MACIEJ MIŁKOWSKI „Nieruchomości”

1.

„Wiedeń–Kraków. Tani transport” — czytam na pomiętej kartce papieru.

— Skąd to masz? — pytam.

— Zerwałam ze słupa ogłoszeniowego.

Ślady taśmy klejącej, domowa drukarka. Twórczość spontaniczna, oddolna. Takie okazy są najpiękniejsze.

— Podoba ci się? — pyta.

— Bardzo — mówię. — Coś dla Eichmanna. On się zajmował tanim transportem. Trasa też jak najbardziej.

Żona wie, czym się interesuję, więc znosi mi rozmaite artefakty tego typu. Na przykład zdjęcie witryny sklepu odzieżowego z napisem „Ostateczna likwidacja”. Likwidacja jakiejś tam kolekcji oczywiście. Albo wywiad z deweloperem, który mówi, że „Kazimierz to znakomity przykład udanej rewitalizacji dzielnicy”. Rewitalizacji! Nazwisko Himmlera, głównego okolicznego rewitalizatora, w wywiadzie nie pada.

Ogólnie wywiady są najlepsze, bo łączą improwizację z troskliwym planowaniem, bo rozmówcy trochę się kryją, a trochę odsłaniają — w odpowiednich proporcjach przedstawiają wypracowany wizerunek publiczny i autentyczne przemyślenia. Trochę mówią to, co — jak sądzą — powinni powiedzieć, a trochę jednak to, co naprawdę myślą. Wydobywanie jednego spod drugiego to jest zadanie krytyka kultury.

Na przykład taki piękny cytat z innego wywiadu (mówi personal coach, cokolwiek to znaczy): „Bezczynność nie czyni człowieka wolnym. Prawdziwie wolnym czyni nas tylko aktywność, działanie na rzecz innych, rozwój osobisty, praca”. Praca! Było, było. Na odrzwiach bramy ten się napis czyta. To są zresztą piękne słowa i wielka szkoda, że nie powiedział ich Goethe albo że nie wypisano ich na bramie Akademii Platońskiej, bo byłoby jak znalazł na szkolne uroczystości.

Aż żal, że te wywiady powyrzucałem. Bo ja te eksponaty od razu wyrzucam. Jestem za tym, aby piękno było nieuchwytne i jednorazowe. Paraliżujące piękno Trzeciej Rzeszy — faktycznie tysiącletniej i nieśmiertelnej.

Wyrzucam, chociaż mógłbym zbierać jako notatki do planowanej od lat książki. Nie zbieram — bo jednak nie zamierzam jej pisać — a gdybym kiedyś zmienił zdanie, to materiału z pewnością mi nie zabraknie. Trzecia Rzesza jest wszędzie. Wedle jej wzorów organizowane są szkoły, urzędy, zakłady pracy, sklepy, kąpieliska, toalety publiczne, place zabaw i instytucje dobroczynne. Tak, instytucje dobroczynne też. Wystarczy odnieść tam worek niepotrzebnych ubrań, aby obejrzeć sobie małpoluda z nahajką dokonującego błyskawicznej selekcji — podwójnej selekcji zresztą: przedmiotów i ludzi, dawców i biorców. Selekcje prowadzi się też przed dyskotekami. Nawet używa się tej nazwy, tylko w wersji angielskiej — selection zamiast Selektion. Rampa jest gustownie oświetlona. Reszta tak samo.

Gdybym miał pisać książkę o nieprzemijającym dziedzictwie nazizmu, to kolejne rozdziały zbudowałbym wokół modnych kierunków studiów. „Marketing i zarządzanie”: Goebbels i Himmler. „Public relations”: Goebbels. „Human resources”: Himmler. Już samo to sformułowanie: zasoby ludzkie. Zarządzanie zasobami ludzkimi! Wagon węgla, wagon ludzi — te same problemy. Jeszcze Eichmann, à propos wagonów: transport i logistyka. I jeszcze obrót nieruchomościami — ale to akurat jest dziedzina bez wyrazistego patrona, to już lud załatwia spontanicznie i oddolnie. A na okładkę książki dałoby się Hitlera z dzieckiem, bo po pierwsze, to jest czytelna metafora dziedzictwa i ciągłości, a po drugie, to właśnie Hitler wymyślił tę sztuczkę, żeby na wiecach fotografować się z dziećmi, co dziś robi każdy liberalny demokrata.

