JÓZEF GAWŁOWICZ „Świat «Moby Dicka»”

Herman-Melville

Klub Pod Masztami Akademii Morskiej przy Wałach Chrobrego w Szczecinie zdobi sugestywna rzeźba białego wieloryba zawieszonego między alfą i omegą. Autor Moby Dicka, zapomniany pod koniec XIX wieku Herman Melville, przeżywa dziś czytelniczy renesans. Wszystkie jego książki są literaturą wysokiej próby, ale Moby Dick jest arcydziełem. To pasjonująca lektura zarówno dla marynarza, jak i dla wyrobionego smakosza literatury, a przy tym jedna z najpiękniejszych opowieści o urokach oceanu.

Moby Dick jest symbolem tragicznej walki człowieka ze złem i alegorią ludzkiego losu. Melville wypełnił książkę wielowarstwowymi dygresjami niby to o wielorybach i sztuce połowów, lecz tak naprawdę o naturze ludzkiej i poplątanych rejsach naszego życia. „Imię moje: Izmael — mówi bohater powieści. — Przed kilku laty — mniejsza o ścisłość, jak dawno temu — mając niewiele czy też nie mając wcale pieniędzy w sakiewce, a nie widząc nic szczególnego, co by mnie interesowało na lądzie, pomyślałem sobie, że pożegluję nieco po morzach i obejrzę wodną część świata. Taki mam właśnie sposób odpędzania splinu i regulowania krwiobiegu”.

Melville odmalowuje w książce niepowtarzalną atmosferę wielorybniczego portu, po którego ulicach snują się tacy jak on, żądni przygód młodzieńcy, a motywacje wyboru morskiej tułaczki są tyleż realistyczne co dowcipne: „Cóż stąd, że jakiś stary kutwa, szyper, rozkaże mi wziąć się za miotłę i zamieść pokłady? Cóż znaczy podobna zniewaga, jeśli się ją, powiedzmy, odważy na szali Nowego Testamentu? Zawsze, powtarzam, wyruszam na morze jako marynarz, uparto się bowiem, żeby mi płacić za mój trud, podczas gdy — o ile słyszałem — pasażerom nigdy nie płaci się ani szeląga”.

W tej morskiej opowieści nie może zabraknąć opisów marynarskiej oberży: „W dalszym kącie izby widnieje ponury przybytek — szynkwas — ordynarnie usiłujący wyobrażać łeb wielorybi. Stoi tam bowiem ogromna, łukowato wygięta kość szczękowa wieloryba, tak szeroko rozwarta, że dyliżans mógłby niemal pod nią przejechać. Wewnątrz widnieją odrapane półki zastawione starymi karafkami, butlami i flaszkami, a między tymi szczękami grożącymi błyskawicznym unicestwieniem krząta się drugi potępiony Jonasz (którym to imieniem w istocie go nazywają), mały, zwiędły staruszek, drogo sprzedając marynarzom, za ich własne pieniądze, delirium i śmierć”.

Na początku XX wieku ponownie odkryto Melville’a, wydano pośmiertnie jego nowelę Billy Budd, wznowiono inne dzieła, zrozumiano wielowarstwowe alegorie. W 1947 roku powstało międzynarodowe Stowarzyszenie Melvillistów, a w 1957 aktorka francuska Martine Carol zaprosiła członków tej organizacji do swojej rezydencji na Tahiti. Drugi raz melvilliści spotkali się poza USA w 2007 roku w Szczecinie podczas zlotu wielkich żaglowców.

Marynarzom wybierającym się w długie rejsy zawsze polecałem zabranie ze sobą zarówno angielskiej, jak i polskiej edycji Moby Dicka w genialnym przekładzie Bronisława Zielińskiego. Czytając oba teksty na przemian, można nauczyć się angielskiej gramatyki, idiomów, ale także poznać język w jego klasycznym ujęciu.

