LESZEK SZARUGA „Świat poetycki (LXIV)”

Tytuł wyboru wierszy Piotra Mitznera Wybiór (Warszawa, Dom Wydawniczy tCHu, 2015) to nowe w języku polskim słowo. Co znaczy? Znaczy tyle, że autor umie się bawić swoją poezją, że ma poczucie humoru, co w poezji polskiej nie jest zjawiskiem częstym, że lubi gry językowe, co w poezji polskiej zdarza się od zawsze, lecz traktowane bywa przez strażników (przypomnijmy Leca: „Sztuka idzie naprzód. A za nią strażnicy”) z pewną podejrzliwością, że wreszcie, by przy tym pozostać, neologizmy są żywiołem przezeń lubianym (przypomnijmy tytuł tomu Myszoser). Jak każdy neologizm, ten także będzie wymagał od przyszłych twórców słownika polszczyzny jakiegoś dodefiniowania (biedni słownikotwórcy!). Słowo „wybiór” to także skrót od „wybiórczość”, „wybiórczy”. Ale też lingwistyczna zabawa: zabawa w odróżnieniu od gry ma charakter bezinteresowny — ot, tak sobie, bo tak mi się zachciało, tak mi się podoba: wybiór i już. Takie są moje wybióry, zdaje się powiadać podmiot liryczny, czyli autor. Aż chce się powtórzyć za Słowackim: „Ale to wszystko nonsensa, / Te moje wierszyki nowe, / W których się język wałęsa / I bawi zęby trzonowe”.

Ale poezja to dalece nie nonsensa, nawet wtedy, gdy — co niemal bezskutecznie na naszym gruncie prezentował przed laty Barańczak — firmuje się jako liryka purnonsensu. Nonsens w poezji to sprawa poważna, żart poetycki to sprawa gardłowa — ostatecznie chodzi o język, czyli o człowieka. A jest to u Mitznera człowiek zdystansowany wobec świata i siebie w tym świecie, człowiek antypatetyczny, przeciwieństwo człowieka antypatycznego, pewnego siebie i swego, mającego gotową receptę na życie i rzeczywistość. To moralista, lecz w żadnym wypadku nie moralizator. Jego świat jest zawsze niegotowy, w ruchu, w zmianie. Jego postawa wobec tego świata zawsze pozostaje otwarta, dążąca do rozumienia, jak choćby w znakomitym i bodaj proroczym poemacie Do Rosji:

kraj R. występuje
z brzegów
i błądzi

 

błądzą kolumny czołgów
kraj bez ram
kraj bez pointy

Ten wiersz jest jednym z wielu, w których Mitzner podejmuje trop rosyjski (zadanie: napisać o Rosji Mitznera). W innym — Sojuz Pisatielej — autentyczna scenka ze Związku Pisarzy Sowieckich: „stary Kruczonych / sprzedaje autografy / futurystów // po dziesięć rubli // odcina po kawałku / z rękopisu Chlebnikowa / po kromce / na chleb // z Chlebnikowa / który odrasta” — Kruczonych, dziś niemal zapomniany (skwitowany w sporządzonej u nas Historii literatury rosyjskiej XX wieku kilkoma linijkami jako autor utworów pozostających „na granicy zrozumiałości”; Mitzner Kruczonycha świetnie tłumaczy), zepchnięty na margines wielki współtwórca — obok Chlebnikowa i Malewicza — kubofuturyzmu: ten wiersz jest pięknym hołdem złożonym rosyjskiemu poecie. Tak, nie ma w nim patosu, ale jest to, co najważniejsze: los człowieka.

I właśnie los człowieka jest najistotniejszą treścią tych wierszy. Obecny ich obszerny wybór potwierdza nie tylko wysoką rangę poezji Mitznera, nie tylko stanowi demonstrację jego artystycznej maestrii, ale przede wszystkim dowodzi, że gra poetycka jest grą o wszystko.

Zmowy Bogusławy Latawiec (Szczecin, Forma, 2015) to dziesiąty zbiór tej autorki debiutującej w 1962 roku. W wierszu Do poety mowa jest o tym, że adresat poszukuje „najcichszej z cisz ciszy” i pozostaje w pogoni „za kryształową bielą myśli”. Tym, który się doń zwraca, jest Bóg, który mu wygraża dźwiękiem dzwonu, „bijącą pięścią serca na wietrze”:

 

Będę tak walił od świtu do nocy
moimi dzwonami w twoje uszy
abyś choć raz sam siebie usłyszał
bo nieprzeliczone są pszeniczne pola
wydzwonione przez skowronka

Poeta zatem sam siebie nie słyszy. Przestrzeń, w której egzystuje, tworzą dwie przecinające się płaszczyzny: ciszy i bieli. Śnieg to Przybysz: „Znak bieli / Słowo bez dźwięku” (Śnieg ze mną).

