MAŁGORZATA ŁUKASIEWICZ „Nieznany scenariusz W. G. Sebalda”

 

Tym razem opowieść dotyczy audycji. 15 lipca 2015 roku niemiecka rozgłośnia WDR nadała słuchowisko według scenariusza W. G. Sebalda pt. Jetzund kömpt die Nacht herbey — Ansichten aus dem Leben und Sterben des Immanuel Kant (Teraz nadchodzi noc — Widoki życia i śmierci Immanuela Kanta; pierwsza część tytułu to początek wiersza Martina Opitza). Scenariusz powstał na początku lat osiemdziesiątych z myślą o realizacji telewizyjnej. W pisarskiej biografii Sebalda wyznacza pewną cezurę — to pierwszy krok germanisty i badacza literatury w stronę prozy operującej fikcją. To także jedyny utwór, w którym Sebald daje się poznać jako świetny autor dialogów. Pozostał w szufladzie, ponieważ nikt nie zainteresował się produkcją filmu w przekonaniu, że nic dobrego z tego wyjść nie może. Wkrótce potem podobny los spotkał scenariusz filmu o Wittgensteinie — Leben Ws; ten utwór jednak przynajmniej doczekał się publikacji (w: Saturn’s Moons. W. G. Sebald — A Handbook, ed. Jo Catling, Richard Hibbitt; po polsku Życie W., tłum. Małgorzata Łukasiewicz, w: Język i gra. Rozrachunki z Wittgensteinem, red. Jakub Kloc‑Konkołowicz, Adam Lipszyc).

Widoki życia i śmierci Immanuela Kanta nie zostały jak dotąd opublikowane, a rękopis — zresztą w trzech nieco odmiennych wersjach — znajduje się w Deutsches Literaturarchiv w Marbach. Ożył w nadanym teraz słuchowisku. Trwa niecałą godzinę, składa się z dwudziestu scen, są to niejako migawki pokazujące Kanta w różnych codziennych sytuacjach rozrzuconych w czasie. Towarzyszy im głos narratora, który pełni tu funkcje reżyserskie, odczytując wskazówki co do układu sceny, ruchu kamery, zmian oświetlenia. Kant gra w bilard, gawędzi z przyjaciółmi przy podwieczorku, robi notatki, wykłada, spaceruje. Wokół niego inne postaci: służący Lampe i jego następca Kaufmann, Ehregott Wasianski, Joseph Green — bliscy przyjaciele, Nicolovius — sąsiad, którego Kant prosi o przykrócenie topoli, które rosnąc, stopniowo zasłoniły widok wieży kościelnej, studenci (o których narrator mówi, że ubrani są jednakowo, toteż z tyłu można ich rozróżnić tylko po fryzurach, i dorzuca: „tak jak dzisiaj”), siostra i siostrzeniec Kanta, wreszcie pojawiający się w ostatniej scenie tajemniczy nieznajomy.

W uwagach wstępnych autor deklaruje, że nie zadowalają go — jak to nazywa — filozoficzne pocztówki, czyli stereotypowy wizerunek filozofa i hasłowe streszczenie jego myśli, tak jak kwitują to podręczniki — i chciałby przedstawić Kanta z innej perspektywy. Kant, który w obiegowej wersji ukazuje się jako okazowy pedant, maszyna do myślenia bez ludzkich właściwości, nieraz już korcił literaturę do ujęć alternatywnych, przypomnijmy choćby sztukę Thomasa Bernharda Immanuel Kant, a z dawniejszych czasów — esej Bolesława Micińskiego Portret Kanta. Przede wszystkim jednak wymienić trzeba najważniejsze chyba źródło inspiracji Sebalda, mianowicie Ostatnie dni Immanuela Kanta Thomasa de Quinceya. Bo kim, jeśli nie Quinceyem, może być ów przybywający na sam koniec anonimowy gość, wytworny i egzotyczny? Pojawia się osobiście, jako autor eseju, i symbolicznie na znak, że to właśnie literatura, nawet nieproszona, czuwa do ostatka.

Zgodnie ze wstępną zapowiedzią u Sebalda nie mówi się o imperatywie kategorycznym, o rzeczach samych w sobie, o poznaniu a priori etc. Ale zamysł scenariusza nie sprowadza się przecież do prostej subwersji, odbrązowienia i tzw. perspektywy kamerdynera. Jaki więc Kant wyłania się z Widoków?

Sceny ułożone są chronologicznie i w tym wypadku nie jest to zabieg wyłącznie porządkujący. Przemyślne konstrukcje materii z biegiem czasu niszczeją i rozpadają się. Natura wyłania i gubi całe systemy gwiezdne, z niebywałym nakładem energii tworzy skomplikowane organizmy i skazuje na zagładę całe gatunki żywych istot. W słuchowisku Kant mówi słowami z Allgemeine Naturgeschichte und Theorie des Himmels, swojego pierwszego wielkiego dzieła, opublikowanego anonimowo: „Gdy ginie jakaś kosmiczna budowla, nie można przecież nad tym ubolewać, jakoby natura poniosła prawdziwą stratę”. Jedna z rozmów dotyczy trzęsienia ziemi w Lizbonie — jakżeby inaczej, to obowiązkowy temat filozoficznych dysput tamtego czasu. Ale scenariusz skupia się na czymś innym, śledzi procesy natury na malutkim poletku, w obrębie jednego żywego organizmu, ciała Immanuela Kanta. Cudowny twór, jakim jest geniusz myśli, psuje się. Myśląc i rozprawiając o naturze, sam jest jej cząstką i obiektem jej działania: starzeje się, siły go zawodzą, zbliża się do śmierci. Natura, o której tyle miał do powiedzenia, nie potrzebuje jego „ciepłego oddechu”. Jak na królestwo konieczności przystało, trzyma się prawideł, co oznacza, że jest rozrzutna, marnotrawna i obojętna wobec swoich tworów.

To już jest bardzo Sebaldowskie, jesteśmy tu niejako u źródeł Naturgeschichte, jednego z centralnych motywów jego pisarstwa. To, co nazywamy historią, zdarzenia inicjowane przez ludzi, zdaniem Sebalda ma wszystkie znamiona procesu naturalnego, razem z jego bezmyślnością i nieczułością wobec katastrof.

Czy należy wierzyć opinii, że z tego scenariusza nie powstałby dobry film? Film akcji pewnie nie, ale obraz filmowy, przykuwający całym bogactwem swoich środków? Kiedy słucha się lektora, wrażenia wizualne, specyficzne dla sztuki filmowej, narzucają się z całą mocą — zmiana planów, ruch kamery, która wyławia kolejne sceny i detale, przejścia od pełnego światła do zaciemnienia. Jest jednak też druga strona, a jako czytelnicy Sebalda dobrze o tym wiemy. Bo czy film nie zjadłby scenariusza? Czy wizualność zrealizowana nie zatarłaby tej czarodziejskiej sprawczej mocy słów? Może lepiej — słuchając audycji, czekając na publikację scenariusza — zostać przy samych słowach, które przywołują obrazy, niż tłumić je obrazami.

 

Małgorzata Łukasiewicz

W. G. Sebald, Jetzund kömpt die Nacht herbey — Ansichten aus dem Leben und Sterben des Immanuel Kant, WDR, reż. Claudia Johanna Leist.