Pewnie jednak nie napiszę tej książki, bo byłaby ona — jak każde dzieło z zakresu krytyki kultury — głównie zapisem stanu pokiereszowanego umysłu autora. Jak w tym starym dowcipie:

— Dzieci, z czym wam się kojarzy zima?

— Ze śniegiem, bałwankiem, sankami!

— A tobie, Maćku, z czym się kojarzy zima?

— Z Holokaustem.

— Dlaczego z Holokaustem?

— Bo mnie się wszystko kojarzy z Holokaustem.

 

2.

— No i widzisz — mówi dziadek. — U mnie tyle. Leżę tak tutaj. A u ciebie co? Jak ci tam, w tym Krakowie?

— Dobrze — mówię. — Dobrze się nam żyje.

— A mieszkanie tam jakieś macie? — pyta.

— Wynajmujemy.

— Aaa… Ciągle wynajmujecie, no tak. A tu byście nie chcieli wrócić?

— Gdzie tu? — pytam.

— No tutaj. Bo tu będziesz miał zaraz puste mieszkanie.

— Dziadku…

— Będziesz miał! A co myślałeś, że ile to jeszcze potrwa? No ja też mam nadzieję, że nie jutro, ale ile ja tu jeszcze… Miesiąc? Rok? Może i ze dwa lata…

— Przecież poza tym, że nie wstajesz — zaczynam — trzymasz się całkiem nieźle.

— Poza tym, że nie wstaję! Dobre „poza tym”! A ty myślisz, że ile tak można w łóżku leżeć? Jak się ma tyle lat co ty, to może i można. Jeszcze w jakimś dobrym towarzystwie… Ale ja mam prawie dziewięćdziesiąt lat! I co myślisz, że mi się nie nudzi tak leżeć? No nudzi mi się jak jasna cholera! A mieszkanie będzie twoje. Nikogo innego nie ma w kolejce. Jesteś jedyny syn jedynego syna. I dobrze. Tyle że ty pewnie w Łodzi już nie chcesz, co?

— Średnio — przyznaję.

— To sobie sprzedasz tu, a kupisz sobie tam. O! A weź się przejdź jeszcze po mieszkaniu. Jakbyś coś chciał, to sobie od razu bierz. Mnie to już wszystko na nic.

— Dziadku, ja nic nie chcę.

— Dobra, zdążysz jeszcze. To już wszystko twoje. I dobry chłopak jesteś. Niejeden toby dziadka poduszką przycisnął, aby się szybciej dobrać do spadku.

— Coś ty, dziadku…

— A tak! Nie wiesz, jacy są ludzie… No nic. Dobrze, żeś mnie odwiedził. Poza twoimi rodzicami nikt mnie już nie odwiedza. Ale w niedzielę będę miał gości. Z urną do mnie przyjdą. Nie że po moje prochy, tylko żebym mógł zagłosować. Taka Ameryka! A ty będziesz głosować? Możesz już głosować, nie? Ile ty masz lat teraz?

— Trzydzieści pięć.

— To i kandydować już możesz! Ale walnąłem! Pomyślisz teraz, że dziadek ma alzheimera. Ale ja jeszcze wszystko wiem, wszystko kojarzę, tylko czasem się tak nie mogę, wiesz, skupić. Kawy bym się napił, toby mi się poprawiło. No ale kawy podobno nie można. Lekarz nie daje. Żebym nie umarł w zbyt dobrej formie, rozumiesz. Szkoda by było. A ty będziesz głosował tu czy tam?

— Tutaj — odpowiadam. — Zostanę do weekendu. Jeszcze wpadnę do ciebie jakoś.

— Świetnie… No a na kogo będziesz… jeśli można… na tego, co twoi rodzice pewnie, co?