Tropiąc ślady bieli w tych wierszach, odnajdziemy „białą twarz storczyka”, prasowane listy są „niczym białe i cenne koszule”, matka biegnie w „świetle białego batystu”, gdzie indziej „płoną płótna cynowej bieli”, pustka „niczego poza własną bielą nie rozjaśni”, widać „światło mleka”, także „białe światło”, poeta jest w pogoni „za krystaliczną bielą myśli”, świt znaczy „ściana pierzastej bieli”, kamień jest „prześwietlony solą”, w obrazie Caravaggia pojawiają się „prześcieradła bieli”, z kolei u Boscha „biała męskość między udami”, u Chagalla zaś anioły „grają na białych skrzypcach”, wreszcie u Vermeera pojawia się kobieta „w białej chuście” układająca perły. Można tu też wskazać wiele wierszy, w których specjalną rolę odgrywa śnieg, a jego biel zostaje nawet raz podwojona: „jakbyś śnieg śniegiem zasiewał” (Do poety) — tu także pojawia się „najcichsza z cisz cisza”, z kolei w utworze Gdy dyrygent odnajdziemy „ciszę w ciszę owiniętą”. Tylko — jak w wierszu bez tytułu o książkach spadających w nocy — pojawia się „czarna cisza”.

W tej przestrzeni odzywa się serce dzwonu, głos Boga nadający dźwięk poetyckiej „krystalicznej bieli myśli”: słowa zaczynają znaczyć, stają się łącznikiem międzyludzkim, ale też narzędziem zmowy — spisku? — jaką zawiązuje poeta z innymi, ze światem. Takich zmów w tytułowym i zamykającym tom cyklu jest osiem i zakończone zostają Przesłuchaniem:

 

Rozkołysały się
barwy mojego domu
i kolor uderzył o kolor:
biel śnieżna zza okna puknęła
o biel świecy w stanie wojennym […]
Wiedziałam — to będzie
(już jest) dzika i wszystkożerna
nocna sala przesłuchań
mnie przeze mnie
z wypadków życia
bez jednej minuty ciszy
bez jednej minuty snu

 

I rzeczywiście, ten tom jest takim właśnie „przesłuchaniem”, w czasie którego zmowa ze światem zostaje ujawniona. Tyle tylko, że ów świat — o czym przekonuje lektura pierwszych wierszy zbioru — jest zjawiskiem ulotnym, zwiewnym, niemal niepochwytnym. Stąd też niesłychane, niemalże medytacyjne skupienie tych utworów docierające do granicy niewyrażalnego w słowie, lecz przecież pochwytnego w obrazie: dlatego też — nie pierwszy już raz — podejmuje Latawiec w cyklu Blejtramy następne poetycki dialog z płótnami wielkich mistrzów: Boscha, Caravaggia czy Salvadora Dali.

Nowy tom Wojciecha Kassa Przestwór. Godziny (Sopot, Biblioteka „Toposu”, 2015) otwiera pytanie o ciszę zapadającą przed początkiem — czego? wiersza? nowego świata? — którym jest „dźwięk / tak czysty, jakby na srebrne kowadełko / świtu opadła łza” (Z całej jaskrawości swojej niemoty). Niebawem jednak przeczytamy o tym, że „poezja słowu gardło podrzyna” (Tak). Zdawać by się zatem mogło, że zderza tu Kass ze sobą dwie skrajności: delikatność z brutalnością. Tak jednak nie jest — w tym zbiorze powaga miesza się z niepowagą, wysokie z niskim. Doskonałym przykładem takiego właśnie utworu, w którym mamy do czynienia z takim przemieszaniem, jest dialogowo skonstruowany wiersz W kostnicy, w którym bohater rozmawia z osobą zatrudnioną przy, jak się można domyślać, myciu trupów i pomaga jej w robocie, po pracy zaś, już z dala od prosektorium:

 

siedzimy na plaży,
a ona do mnie tymi wargami
jak dżdżownice,
tymi wargami, którymi dudliła alasza
— No kurwa, czytaj te wiersze
i szturcha mnie palcem,
tym samym,
którym grzebała w pępku
nieboszczki
— No nie wstydź się, kurwa, czytaj!

Jest w tym wierszu coś z klimatu takich wierszy Gottfrieda Benna jak Morgue: w tym wypadku nie tylko ironiczne zdystansowanie wobec śmierci, lecz w dodatku też wobec poezji. Kass nawiązuje pośrednio do doświadczeń ekspresjonistycznych, co widoczne było już w jego wcześniejszych zbiorach, obecnie zaś widoczne jest w takich choćby utworach, jak Wierszu (świetna tu gra rymami i asonansami) czy Kto ani razu za życia nie powstał ze śmierci. Widać to w dynamice lirycznej narracji, w redukcji przymiotników, w operowaniu kontrastami (także w zróżnicowaniu formalnym — od wiersza posługującego się naprzemiennie długim i krótkim wersem po prozę poetycką w Zapobiegliwości). I jest coś z programowej manifestacji w słowach wiersza Blizna:

 

— Z konstelacji naszych języków
trzeba wypalić wszelką wtórność i być,
choćby przez chwilkę, oddechem przestworu,
chuchnięciem świtu, który się przeciąga u ciebie,
powstaje u mnie.

 

Zarazem jest to poezja bliska naturze bardziej niż światu miejskiemu, w którym pojawia się modlitwa, „którą Pańskie plemię / codziennie wznosi […] do demonów / naszego wieku: Trustu, Kartelu. Monopolu”. I bliższa temu, co transcendentne, niż temu, co objawia się jako doraźne „ciało rzeczy” (Psalm gościnny). A nad tym wszystkim rozlega się tyleż realne, co tajemne pohukiwanie puszczyka będące pointą zamykającego tom wiersza Przesilenia, nadwątlenia: „huhu // huuhuu”.