JORGOS SEFERIS, Delfy

 

Na początku był gniew ziemi. Potem zjawił się Apollo i zabił chtonicznego węża Pytona. Zostawiono go, by zgnił. Powiadają, że stąd bierze się pierwsza nazwa Delf, Pytho (ze rdzenia pyth‑ gnić). W tym nawozie zakorzeniła się i wyrosła moc boga harmonii, światła i wróżbiarstwa. Mit może oznaczać, że mroczne potęgi są zaczynem światła; im bardziej są intensywne, tym głębsze staje się światło, gdy nimi zawładnie. Można pomyśleć, że jeśli krajobraz Delf pulsuje od wewnętrznego iskrzenia, to dlatego, że być może nie istnieje inny zakątek naszej ziemi, który byłby tak bardzo wyróżniony przez moce chtoniczne i absolutne światło.

Wchodząc na Parnas od strony Stadionu, widać wielką otwartą rozpadlinę, rozdzielającą, niczym topór Hefajstosa, dwie Fedriady, lśniące skały, z góry na dół do Źródła Kastalskiego i jeszcze niżej, aż do samej głębi wąwozu Pleistos; czuje się trwogę skamieniałego życia, zmagającego się, ile tylko może, by oddychać w świetle, i radującego się, że świta i słońce wschodzi.

I jeszcze, gdy zapada noc, a znużone cykady milkną, można przypomnieć sobie mamrotanie wieszczki Kasandry, być może jedyny autentyczny dźwięk, który mógłby przypominać nieznane nam — to znaczy: „nieprzetworzone” — „wołanie” Pytii:

 

ototototoi popoi da

Apollo, Apollo…

(Ajschylos, Agamemnon, 1072)

Jak powiadają, Kasandra miała dar wieszczenia, jednak Bóg zapragnął, by nikt jej nie wierzył; podobnie jak i my dzisiaj jej nie wierzymy.

 

Gdy przybywa się do Delf od strony Aten, zaraz za Tebami i Liwadią, w miejscu, gdzie droga łączy się z traktem do Daulidy, znajduje się skrzyżowanie Megasa, „złoczyńcożercy”, jak go przedstawiały ludowe opowieści z minionego stulecia. W czasach Pytii droga nazywała się Schiste Odos [Rozdarta droga]. Było to niezwykle ważne miejsce dla zawiłej uczuciowości ludzi starożytnych; a być może, w jakiś sposób, także dla nas. Tam bierze początek historia Edypa, który odpowiedział Sfinksowi; ślepego Edypa, skrajnie pokornego. Pytia przepowiedziała jego ojcu: „Lajosie, prosisz mnie o syna, dam ci go. Jest jednak twym przeznaczeniem, byś z jego ręki utracił światło dnia”. Lajos wędrował do Delf, Edyp wracał. Spotkali się na tych rozstajach pod ciężkim masywem Parnasu; żaden z nich nie wiedział, kogo spotkał; posprzeczali się; Edyp zabił swojego ojca.

Mówimy, że żyjemy w erze technologicznej. Pytia znikła, a z mitu o Edypie nauka czerpała symbole i terminy, które zajmują nas być może bardziej niż starożytnych Wyrocznia Delficka. Dzisiaj wielu osobom opowieść ta może zapewnić przyjemny wieczór w teatrze, jeśli się zdarzy, że gra dobry aktor. Jednak jeśli nie mamy już tamtego Edypa, pozostają nam jego kompleks i związane z nim następstwa. Czy tak jest lepiej? Być może. Nie chodzi o to, co się skończyło, lecz czym zastępujemy, my — żyjący jak wszystko, co istnieje, tkwiący pośród rozpadu i przemiany — rzeczy, które uznajemy za skończone.