— Pewnie i tak — mówię — chociaż bez nadmiernego entuzjazmu.

— A nie przeszkadza ci, że on…

— Że co?

— No, że on jest… — urywa.

— Co?

— No wiesz…

— Nie wiem.

— Ja tam nie mam nic przeciwko — mówi dziadek po chwili. — Ja miałem pośród nich wielu przyjaciół nawet… Ale ja się ciebie pytam, czy w rządzie Izraela jest jakiś Polak, co? No chociaż jeden?

— W pewnych okresach to sami Polacy mniej więcej.

— Eee… Głupoty gadasz! Jacy tam Polacy. No ja nie twierdzę, że oni nie umieją po polsku. Umieją doskonale! Żeby ciebie mamić! „Poznaj język wroga”: to jest ich zasada. I bardzo słusznie! Powinniśmy się od nich uczyć. Wiele moglibyśmy się od nich nauczyć. Jak wspierać swoich i zwalczać obcych. A u nas odwrotnie: gryźć się z Polakami i wysługiwać obcym.

I tak dalej, i tak dalej. Nic nowego. Zastanawia mnie tylko, skąd się to bierze, że jak ktoś mówi, że ma wielu przyjaciół Żydów, to zawsze się okazuje, że to antysemita. Ja tam na przykład nie mam żadnych przyjaciół Żydów. Raz — że nie mam żadnych przyjaciół. Dwa — że w tym kraju nie ma żadnych Żydów. Polska jest całkowicie Judenfrei. Trochę to zajęło, przeciągnęło się do sześćdziesiątego ósmego, niemal ćwierć wieku później, niż to zakładał plan pierwotny, ostatecznie się jednak udało. I może stąd się to wszystko bierze? Może Polska jest krajem antysemickim, nie pomimo że nie ma tu żadnych Żydów, ale właśnie dlatego, że ich tu nie ma. Może to jest z tęsknoty, może z poczucia winy po prostu. Może ten nieszczęśnik faktycznie miał wielu przyjaciół Żydów, a potem miał jakiś udział — choćby i bierny — w tym, że ich przestał mieć. I teraz, żeby zasypać tę dziurę, woli sobie samemu wmówić, że to jednak były pijawki, pluskwy i karaluchy. Narobił świństw — grubych lub drobnych — i teraz woli samego siebie przekonać, że robił świństwa innym świniom, a nie swoim dobrym kolegom po prostu.

Eee… Nazbyt wyrafinowana interpretacja. W skali narodu może i jeszcze tak, ale w skali tego jednego umierającego przeciętniaka chyba jednak nie. Tyle że w skali pojedynczych ludzi wszystko jest zawsze niewyobrażalne i niewytłumaczalne, a tymczasem masy i narody z powodzeniem organizują kolejne rzezie i wywózki.

A pan dziadek coś jednak musi mieć za uszami, bo inaczej jaki by miał powód, aby koło dziewięćdziesiątki aż tak się tym emocjonować? No bo skąd on niby ma to mieszkanie na przykład? Skąd dwudziestoparolatek z Czarnej Dupy wziął ogromne mieszkanie w kamienicy w centrum Łodzi? Trzeba będzie go o to kiedyś spytać. Ale na razie nie pytam, w ogóle nic nie mówię, chociaż nie, chyba jednak mówię, bo on się coraz bardziej piekli. No tak, niestety, mówię, wchodząc mimowolnie w kabaret. Mówię, że jaki on tam Żyd z tym jego sarmackim wąsem.

— A co ty myślisz? — krzyczy dziadek. — Że im wąsy nie rosną?

— To bardziej już brody, nie?

— A co to jest za problem zgolić brodę i zapuścić wąsy? Tyle trzeba, żeby cię omamić! Wodę ci z mózgu robią! Co ty myślisz, że ja nie wiem, co się dzieje? Że ja nie czytam tej twojej gazety? Czytam! Wiem wszystko. Jak cię chcą oszukać! Wąsy zapuścił i ty już myślisz…

— Dziadku — próbuję. — To był żart. Poza tym, gdyby on rzeczywiście był Żydem, to mnie to nie robi żadnej różnicy.

