MAREK EDELMAN, Wielka Akcja

 

Lipiec 1942. Cholerne upały. Jakieś dziwne rzeczy się dzieją w getcie. Z ludźmi trudno mówić. Szalone zdenerwowanie. Coś się będzie działo, „coś, coś”, ale co? Tysiące ludzi zadaje to samo pytanie. Ludzie gubią się w domysłach, nie śpią po nocach. Nie wiadomo, dlaczego i po co zapisują się do szopów niemieckich. Oddają swoje maszyny, likwidują interesy. Coś będzie, coś strasznego, ale co?

Wśród naszych straszne podniecenie. To już naprawdę teraz — już koniec. Jest przecież już po Wilnie, Lublinie… Teraz kolej na Warszawę — a może jeszcze nie, a może to jakaś przedwczesna panika. Nasi alarmują ze wszystkich stron, najgorzej z tymi, którzy nie wychodzą — od kilku dni dobija się [Icchak] Samsonowicz o rozmowę z Abraszą [Blumem]. [Welwł] Rozowski, który chodzi do niego ciągle, mu nie wystarcza. Pisze listy jeden za drugim, każdy nowy coraz straszniejszy. Jesteśmy wszyscy zalatani, spotykamy się 2–3 razy dziennie, by tylko załatwić najkonieczniejsze bieżące sprawy. Te krótkie nasze rozmowy są tak samo chaotyczne i nerwowe jak całe getto, właściwie się nic konkretnego nie robi — jakieś drobnostki, które by jeszcze dwa tygodnie temu były nieważne, są teraz najpilniejsze. Jedynie [Maurycy] Orzech ciągle kołacze gdzieś po aryjskiej stronie o broń. Ciągłe telefony, ciągłe przeciąganie sprawy i znów jakaś nadzieja — może za godzinę, może jutro […].

Ostatnie dwa dni przed akcją, nie wiadomo dlaczego, prawie całkowicie spędziłem z personelem szpitala. Nie mogłem nikomu powiedzieć tego, co czułem. Najbardziej wstydziłem się Abraszy. Zdawało mi się, że mi czyta z oczu i z wyrzutem mówi:

— Straciłeś wiarę w człowieka.

Spotykałem się z nim tylko w koniecznych wypadkach. Byłem w tym okresie dla niego pełen uwielbienia i podziwu. Ten człowiek widział pewno więcej niż ja, a tym niemniej wszystko dla niego było ważne. Umiał ludziom załatwić w tym czasie najdrobniejsze i najbłahsze sprawy. Muszą ciągle widzieć — mówił — że ktoś o nich dba.

Takeśmy ich przyzwyczaili, że partia [Bund] im wszystko załatwia, że gdyby na chwilę przerwać, czuliby się bezsilni i osamotnieni. Dziś, kiedy im najwięcej potrzeba poczucia pewności, musimy dalej to robić. Słuchałem, rozumiałem i podziwiałem, lecz sam nic nie robiłem.

Siedziałem na Żelaznej 101 u Doli [Keilson] w pokoju. Była Sonia [Nowogródzka] i Hela [Keilson]. Sonia była strasznie zdenerwowana, Hela starała się ją uspokoić. Wściekało mnie to, ale milczałem. Hela poszła, zostałem sam z Sonią. Była strasznie roztrzęsiona, cała dygotała. Podszedłem, położyłem jej rękę na plecach — i powiedziałem: spokojnie, spokojnie, jeszcze może kiedyś będzie dobrze. Jeszcze chwilę postałem, podałem jej kapelusz z dużym żałobnym welonem i wyprowadziłem na ulicę. Szliśmy na inne mieszkanie. Po drodze powiedziała: — Marek, czy ty naprawdę w to wierzysz? — Powiedziałem: tak. — Kłamałem.

Sonia coś we mnie przełamała. Stałem się inny dla ludzi nie w obejściu (o, na pewno nie), lecz w czynach i zainteresowaniu […].

 

Ludzie wpadają. Ciągle kogoś ubywa. Trudno nawet dokładnie stwierdzić, kiedy kto poszedł. Ciągle otrzymujemy z Umschlagu [Umschlagplatzu] alarmujące wiadomości. Marian [Merenholc] cały dzień jeździ tam. Ale dziesięć razy pojedzie, a jednego wyciągnie. Strasznie trudno w tej masie ludzkiej znaleźć kogokolwiek. Tylko na placu przed budynkiem są 2–3 tysiące osób. Ciągle są nowi sprowadzani. Masa ludzka płynie, faluje — ale mimo to jest cicho jak na cmentarzu, od czasu do czasu jakiś wystrzał lub krzyk żydowskiego policjanta — nie zbliżać się do drutów. To te same paniczyki — to ta sama złota młodzież, która w salonach się tak elegancko zachowywała, której ruchy były tak dystyngowane — dziś prowadzi warszawskich Żydów na śmierć. Dzisiaj są brutalni, przed tygodniem jeszcze brali łapówki i handlowali przy murach — dziś handlują życiem ludzkim, stawka jest równa, cena, jak dla nich, nawet niewygórowana, każdy z nich będzie żył, jeżeli w spokoju dostarczy 1700 łebków. Równowaga wartości jest utrzymana.

