KAROL BERGER, Michał Bristiger (1 VIII 1921–16 XII 2016)

Powiedzieć o nim, że był osobowością niepowtarzalną, byłoby oczywiście prawdą, ale też prawdą aż tak oczywistą, że banalną: przecież każdy człowiek, który kiedykolwiek tu, na ziemi, był, jest albo będzie, jest absolutnym unikatem. Pewnie ten właśnie niezwykły fakt mamy na myśli, gdy przypisujemy innym (i sobie) posiadanie duszy.

Urodzony w 1921 roku, należał do pokolenia skazanego na Zagładę. To, że uniknął losu wszystkich niemal polskich Żydów, graniczy z cudem. (O tym, jak ocalał, dowiedzieć się można z kapitalnych rozmów, jakie przeprowadziła z nim Teresa Torańska). Cień Zagłady padł na resztę tego ocalonego życia i określił cały Jego sposób odczuwania i oceniania świata, ludzi, wydarzeń. (Na pytanie Torańskiej: „Pan o tym cały czas pamięta?” odpowiedział: „A pani uważa, że można zapomnieć?”. Faktycznie, w świecie pozbawionym boskiej sankcji pamięć jest jedynym gwarantem porządku moralnego; zapomnienie o zbrodni oznacza, że przeszłość nie istnieje, a tym samym nie istnieje zbrodnia, a nawet samo rozróżnienie dobra i zła). Nie znaczy to bynajmniej, że był człowiekiem ponurym, choć z pewnością nie należał do bractwa postmodernistycznych wesołków. Znaczy to jednak, że traktował świat poważnie i że człowieczeństwo było dla Niego kategorią przede wszystkim moralną, a nie biologiczną lub antropologiczną. Zauważyć można to było choćby w jego ocenach. Pamiętam, jak kiedyś ujął swoje wątpliwości wobec muzyki wybitnego skądinąd współczesnego kompozytora, mówiąc mi: „Tak, ale wiesz, on nie potrafiłby skomponować Requiem”. („Wobec ogromu niewysłowionego cierpienia, do którego odsyła nas słowo «Auschwitz», stajemy bezradni… — pisał — …muzyka może wyrazić żałobę, lecz brak szansy na znalezienie odpowiedzi”. Pisał też: „…istnieją rzeczy, które nie mogą się zadowolić żadną inną odpowiedzią, jak tylko daną łzami…”). Czułem też jego opór wobec mojej fascynacji Wagnerem; najwyraźniej uważał, że w muzyce Wagnera kryje się zło, i to zło nie estetyczne, ale właśnie moralne. Jego wrażliwość nie ograniczała się też tylko do muzyki. Pamiętał lata trzydzieste i znacznie wcześniej niż inni reagował nieomal alergicznie na pierwsze objawy powrotu fali brunatnego mułu, jaki znowu zaczyna zalewać nasz świat.

Przyciągał do siebie ludzi, siłą rzeczy z upływem czasu ludzi coraz młodszych od siebie. (W czasie naszej ostatniej rozmowy we wrześniu powiedział mi, że trudno jest żyć w świecie, z którego odeszli już wszyscy niemal rówieśnicy). Nam, trochę młodszym i znacznie młodszym, swoim uczniom, potrafił zaszczepić najbardziej elementarne cnoty, jakimi kierować się mają uczeni, i nie tylko uczeni: przekonanie, że drogą do prawdy jest racjonalna rozmowa, a nie przemoc lub kłamstwo, i że wymóg tolerancji pozostaje w mocy także wtedy, gdy nie możemy się w sprawie tej prawdy porozumieć. A zaszczepiał nam te cnoty nie dlatego, że je głosił, ale dlatego, że sam je uprawiał. Zaszczepił nam też przekonanie, że, jak pisał, „nie widzę potrzeby uprawiania historii sztuki bez związku z tym, o czym sztuka mówi i czemu służy…”. Był i pozostanie dla nas drogowskazem.

Uprawiał naukę z natury rzeczy dość ezoteryczną, w pełni dostępną tylko dla nielicznych szczęśliwców, ale nie uprawiał jej w wyniosłym odosobnieniu. Nie miał wielkiej sympatii dla oficjalnie usankcjonowanych form życia umysłowego, posiadał za to wielki dar tworzenia wokół siebie małych sfer wolności, które przyciągały innych, także ludzi młodych, spragnionych autentycznej kultury i autentycznych więzi międzyludzkich. Pisał o doniosłym znaczeniu dla kultury „zamykania się w małych kręgach, które w sposób niczym nieskrępowany tworzą więzi niezwykle istotne…”. Niemal do końca tryskał pomysłami sympozjonów, festiwali, publikacji, które postronnemu obserwatorowi wydać by się mogły całkiem niepraktyczne i utopijne, tyle tylko, że ta utopia zaspakajała potrzeby, których nie dało się zaspokoić nigdzie indziej. Tych, którzy mieli szczęście znaleźć się w jego orbicie, obdarzał wolnością. Był osobowością życiodajną.

Oto jedna z możliwych definicji przyjaciela: to ktoś, o kim myślimy, gdy zdarzy się coś istotnego — „A co on by na to powiedział?”. Dla mnie, i nie tylko dla mnie, był Michał Bristiger od wielu lat czymś w rodzaju warszawskiego kompasu w blisko ze sobą powiązanych, i nierzadko powikłanych, sprawach muzyki i etyki. Teraz, kiedy jak się wydaje, znowu zapada noc, kompas taki będzie nam bardzo potrzebny.

KAROL BERGER

Pożegnanie odczytane przez Piotra Kłoczowskiego podczas uroczystości pogrzebowych Michała Bristigera na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie 29 XII 2016 r.