— I tu się z tobą zgadzam — mówi dziadek. — Ja też nie mam nic przeciwko. Tylko niech on kandyduje pod prawdziwym nazwiskiem.

— Dobra, dziadku…

— No już nic nie mówię. Ja widzę, że ty się denerwujesz.

— Ja się denerwuję?

— Ty się denerwujesz. Ja się denerwuję. Sam widzisz, ile nam oni krwi napsuli. Ciśnienie mi skacze tylko.

— Zamiast kawy — mówię pojednawczo.

— Też prawda. Ale dowcip to ci jeszcze opowiem.

— O Żydach? — pytam.

— Nieee… To znaczy, w sumie częściowo. Opowiadać?

— Dawaj — mówię.

— Kiedy Olisadebe zostanie prawdziwym Polakiem?

— A kto to jest Olisadebe?

— Piłkarz taki, Murzyn. To znaczy, przepraszam, jak to będzie po twojemu? Afropolak, tak? No, ale on wcześniej nie był Polak, tylko go zrobili Polakiem. W sumie bardzo słusznie.

— No i kiedy?

— Co kiedy?

— Kiedy będzie prawdziwym Polakiem?

— Jak przeprosi za Jedwabne. Dobre, nie?

— Niezłe w sumie — przyznaję. — Lepsze, niż myślisz.

 

3.

— Wysłałem ci dwa ogłoszenia — mówię. Żona wie, czym się interesuję, a ja wiem, czym interesuje się ona. Sekret szczęśliwych małżeństw. — Żebyś nie myślała, że ja tu, w tej Łodzi, próżnuję. Widziałaś?

— Widziałam — mówi. — Trochę drogo…

— A ty coś znalazłaś? — pytam.

— Jedno. Duże, jasne. Ale na Paulińskiej… To w sumie nie jest jeszcze taki prawdziwy Kazimierz.

— Wystarczająco prawdziwy jak dla mnie.

— To trochę chore jest, wiesz? Wszędzie się można czegoś doszukać. Wszędzie jest jakaś historia, ponura najczęściej… Po co się teraz biczować? Czy to twoja wina? Zabiłeś kogoś? To co, nikt ma teraz nie mieszkać na tym Kazimierzu?

I to jest w sumie dosyć proste pytanie, myślę sobie. Oczywiście, że nikt ma tam nie mieszkać. Należałoby wszystko wyburzyć i zaorać. Zasypać czarnoziemem i zostawić tę ziejącą czarną dziurę w samym środku miasta, w środku Polski i Europy. Jako metaforę. Im większa i czarniejsza, tym lepiej. Żeby było widać z góry. Najlepiej z kosmosu. Holokaust: jedyne dzieło ludzkiej ręki widoczne z kosmosu.

— Patrzyłam też… tylko nie zrozum mnie źle… na ceny mieszkań w Łodzi.

— I co?

— W centrum przyzwoicie. Mielibyśmy gdzieś na połowę, może nawet dwie trzecie idealnego mieszkania tutaj. Resztę się jakoś wykombinuje.

— No to już raczej nie potrwa długo — mówię.

— Dobra, przestań.

— Bez tego nigdy sobie nie kupimy mieszkania, taka jest prawda. A on wiecznie żył nie będzie. Ja go do grobu nie popędzam, chociaż dzisiaj mnie strasznie wkurwił.

— Czym?

— Szkoda gadać — odpowiadam. — Tym, co zwykle.

— Słuchaj, on ma dziewięćdziesiąt lat.

— No tak, a jak miał czterdzieści, to był Bertrandem Russellem.

— Pójdziesz do niego jeszcze w tym tygodniu?

— Tak. Może jakoś w weekend. Niech rodzice trochę odpoczną. W niedzielę wracam, ale pewnie wcześniej jeszcze do niego zajrzę. Chcę go trochę podpytać.

— O co?

— O to mieszkanie.