Rozmyślam nad ogromnymi falami idącymi z otchłani czasu i zmieniającymi znaczenia słów. Na przykład co mówi termin „wyrocznia” w naszych czasach? Słowo stało się obiektem archeologicznym. Zgoda. Jednak jego znaczenie? Może niedostrzegalnie przybrało taką lub inną naukową lub matematyczną postać? Kto wie? Jednakże czuje się, że gdzieś w głębi współczesnego myślenia musiało coś zostać z tych dawnych, usuniętych wyrażeń. W przeciwnym razie w jaki sposób moglibyśmy poczuć w tym miejscu taki wstrząs?

 

Do Delf można także dotrzeć od strony morza, od Itei. Niegdyś nazywała się Kirra i właśnie tam Apollo, przemieniony w delfina, poprowadził minojski statek. W ten sposób Pytho nazwane zostało Delfami, jeśli wierzyć hymnowi Homeryckiemu:

 

tak więc ja najpierw na mglistym morzu

skoczyłem w stronę szybkiego okrętu pod postacią delfina,

modlić się do mnie trzeba jako do Apollona Delfiniosa; podobnie ołtarz

zostanie nazwany Delfinios i będzie górował na wieki.

                                                                            (Do Apollona, 493 i n.)

 

Wspaniale jest wyruszyć z wybrzeża i wejść między drzewa oliwne pod srebrzystym listowiem równiny Krisaios, licząc, gdy przechodzisz, zmarszczki w gęstwinie pni. A jeśli przypadkiem znuży cię cień i podniesiesz oczy, nagle dostrzeżesz w wiecznie żywym błękicie dwa szczyty Parnasu, trochę niżej wydłużenie zachodniej Fedriady, a jeszcze niżej akropolis Krisy. Tam odbywały się opiewane przez Pindara wyścigi rydwanów. To ów rytm, który oddycha razem z dwoma–trzema innymi mocnymi głosami w Delfach:

 

ani na okrętach, ani podążając lądem nie znajdziesz

cudownej drogi do Hyperborejczyków gromady

(Pindar, Pyth., X, 29 i n.)

Apollo, jak powiadano, na trzy miesiące w roku udawał się do Hyperborejczyków. Kim byli Hyperborejczycy? Są głęboko zanurzeni w micie. Przy ich stole — kontynuuje Pindar — zasiadł niegdyś Perseusz; widział, jak składają bogu wspaniałe hekatomby z osłów, Apollo śmiał się zaś, widząc jawną bezczelność zwierząt, które mu ofiarowali. Muza jest zawsze z nimi; ani choroba, ani starość nie dotykają tego świętego pokolenia; nie muszą ciężko pracować; nie muszą walczyć; uniknęli mścicielki Nemezis.

W górze, w Delfach, gdy miniesz wieś i znajdziesz się przed świątynią, zda ci się, że wkroczyłeś do miejsca oddzielonego od reszty świata. To amfiteatr zagnieżdżony na pierwszych stopniach Parnasu. Od wschodu i północy zamykają go Fedriady: Hyampeja, która obniża się jak dziób wielkiego statku i przecina wąwóz; północna Rodini, która niemal dotyka Stadionu. Od zachodu skalisty mur Świętego Eliasza, a trochę dalej góry Lokrydy, Giona, gdzie widać zachód słońca. Jeśli odwrócisz wzrok na południe, będziesz miał przed sobą wyraziste linie Kirfi, a u jej stóp wąwóz Pleistos.

Pleistos jest latem suchy; widać, jak w słońcu lśni jego wyschnięte koryto, jednak można odnieść wrażenie, że strumień drzew oliwnych rozlewa się, wypełniając całą równinę Amfissy, aż do morza, gdzie żeglarz dostrzega je po raz pierwszy. Bliżej znajdują się lśniące kamienie ruin Marmarii, a wśród nich wyróżniające się trzy kolumny z Tholos. Niemal zapomniałem o Źródle Kastalskim. Jego woda ma lekki zapach tymianku.