Izmael skorzystał z noclegu w oberży, bo innego miejsca na spoczynek nie było. Nie było również wolnych łóżek, wobec czego zaproponowano mu spanie z dzikim harpunnikiem. Opis obrzędów religijnych tego prostego człowieka, obserwowanego ukradkiem przez Izmaela, jest niezrównany w swej egzotyce: „Przybysz, dobywszy z kieszeni opończy około dwóch garści wiórów, ułożył je starannie przed bałwankiem (była to postać Murzynka), umieścił na wierzchu kawałek suchara okrętowego i zbliżywszy do wiórów płomień świecy, wzniecił ogień ofiarny. Niebawem, po licznych pośpiesznych próbach wyciągnięcia ręką suchara z ognia i jeszcze szybszym cofaniu palców (przy czym, jak się zdaje, mocno je sobie poparzył) udało mu się nareszcie wyciągnąć suchar; zdmuchnął zeń nieco popiołu i żaru, a następnie uprzejmie zaofiarował go małemu Murzynkowi. Jednakże mały szatanek najwyraźniej nie gustował w tak suchym pożywieniu; nie poruszył nawet wargami. Wszystkim tym dziwnym cudactwom towarzyszyły jeszcze dziwaczniejsze gardłowe odgłosy wydawane przez gorliwego czciciela, który zdawał się zanosić monotonne modły czy też śpiewać jakowąś pogańską psalmodię, przy czym wykrzywiał twarz w najniezwyklejszy sposób. Wreszcie ugasił ogień i podniósłszy bałwanka, całkiem bezceremonialnie wetknął go na powrót do kieszeni opończy, równie niedbale, jak gdyby był myśliwcem wsadzającym do worka ubitą słonkę”.

Izmael jest zdziwiony coraz oryginalniejszymi manierami swego towarzysza, okazywanymi choćby podczas posiłków, ale nić zawiązanej między nimi przyjaźni nie zostaje zerwana: „Nawet największy jego wielbiciel nie potrafiłby usprawiedliwić faktu, iż zabrał on ze sobą na śniadanie harpun i używał go bez żadnej ceremonii, sięgając nim przez stół po befsztyki, co bezpośrednio zagrażało głowom współbiesiadników. Czynił to jednakże bez wątpienia ogromnie chłodno i spokojnie, a każdy wie, że zdaniem większości ludzi robić coś w sposób chłodny znaczy robić to wykwintnie”.

Kaplica, do której marynarze przychodzą modlić się przed rejsem, nadaje kolorytu wielorybniczym osadom jak New Bedford czy Nantucket. Kazalnica z drabinką linową przypominającą sztormtrap, po którym wspinał się jak na okręcie ojciec Mapple, również wielorybnik („Ongiś w młodości był marynarzem i harpunnikiem, lecz od wielu już lat poświęcił życie kapłaństwu”), wzmaga atmosferę, którą oddychali marynarze wyruszający naprzeciw niebezpieczeństw. Ojciec Mapple nie był intelektualistą ani wytrawnym kaznodzieją, powtarzał cały czas to samo kazanie o wielkiej rybie i Jonaszu, zmieniali się tylko słuchacze, bo kolejni marynarze wyruszali w rejs, a inni zjawiali się, aby podziękować Bogu za ocalenie życia i szczęśliwy połów. Kazanie nie było wyszukane, ojciec Mapple nie wyglądał na znawcę literatury. Znał za to dobrze jedną księgę — Biblię, której słowa przemawiały celnie do podobnych mu ludzi.

Melville był poetą rybaków. Rybak jest najlepszym z marynarzy, a wielorybnik to pełnowartościowy człowiek morza — marynarz, rybak i łowca zarazem: „Jego bowiem jest morze: on nim włada, jak cesarze władają imperiami; inni żeglarze mają przez nie jedynie prawo przejazdu. Statki handlowe to ledwie przedłużone mosty, okręty wojenne to ledwie forty pływające, nawet piraci i korsarze, choć przemierzają morze jak rozbójnicy gościńce, przecie plądrują jedynie inne statki, inne fragmenty lądu”.