— W jakim sensie? — pyta.

— W takim sensie, że bardzo mnie ciekawi, skąd je właściwie wziął. Znalazł się w tej Łodzi, nie wiadomo skąd, w czterdziestym piątym i od razu zajął naprawdę ładne i duże mieszkanie w samym centrum.

— Ale myślisz, że co?

— Myślę, że ktoś tam jednak wcześniej musiał mieszkać, nie?

— I co z tego?

— W sumie nic. Ale skoro to ma być moje, to spytam. Dobrze zresztą, że jestem jedyny w kolejce. Mówiłem ci, jak było z mieszkaniem po drugich dziadkach?

Mówiłem, wiele razy mówiłem. Wujek przyjechał z jakąś pseudorodziną — osiemnasta woda — i splądrowali wszystko. Szafki z kuchni zdejmowali, meble, jakieś stare dywany, wycieraczkę wzięli, nawet zlew odkręcili. „Zlewu, kurwa, w domu nie masz?” — krzyczała potem matka. Takie klimaty.

I stąd się to wszystko bierze. Z tego zlewu. Miał już wcześniej zlew, ale teraz będzie miał drugi. Lepszy niż wcześniej. Albo i taki sam, ale drugi. Chociaż najczęściej jednak lepszy. Miał, ale może nie taki, nie w takim miejscu, nie w centrum.

Bo to jest źle postawione pytanie: „Czy ty kogoś zabiłeś?”. A w domyśle: „Czybyś kogoś zabił? Siekierą, sąsiada”. Na tak postawione pytanie każdy odpowie, że nie — i będzie miał na to w swoim życiorysie całe mnóstwo argumentów, bo przecież nigdy wcześniej, nigdy nikogo, jednak bez przesady. Inna rzecz, że ci, którzy owszem, sąsiada siekierą, też na ogół mieli wcześniej zupełnie znośne życiorysy: też nigdy nikogo, też bez przesady. O wiele celniejsze jest jednak inne pytanie — nie: „Czybyś zabił?”, ale „Czybyś sobie wziął płaszcz, buty, mieszkanie, kołdrę, zlew?”. Gdyby ktoś poprzedniego właściciela — ktoś albo w ogóle nie wiadomo kto… Gdyby poprzedni właściciel jakoś grzecznie zniknął, a buty miałyby leżeć i się marnować? Gdyby mieszkanie stało puste? Gdyby zupełnie dobry płaszcz?

Może i byś nie zabijał — ale czybyś korzystał? Wziąłbyś? Założył? Wprowadził się? Odkręcił zlew?

 

4.

— Ale o co ty mnie pytasz? O co ty mnie właściwie oskarżasz? Mówiłem ci. Stało puste. Wszystko tu puste było. Okna nie było ani jednego. Gdzieś musiałem zanocować. I tak już zostałem.

— Mówiłeś, że dostałeś z przydziału służbowo.

— No tak, ale to już potem. Parę lat później dostałem przydział.

— Czekaj, dziadku — mówię. — Nie rozumiem. I co ci wtedy przydzielili?

— No to samo. To moje mieszkanie właśnie.

— Przydzielili ci mieszkanie, w którym już od kilku lat mieszkałeś?

— No tak — mówi dziadek. — A po co się miałem przeprowadzać? Tak to się wtedy załatwiało. A papiery masz w porządku, nie martw się.

— Jakie papiery?

— A co ty myślisz, że ja nie wiem, o co ty mnie pytasz? Dostałem z przydziału gdzieś w czterdziestym ósmym, może dziewiątym. A po osiemdziesiątym dziewiątym wykupiłem na własność. Papiery czyste. Jest twoje. To znaczy na razie moje, ale wkrótce już twoje.

— A nie dowiadywałeś się nigdy, kto tu mieszkał wcześniej? — próbuję. — To znaczy przed wojną?

— Nie.

— Nie?

— Nie — powtarza.

— A był tu może po wojnie ktoś jeszcze sprzed wojny?

— Nie. Nikt. Wszystko puste stało. Chociaż, czekaj…

— No?

