzędem kolumn, za zewnętrznym fryzem, nieprzeznaczone do tego, aby na nie patrzeć. Partenon, mówi Lanckorońska, nie unosi człowieka wzwyż, tak jak to się dzieje w gotyckich katedrach we Francji, ale jest miarą innego obcowania z bogiem, trudnym wyzwaniem dla wyrosłych wśród odmiennych obyczajów, pod innym niebem.

Książka Lanckorońskiej została napisana z godnością i powagą. Bez lęku, że słowa i myśli, które przekazuje, wydadzą się komuś na wyrost, bo pochodzą z trudno dostępnego rejestru i brzmią archaicznie. Jakże często boimy się tych słów. Ubieramy je w metafory albo pomijamy ze wstydem. Trudno dziś znaleźć autora, który swoją grecką przygodę zacznie od wyznania: „Od pięćdziesięciu lat marzę o tej podróży, […] jadę, bo nie chcę umrzeć nie ujrzawszy ojczyzny humanizmu, którym żyję”. I w innym miejscu: „Do rzeczy największych, Bogu dzięki, człowiek się nigdy nie przyzwyczaja”. Lanckorońska podobnie jak Herbert zmaga się z greckim krajobrazem i wie, że zapewne nie uda jej się wyjść z tych zapasów zwycięsko. Wszystko bowiem w Grecji przemawia przeciwko nam, jest niezgodne z przyzwyczajeniami, z tym, co opanowaliśmy gdzie indziej. „O barwach greckich — zauważa Lanckorońska — w ogóle pisać trudno, bo są inne od tych, które zwykle oznacza nasze słownictwo, mają coś z zimnego blasku szlachetnego metalu czy szlifowanych kamieni. Jest to światło jakby intelektu, niemające nic wspólnego z ciepłym, zmysłowym światłem włoskim. Intensywność barw przekracza wyobraźnię tych, którzy ich nie widzieli, tak samo jak nie da się opisać przezroczystości powietrza”.

 

Lekturę Banville’a zawdzięczam pobytowi w Donnini. Otwiera pochód tytułów współczesnej prozy, o których nic wcześniej nie wiedziałem. O Nieskończonościach opowiedziała mi M., gdy wspomniałem o greckich bogach, o książkach Calasso, tropiących obecność mitu. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dobrze ta powieść przystaje do tego, o czym myślę. Niestety, dowodzi też, jak trudno pisać o tym serio. Bogowie greccy zastygli bowiem w klasycznej literaturze i każde ich pojawienie się w innych okolicznościach w najlepszym razie przesuwa niebezpiecznie tonację utworu w stronę buffo. W powieści Banville’a mówi się dużo o śmierci, o przenikaniu się nieskończonych światów. Mieszają się chrześcijaństwo i rzeczywistość greckich tragedii Eurypidesa, Grecja i Anglia. I są bogowie, jak to w mitologii, okrutni i śmieszni zarazem. Hermes i Zeus. Obecni prawdziwie, widomie, ciągle podlegający przemianom. Przyjmują ludzką postać, aby kochać lub niszczyć. Można się do nich zbliżyć, snując trudne do ogarnięcia rozumem rozważania o naturze nieskończoności. Ale nigdy nie da się spojrzeć w oczy boga. W tej grze pozorów i masek, pośród wiecznej inscenizacji stawką jest nie życie, ale śmierć. Bo to ona budzi zazdrość bogów. Jest ich ukrytym pragnieniem. Jedynym stanem, którego nigdy nie dostąpią. Śmierć jest i pozostanie dla nich wyzwaniem. To z jej powodu tak często stają obok nas w świecie wolnym od pokus nieskończoności. „Po cóż w tych czasach — mówi Banville’owski Hermes — mieliby bogowie zstępować pośród ludzi? Rzecz jednak w tym, że myśmy nigdzie nie odeszli — po prostu przestaliście nas bawić […]. Wycofaliśmy się jedynie, przyczailiśmy na pewien czas, daliśmy sygnał, że wiemy, kiedy nas nie chcą. Wszakże nie potrafimy się oprzeć pokusie, by od czasu do czasu przypomnieć wam o sobie, czy to z nieuleczalnej nudy, z zamiłowania do szelmostwa, czy też z ciągłej żywej nostalgii za prymitywnym światem, któryśmy sami stworzyli […]. Gdy w letni dzień nagły poryw wiatru kołysze wierzchołkami drzew albo kiedy z nagła spada ciepły deszcz, wówczas niechybnie to jeden z nas przemyka”.

 

MAREK ZAGAŃCZYK

Fragment większej całości.

Szkic z „Zeszytów Literackich” nr 140