Instynkt łowiecki tkwi w człowieku od czasów pierwotnej wspólnoty, gdy dla utrzymania gatunku musiał polować. Wieloryb to największy ssak świata i polowanie na niego było nie lada sztuką. Należało najpierw wypatrzeć na powierzchni morza fontannę jego oddechu. Gdy marynarz pełniący służbę na oku krzyknął: „Tam dmucha!”, kapitan zmieniał kurs, prowadząc statek na pozycję wieloryba, a przybliżywszy się do niego, rozkazywał opuścić dwie łodzie obsadzone silnymi wioślarzami. Na dziobie każdej z nich stał harpunnik, na rufie zaś przy sterze jeden z oficerów. Na ich komendę harpunnicy ciskali żelazne groty w ciało wieloryba. Zwierzak rażony bólem nabierał w gigantyczne płuca zapas powietrza i nurkował. Rybacy błyskawicznie luzowali linki przywiązane do harpunów do długości osiemdziesięciu lub więcej jardów i mocowali je na polerach łodzi, próbując wytrzymałość ssaka. Jeśli był silny, luzowali kolejne jardy liny i pędzili holowani przez ranne cielsko, aż zwierzę się zmęczyło i wynurzyło, aby znów nabrać powietrza. Kolejne cykle były coraz krótsze i powtarzały się do czasu, gdy wieloryb „zakwitał” — pluł krwią. Rybacy wybierając linki, zbliżali się do niego, a oficer dobijał go ciosem w serce. Żaglowiec podpływał do wielorybiego cielska, mocując je wzdłuż burty. Zaczynało się oprawianie zwierzyny — podział i załadunek na statek.

Dziś wielu jest wrogów polowań wszelkiego rodzaju, chociaż przez wieki były uważane za świetną zaprawę dla ciała i ducha. Kiedy w drugiej połowie XX wieku udoskonalono narzędzia śmierci, żadne najdziksze nawet zwierzę na morzu czy na lądzie nie miało już szans wobec sztucera, armatki palnej czy harpuna rakietowego. Dzisiejsze polowanie na tak potężnego ssaka, jakim jest wieloryb, to już zwykłe morderstwo. Rakieta wystrzelona z pokładu trafia bezbłędnie, a linę wciąga na pokład zdalnie sterowana winda. Wieloryb, choćby opierał się całą siłą swego cielska przeszywanego bólem, nie pokona stalowego kolosa. Ciągnięty nieubłaganie do burty szybko zaczyna „zakwitać” i zdycha. W ten sposób można wytrzebić wieloryby na wszystkich oceanach świata, i to w ciągu kilkunastu lat.

Melville poświęcił oddzielny rozdział kapitanowi statku, wprowadzając czytelnika w tajemnicę psychiki jednoosobowego dowódcy pływającej drużyny: „Przez kilka dni po wypłynięciu z Nantucket nie sposób było ujrzeć kapitana Ahaba na pokładzie. Oficerowie zmieniali się regularnie na wachtach i według wszelkich pozorów zdawali się być jedynymi dowódcami okrętu. Czasem tylko wybiegali z kajuty z rozkazem tak nagłym i stanowczym, iż stawało się jednak oczywiste, że sprawują rządy jedynie zastępczo. Tak, ich najwyższy pan i dyktator znajdował się tutaj, choć dotąd niewidzialny dla jakichkolwiek oczu, którym nie zezwolono przeniknąć do uświęconego ustronia kajuty”.

Dramat walki ze złem uosobionym w Białym Wielorybie będzie stopniowo narastał, w końcu kapitan Ahab „położy kreskę” na interesy kompanii, na życie załogi i własne, i trawiony obsesją zrobi wszystko, aby to uosobienie zła dopaść i zniszczyć. Aż do ostatnich rozdziałów: Pościgu dzień pierwszy, Pościgu dzień drugi i Pościgu dzień trzeci, kiedy zwrócony ku wschodowi wypatrywał jak heliotrop słońca i białej zjawy, aby doprowadzić statek do niej i do dramatycznego końca.