— Jeden był. To znaczy zaraz po wojnie go nie było, ale potem wrócił. W oficynie mieszkał. Ubek. Jak oni wszyscy.

— Jacy oni?

— No wiesz. Oni wszyscy, jak przeżyli wojnę, to wstępowali zaraz do UB. Ale ty nie będziesz o tym chciał słuchać. Nieważne. Nazwiska sobie nie przypomnę. Zęby mi leczył. Dobry był nawet.

— To ubek czy dentysta w końcu? — pytam.

— Oficjalnie dentysta, ale ja swoje wiem. Oni wszyscy wtedy, mówiłem ci już. To był świnia, nie człowiek, wiesz, jak on mnie potraktował na koniec?

— Jak?

— Ząb mi zatruł. Bolało jak cholera — mówi i robi minę, jakby go znowu bolało. — Kazał przyjść za dwa tygodnie. Ale po tygodniu ja go spotykam, a on mi mówi, że już mi tego zęba nie skończy, bo jutro jedzie do Izraela. Ja go pytam na ile, a on mi mówi, że na zawsze. Wyobrażasz sobie?

— Który to mógł być rok?

— Czy ja wiem… — zastanawia się. — Sześćdziesiąty szósty, sześćdziesiąty siódmy…

— Może ósmy?

— No może. Nie pamiętam. Ale powiedz, czy Polak by tak postąpił? Czy on tydzień wcześniej nie wiedział, że wyjeżdża?

— Mógł nie wiedzieć.

— A tam… Oni zawsze wiedzą wszystko z dużym wyprzedzeniem. Mówię ci. Z dnia na dzień. Rozumiesz? Fotel po nim został.

— Jaki znów fotel? — pytam, rozglądając się na boki.

— No dentystyczny. Wzięli go potem do przychodni na rogu.

I na tym to właśnie polega, myślę sobie. Dentystę wypędzili, ale fotel został i komuś się potem przydał. A oni, wyganiając dentystę, wiedzieli — co więcej — liczyli na to, że on ten fotel zostawi. Mieli słuszną nadzieję, że on, uciekając, zgubi buty. Nawet jeśli nie osobiście, siekierą, to w każdym razie zawczasu przyczaili się na trasie ucieczki, wzięli worki, torby, taczki — i czekali, a nieraz przynaglali. Płaszcz ma leżeć? Mieszkanie stać puste? A jeszcze klucze weź, to się zlew odkręci.

Na tym to właśnie polega, myślę, tak to działa w skali całego kraju. Wszyscy na tym skorzystali, wszyscy się na tym pożywili, cały naród się na tym trochę podpasł. Łatwiej się było w pożydowskim płaszczu i pożydowskim mieszkaniu jakoś po tej całej wojnie pozbierać. Wymordowanie albo wygnanie paru milionów współobywateli wszystkim tu dobrze zrobiło. No, rozluźniło się trochę na rynku pracy i rynku nieruchomości. W skali makro się poprawiło. A w skali mikro też — w każdym domu jest jakaś szafa, jakiś zegar i jakiś dywan, no bo buty po tylu latach to chyba już jednak nie, chociaż może i buty, kto to wie. Każdy się jakoś pożywił — jedni mniej, inni więcej, jedni bezpośrednio, inni w drugim albo trzecim pokoleniu. Jeszcze inni — jak ja — dopiero się na tym pożywią. Ruchomości i nieruchomości raz wprawione w ruch wędrują sobie z pokolenia na pokolenie. Wieczna marszruta porzuconych w rowie butów. Nieśmiertelność złotych zębów w depozytach szwajcarskich banków.

— Kiedy wracasz? — pyta dziadek.

— Jutro.

— To już pewnie do mnie nie przyjdziesz?

— Za miesiąc znowu będę w Łodzi.

— Za miesiąc to nie wiem, czy ja będę w Łodzi. Chyba że w łodzi Charona, że tak powiem.

 

5.