 

Po usilnych prośbach po raz pierwszy z Marianem na Umschlag. Była godzina druga. Mieliśmy wyciągnąć [Icchaka] Dembińskiego z rodziną. Przeszliśmy przez wachę, ależ wejść proszę bardzo, uśmiecha się żandarm, jeszcze jeden łebek i to bez kłopotów. Przed drutami stajemy obydwaj. Plac jest tak pełen, że kroku dalej zrobić nie można. Marian mnie dalej nie puszcza. Nie wydostaniesz się, zagarną cię razem z masą do wagonów. Marian sam próbuje się tam dostać. Zostaję przed ostatnimi posterunkami. Stoję oparty o drzewo jakieś dziesięć kroków od wejścia. Przede mną ciągle płyną ludzie. Strasznie długo to trwa. Nadchodzą Niemcy. Przygotowują ładowanie. Otwiera się wielka brama. Sześciu ich stoi z krótkimi pejczami [i] rękawami do góry podwiniętymi. Są w świetnych humorach. Jakby na najlepszej zabawie. Cały tłum skamieniał. Nikt się nie porusza. Tulą się do siebie. To zaraz — to już. Ale Niemcom się nie śpieszy, do czwartej brak jeszcze 20 minut. Odebrali karabin od jakiegoś Ukraińca i celują w przeciwległe okna. Na czwartym piętrze siedzi na oknie dwoje dzieci. Trzeba je ustrzelić. Przecież to zaledwie 400 metrów. Spierają się, jedni mówią, że 500. Widocznie się pogodzili, bo jeden wchodzi na taboret mierzy i strzela. Chłopiec spada — tysiące oczu odprowadzają go w tę ostatnią drogę. Nikt nie jęknął. Pewno wszystkich tak jak mnie trochę za dołek złapało.

Ale dzieło jeszcze nieukończone. Na oknie zostało widocznie jeszcze bardzo małe dziecko, które samo zejść nie może. Widać z tej odległości, że się bardzo szybko porusza. Drugi zawodnik staje. Pudło. Koledzy się śmieją głośno, głęboko, ten śmiech pewno z samego brzucha się wydobywa. Odetchnąłem. Może już koniec. Dziecko porusza się coraz szybciej, jakoś mniej regularnie. Nagle widocznie ktoś wszedł do pokoju, wyciąga rączki, staje. Trach — sucho zleciało głową w dół […].

 

[Adam] Czerniakow popełnił samobójstwo. Jest zimny wieczór. Słońce zachodzi na czerwono. Na siódmą umówiłem się z Marianem. On będzie miał ostatnie wiadomości. Stoję na rogu Żelaznej i Nowolipia pod szpitalem położniczym i chowam się przed wiatrem. Z Żelaznej 101 ciągle strzelają, trochę nieprzyjemnie tu stać, a Marian nie przychodzi. Na ulicy już nikogo nie ma. Usiadłem w bramie i czekam, naciągnąłem sweter na uszy, strasznie mi zimno, czekam. Strasznie się czas dłuży. Przed ósmą Marian przyszedł. Och, jak ja się cieszę. Jemu jednak robię wyrzuty, że się spóźnił itd.

— No i co nowego z Czerniakowem, [mów] prędko, bo późno.

— Wszystko razem szmelc. Na mydło. Stary się przestraszył. Jakichś podobno nowych kontyngentów od niego żądano.

Jakieś kamienie ci się kładą na plecach i tłoczą do ziemi, stajesz się taki mały, bezsilny, coś cię dusi w gardle. Nie czuję, jak idę i kiedy się znajduję w domu. Jestem wypłukany. Przecież to nic nowego — przecież już się do tej myśli przyzwyczaiłem. — Ale ciągle nowe dowody, że to już na pewno, że to już wszystko nieodwracalne, że się nic nie zmieni […].

 

Przenieśliśmy naszą kwaterę główną do Soni, mieszkania na Nowolipie 7. Mieszkał tam tylko [Chil] Filozof, który przychodził dopiero wieczorem, [Dawid] Klin był już po aryjskiej stronie. Wygoda polegała na tym, że był tam jeszcze czynny telefon. Połączenie z aryjską stroną i Miedzeszynem. Był tam zawsze ktoś z nas, a najczęściej wszyscy razem. Orzech dzwonił 2–3 razy dziennie, czekało się jego telefonu jak zbawienia, a może jednak. Jeżeli nie broń — to może uda się wyciągnąć choć kilkadziesiąt osób. Przecież teraz nic innego nie robimy, jak ciągle się kogoś wyciąga. Ciągle ktoś wpada i ciągle tak samo jedziesz na Umschlag, wyczekujesz godzinami na odpowiedni moment, aż ci się uda, jak ci się nie udaje — nagłe ładowanie — wracasz sam ledwo z życiem i naprawdę się nie możesz wytłumaczyć, dlaczego się nie udało. [Abraham Sznajdmil] Berek bardzo obstaje, a idź jeszcze raz. Nic nie odpowiadasz i idziesz — wiesz, że to na nic, ale idziesz i znów wracasz z niczym, ale też cię już nikt nie pyta, w międzyczasie zapomniano, tyle nowych spraw, nie, nie spraw — ludzi, ludzi znów zginęło. I nie ma rady, idziesz znów na noc na Umschlag. Noce są zawsze bardziej szczęśliwe.

 

MAREK EDELMAN

 z rękopisu odczytała Zofia Lipecka

z oryginałem porównała Martyna Rusiniak-Karwat

oprac. Red. „ZL”

 

Fragment wspomnień spisanych najprawdopodobniej w latach 60. dla żony Aliny Margolis-Edelman. Całość ukaże się wkrótce nakładem Instytutu Studiów Politycznych PAN i Zeszytów Literackich w opracowaniu Martyny Rusiniak‑Karwat. Tytuł pochodzi od Redakcji „ZL”. Niniejszy fragment drukujemy w 75. rocznicę Wielkiej Akcji w getcie warszawskim, 1942.