Rozdział Białość wieloryba stanowi odrębną całość. Jest wspaniałą, barokową kompozycją mitów i ballad, których głównym motywem jest straszny biały kolor, włącznie z wkomponowaną w tekst legendą o białym rumaku prerii. Odczytywałem go studentom Akademii Morskiej jako test i tylko bardzo oczytani rozpoznawali w nim cząstkę wiekopomnego dzieła Melville’a. Erudycję autora rozpoznamy również w przypisach. Oto uwaga o pewnym gatunku Lewiatana: „Kaszalot, podobnie jak i wszystkie odmiany Lewiatana, w przeciwieństwie jednak do większości innych ryb, płodzi swe małe bez względu na porę roku; po okresie brzemienności, który można prawdopodobnie określić na dziewięć miesięcy, wydaje na świat tylko jedno naraz, choć bywało, że w nielicznych znanych przypadkach zrodził Ezawa i Jakuba”.

Jeszcze dwa polonica: „I tak właśnie owi goli Nantucketańczycy, ci morscy pustelnicy, wylazłszy ze swego mrowiska na morza, zalali i podbili świat wód jak tyluż Aleksandrów; podzielili między siebie Atlantyk, Pacyfik i Ocean Indyjski, podobnie jak to trzy pirackie mocarstwa uczyniły z Polską”.

„Pirackie mocarstwa” to określenie pejoratywne, lecz biorąc pod uwagę, co dla Ameryki uczynili Kościuszko i Pułaski, sam Melville nie mógł być obojętny wobec niewoli naszego narodu. Jego umiłowanie wolności daje się zauważyć również w alegorycznym rozdziale Ryba Przytrzymana i Ryba Wolna. Rozdział ten kończą słowa: „Czym była w roku 1492 Ameryka, jeśli nie Rybą Wolną, na której Kolumb zatknął sztandar hiszpański, znacząc ją tym proporcem w imieniu swego królewskiego Pana i Pani? Czym była Polska dla cara? Czym Grecja dla Turka? Czym Indie dla Anglii?”.

Na zakończenie cytat z Dziennika pisanego nocą Gustawa Herlinga‑Grudzińskiego opublikowanego w 1982 roku w paryskiej „Kulturze”: „Moby Dick Melville’a, powieść‑mit. Można ją czytać wiele razy, za każdym razem odkrywając jakieś niedostrzeżone przedtem piękno. Taka jest płodność poetycka mitu, jeśli ręka pisarza potrafi go od początku ukazać w zarodku, a resztę pozostawić stopniowemu rozkwitaniu. Wszystko u Melville’a staje się poezją, wszystko służy jednej potężnej wizji, nawet pedantyczne rozdziały o gatunkach wielorybów, o sztuce ich połowu, o odmianach harpunów, o wytapianiu tranu, o wyżywieniu marynarzy. Wszystko jest równocześnie bajką, legendą, przypowieścią, alegorią i posuniętym do skrajności opisem realistycznym. Gdzie kończy się prawda widzialna, a zaczyna niewidzialna? Istniał rzeczywiście Biały Wieloryb ścigany przez beznogiego kapitana Ahaba czy był tylko biblijnym obrazem Wielkiej Ryby, tak jednak intensywnym, że wynurzył się naprawdę z otchłani oceanów? «Jestem synem ziemi i gwieździstego nieba», mówi umarły w tabliczce orfickiej. «Jestem synem morza i gwieździstego nieba», mógłby wykrzyknąć Ahab w przedśmiertnym momencie triumfu i klęski”.

Kapitan Ahab upolował wiele wielorybów, ale biały potwór zatopił go w swojej furii, roztrzaskał statek, po czym wszystko się zapadło i przeogromny całun morza roztoczył znowu swe fale, tak jak je toczył przed pięcioma tysiącami lat.

W zakończeniu Epilogu przemawia Izmael — jedyny ocalały z katastrofy: „Drugiego dnia ujrzałem okręt, który począł przybliżać się coraz bardziej i bardziej, aż na koniec mnie wyłowił. Była to błędnie krążąca «Rachela», która, zawróciwszy w poszukiwaniu swych zagubionych dzieci, znalazła jeszcze jednego sierotę”.

 

Józef Gawłowicz