— Przepraszam, że pytam — mówi Patryk, doradca klienta (jak głosi plakietka), czyli mój doradca w sumie. — Przepraszam, że pytam, ale czy państwo mają już swój wkład własny?

— Swój własny mamy mieć — mówię.

— Ale jeszcze…? Czy jednak już?

— Jeszcze nie, ale…

— Spadek, tak? Rozumiem. Nic nie trwa wiecznie. No tak. Ale sądzą państwo, że w najbliższym, że tak powiem, czasie?

— W bliskim, w każdym razie — odpowiadam.

— Rozumiem. A ile to by było mniej więcej?

— Jakieś dwie trzecie — mówi żona.

— A to by było faktycznie bardzo korzystnie. No to dobrze. Jutro moglibyśmy, jak się umawialiśmy, obejrzeć tamte trzy mieszkania. A jak już będziemy na Starowiślnej, to ja proponowałbym jeszcze zajść na Kazimierz, bo tam mam dwa bardzo atrakcyjne lokale w bardzo atrakcyjnej lokalizacji.

— Kazimierz odpada — mówię.

— Tak, wspominał pan. A można spytać dlaczego? Bo to jest bardzo ciekawa dzielnica z przyszłością…

— I z przeszłością — mamroczę pod nosem.

— Gdzie można znaleźć wiele mieszkań — ciągnie — w bardzo korzystnych cenach, do odświeżenia, na przykład…

— Ja rozumiem — mówię. — Ale…

— Chodzi o Żydów, tak? — pyta Patryk.

— Tak — mówię. — Właśnie.

— Pan się boi, że wrócą?

— Że kto wróci?

— No Żydzi właśnie.

Żona bardzo mocno ściska moją rękę pod stołem, bo najwyraźniej wyczuwa, że ja zaraz powiem coś w stylu: „Chyba, kurwa, wraz z opadami atmosferycznymi!”. No bo co można w takich sytuacjach powiedzieć? „Ty chuju bez szkoły!” — tak by chyba było najodpowiedniej.

— Pan mnie chyba źle zrozumiał — mówię spokojnie.

— Bo, wie pan, od tego można się ubezpieczyć.

— Od czego? Od Żydów?

— No nie precyzuje się w takich razach narodowości stron wysuwających ewentualne roszczenia. Po prostu jeśli kupuje pan mieszkanie w kamienicy o nieuregulowanym statusie, to można wykupić odpowiednią polisę, ubezpieczyć się na wypadek, gdyby sąd się przychylił do jakichś ewentualnych roszczeń. To się nawet nieraz opłaca, bo kwoty odszkodowania czasem przewyższają realną wartość mieszkania, więc w wielu wypadkach można by zrobić nawet niezły interes, gdyby jacyś Żydzi, powiedzmy, wrócili.

Na to bym jednak nie wpadł, myślę sobie. Na tym, że ich nie ma — świetny interes, rozumiem. Ale żeby nawet na tym, że wrócą…

— Ja państwu dam ulotkę ubezpieczyciela, który z nami stale współpracuje.

— My sobie to jeszcze przemyślimy — mówi żona.

— Ja to mam wcale nieźle przemyślane — mówię.

 

6.

— Sam widzisz — mówi dziadek — u mnie nic nowego. Jak leżałem, tak leżę. Ze mną nie potańczysz. Ale dobrze, żeś tu do mnie przyszedł, bo ci chciałem coś powiedzieć.

— Co takiego, dziadku? — pytam.

— Wiesz, dużo myślałem o tym wszystkim, o tym, coś mi miesiąc temu powiedział. Myślałem, bo co ja mam tu innego do roboty. Ty masz w sumie sporo racji, tak teraz uważam. Wiadomo, jak było, każdy ma coś na sumieniu. Wszyscy na tym jakoś skorzystaliśmy, jak mówisz. Ja na przykład ponad sześćdziesiąt lat tutaj mieszkałem. I niby nikomu krzywdy nie wyrządziłem, ale pośrednio jednak jakoś… I tak sobie pomyślałem, no postanowiłem właściwie…

— Co postanowiłeś, dziadku?