Szacują, że świątynia Apollona miała około 200 metrów długości i ze 150 metrów szerokości, wyłączając Stadion. Miejsce nie jest rozległe i budowle, stłoczone obok siebie, musiały rozwinąć się wzwyż, wznieść się wyżej od innych: pomyśl o Sfinksie z Naksos, kolumnie z tancerkami, wężami platejskimi. Każdy usiłuje wyobrazić sobie je wszystkie, jak wyglądały, gdy oddychały nienaruszone; pewnie z daleka przypominały cyprysy, połyskujące, wielobarwne, ustawione wokół przybytku Pytii. Każdy stara się ożywić ten obraz. Przychodzi mu na myśl świt, który ujrzał Ion; a jeśli chodzi o krajobraz naturalny jest, jak sądzę, konwencjonalny, odzwierciedla jednak, jak czuję, olśniewający splendor świątyni tak jak można by ją sobie w owym czasie wyobrażać:

 

Już tym promiennym czterokonnym rydwanem

Helios oświetla ziemię,

gwiazdy uciekają przed tym ogniem niebios

ku świętej nocy.

Nieprzebyte wierzchołki Parnasu

lśniące przyjmują dla śmiertelników

codzienne koło.

Dym z suchej mirry nad dachy

Fojbosa wzlatuje.

Kobieta w Delfach siedzi

na świętym trójnogu, wyśpiewując Hellenom

to, co Apollo jej wykrzyczy.

(Eurypides, Ion, 82 i n.)

Wówczas stara się jeszcze bardziej. Wyobraźnia się męczy. Retrospektywy i rekonstrukcje, niezależnie, jak są użyteczne, stają się najbardziej nieludzkie. Czyż mamy coś więcej prócz teraźniejszości, tymczasowości chwili? W końcu wyobraźnia woli, by rzeka czasu przepłynęła i wypełniła tę ograniczoną przestrzeń. Dzisiaj, spoglądając z góry na dół, powiedzmy, od strony teatru, możesz odnieść wrażenie, że masz przed sobą schodzącą w dół otchłań, gdzie wszystko zostało zrównane z ziemią: marmurowe fragmenty i ociosane kamienie, skały, które od dawien dawna toczyły się z Parnasu, gdzie niegdyś siedziała Sybilla. Dno spokojnego, płytkiego morza, a na nim połyskujące kamyki. Każdy może dostrzec tyle, ile tylko zdoła, podług swojej natury — wielokątny mur, tak żywy, że twoja ręka spontanicznie powtarza ruch mistrza, który ociosał i dopasował kamienie; zginanie się kciuka i palca wskazującego podnoszącego sukienkę z taką samą gracją, jaką można było niegdyś zobaczyć na greckiej wsi; tętniące życiem udo, gdy zgina się kolano, by kobieta mogła wysiąść z rydwanu; głowę Sfinksa z oczyma na wpół otwartymi, na wpół przymkniętymi; uśmiech, który nazywają archaicznym — lecz to nie wystarcza — jakiegoś Heraklesa lub Tezeusza. Takie fragmenty życia, które kiedyś było pełne, wstrząsające fragmenty, bardzo blisko nas, przez chwilę nasze własne, a potem tajemnicze i niedostępne niczym linie kamienia lizanego przez falę lub muszli na dnie.

Jednak Fedriady lśnią, podobnie jak suche skały Parnasu, a wyżej dwa orły z rozpostartymi, nieruchomymi skrzydłami wolno suną w błękicie, jak orły, które niegdyś wypuścił Zeus, by pokazały mu środek świata. Być może właśnie ten widok sprawia wielką ulgę.

 

JORGOS SEFERIS

tłum. Michał Bzinkowski

 

* Fragment. Tłumaczenie na podstawie: Γιώργος Σεφέρης, Δοκιμές, τ. Β’, Αθήνα, 1999.

Szkic z „Zeszytów Literackich” nr 140