— Chciałbym, żeby to moje mieszkanie… Jakoś tak symbolicznie… Słowem, postanowiłem zapisać je gminie.

— Jakiej znów gminie?

— No wiesz, gminie.

— Ale co? Gminie Łódź?! — mówię, chyba jednak nie tak spokojnie, jak powinienem.

— Nieeee… Mam na myśli tamtą gminę… No wiesz sam. Tak to się chyba nazywa…

— Gminę Żydowską? — podpowiadam.

— Właśnie.

I wtedy sobie uświadamiam, że on nigdy nie wymówił tego słowa. Zawsze mówi „oni”, „oni wszyscy”, „no wiesz”, „sam wiesz”. Nawet mu się przymiotnik w sztucznej szczęce nie chce zmieścić. To też jest freudowskie jakieś.

— I co myślisz? Tak będzie sprawiedliwie, co? W sumie to ty mnie do tego przywiodłeś. No co masz taką minę?

— Po prostu jestem trochę… zaskoczony.

— Zaskoczony? Nie! Ty jesteś przerażony! A ja na poniedziałek sobie umówiłem notariusza. Więc masz teraz dwa dni, żeby mnie udusić poduszką, jeśli chcesz, aby było po staremu!

Bo to jest niewłaściwie postawione pytanie: „Czybyś zabijał?”. Albo nawet: „Czybyś brał?”. Właściwie postawione pytanie brzmi: „Czy gdybyś się dowiedział, gdybyś był na sto procent pewien, tobyś wtedy oddał? Czy chciałbyś, aby twój dziadek oddał?”. Nie. Nie chciałbyś. Przeprosić za Jedwabne możesz, zwłaszcza że cię tam nie było ani nikogo z twojej rodziny też nie. Ale buty oddasz? Nie oddasz.

— Aleś, kurwa, zbladł! — triumfuje dziadek, aż trzęsąc się ze śmiechu. — Taki jesteś szlachetny! Tak się wstydzisz dziadka antysemity! Tak się wstydzisz dziadka szabrownika! Ale oddać tobyś nie chciał, co? Bo już sobie obejrzałeś, już ci się spodobało, już sobie wymierzyłeś i policzyłeś. Rodzinę masz, co? Chcesz żyć jak człowiek? Przyda ci się, co? Po ile od metra już sprawdziłeś?!

— Spokojnie, dziadku — mówię, bo tak się rozkręcił, że zaraz dostanie apopleksji, co by w sumie było honorowym wyjściem dla wszystkich stron.

— No — mówi dziadek, łapiąc oddech. — Zamiast kawy, jak to mówisz. Nie martw się już. Ale cię nabrałem, co? Przez chwilę uwierzyłeś, nie? A ja nic bym im nigdy nie dał. Już ty się o to nie martw. Twoje będzie i tylko twoje, to sobie zapamiętaj. Tak jak teraz jest moje. I tylko moje. Koniec piosenki.

 

7.

— Tato?

— Tak?

— A co to znaczy „nieruchomości”? — pyta.

— No na przykład domy, mieszkania, ziemia — mówię.

— A dlaczego się nazywa „nieruchomości”? Bo się nie rusza?

— Tak. Bo się nie da tego przenieść.

— A meble to też nieruchomości?

— Nie — odpowiadam. — Meble się da przenieść.

— A wanna?

— Wannę też się da. Sedes, umywalkę, zlew…

— Zlew da się przenieść? — dziwi się.

— Tak. Można odkręcić. Pod spodem są takie dwie śruby. Potem ci pokażę.

— A ludzie to też nieruchomości?

— Nie… Ludzie nie.

— Bo da się ich przenieść?

— Da się.

— Jak umrą? — dopytuje. — Tak jak ten twój dziadek?

— Ludzi zawsze da się przenieść — mówię. — Jak żyją, to też. Nawet łatwiej.

— Bo nie trzeba ich wtedy nieść, tylko sami pójdą?

— Tak — mówię. — Spory kawałek pójdą sami.

 

MACIEJ MIŁKOWSKI