JOANNA UGNIEWSKA „Chiaromonte i Elzenberg: Pokusa nihilizmu i kłopot z istnieniem”

Lektura Notatek Nicoli Chiaromontego pozwala nakreślić wiele tropów prowadzących do najrozmaitszych powinowactw, jedno wszakże narzuca się z przemożną siłą — zadziwiająca bliskość, duchowa bardziej niż filozoficzna, z tokiem myślenia, wzorem człowieczeństwa, zawziętym uporem stawianym nicości, które odnajdujemy w dzienniku Henryka Elzenberga Kłopot z istnieniem. Obaj autorzy, tak bardzo osobni, świadomie sytuujący się poza głównym nurtem obowiązujących mód intelektualnych, stali się dla czytających ich a happy few prawdziwymi mistrzami, a więc kimś znacznie więcej niż jeszcze jednym filozofem, trudnym i wymagającym nauczycielem w szkole życia. Jednym z ostatnich „ukrytych mistrzów” nazywa Chiaromontego Konstanty A. Jeleński, a Wojciech Karpiński, opisując postawę moralną włoskiego myśliciela, ucieka się do rzeczowników takich jak „niezłomność” i „suwerenność”. W niezrównanym poetyckim skrócie portret „mistrza Henryka” nakreślił jego uczeń z czasów studiów toruńskich, Zbigniew Herbert: „Żyliśmy w czasach, które zaiste były opowieścią idioty / Pełną hałasu i zbrodni / Twoja surowa łagodność, delikatna siła / uczyły jak mam trwać w świecie niby myślący kamień / Cierpliwy obojętny i czuły zarazem”1.

Przypuszczam, że pierwszorzędną rolę — oprócz oczywiście jakości ich myśli — odegrała forma, na jaką się zdecydowali, w obu wypadkach niemal taka sama. A zatem nie traktat, nie rozprawa, nie akademickie studium, lecz celowo wybrana fragmentaryczność prowadzonych przez całe życie notatek, niegotowość, otwartość antysystemowego systemu, tendencja do ciągłego rewidowania własnej postawy intelektualnej, bardziej do stawiania pytań, jak pisał Chiaromonte, niż do znajdowania odpowiedzi. Spisywanie notatek, dopełnia tę myśl Elzenberg, to odrzucenie wszelkiej ostatecznej formuły na rzecz myśli „mieniącej się, wycieniowanej, wijącej się jak strumień przez sprzeczności, w ciągłych przybliżeniach, przemianach i ciągłym ruchu”1. Pierwotna struktura chronologiczna pozwalała w jednym i drugim wypadku uchwycić dynamikę myśli, jej wahania, zaprzeczenia, życie duchowe nieznające zastygłych formuł. Decyzja autora wyboru Notatek Chiaromontego, by ułożyć je tematycznie, ułatwiła niewątpliwie czytelnikowi lekturę, wyodrębniając podstawowe części składowe tego nadzwyczajnego samotnego trudu podjętego przez włoskiego autora, nie zacierając jednocześnie do końca nawrotów, powtórzeń, wszystkiego tego, co czyni jego myśl żywą.

Kiedy czytamy Notatki z lat 1955–71, a więc ze świadomością, że chodzi jedynie o ich drobną część, pierwszym wrażeniem jest bogactwo wątków, dziedzin, nazwisk, wśród których porusza się autor: Platon i Tołstoj, świat grecki i chrześcijaństwo, kultura masowa i historia, religia i laicyzm, racjonalizm, nauka i psychologia. Jednak w trakcie lektury nabieramy coraz większego przekonania, że temat jest w ostateczności jeden: wielka i nigdy nierozstrzygnięta kwestia europejskiej kultury. Czy jest możliwa obrona przed nihilizmem, tym najbardziej niepokojącym ze wszystkich gości, jak nazywał go Nietzsche? Czy jest coś, co przeciwstawia nicości sedno, esencję, los, jak powiada Chiaromonte? Czy można dotrzeć do „utajonej wartości świata”, jak chce Elzenberg?

Ciąg przyjemności i zgryzot, uwikłanie w codzienność, następujące po sobie dni i noce, wszystko to sytuuje się w czasie, a czas niesie nas ku śmierci. Zbudować trwały fundament poza nurtem czasu, a jednocześnie nie dać się zwieść złej wierze, nie zaufać bez reszty Rozumowi‑Historii‑Nauce, emancypacyjnej utopii ani ślepej wspólnocie — z takim zadaniem będzie się mierzył Chiaromonte od pierwszej do ostatniej strony swojego notatnika, dobudowując kolejne elementy do swojej nigdy nieukończonej konstrukcji.

Notatki z cyklu Co pozostaje silnie akcentują poczucie braku oparcia: senna mara, ulotność stanowią naszą jedyną rzeczywistość i jedyną pewność, a ginięcie w nicości, bezładny ciąg chwil tożsame są z pochłanianiem wszystkiego przez czas. A zatem, jeśli zamierzamy szukać czegoś, co w tym wszechogarniającym nurcie będzie trwałą podstawą, musimy, powiada Chiaromonte, odebrać czasowi jego charakter istoty egzystencji, uczynić z niego tylko jej wymiar, na wzór przestrzeni. Wyłoni się wtedy to, co zasługuje na przetrwanie: sens, ciągłość, całość. Nie będą one owocem scjentystycznych utopii, ideologicznego dyktatu, uwielbienia Historii, ale przemyśleniem do końca nicości: „W nicości, owszem, pogrąża się wszystko, poza tą jedną jedyną rzeczą, że życie ludzkie właśnie z tego czerpie swój sens”1. Przebić się więc należy przez to, co Chiaromonte nazywa faktami zewnętrznymi — a Elzenberg empirią — gdyż są światem złud i pozorów, domeną Mai, jak twierdzi toruński myśliciel zauroczony buddyzmem, niedowierzania i obojętności, mrówczej krzątaniny, absolutnej przypadkowości. Pogodzić się z życiem zdanym na czas, pisze Chiaromonte, znaczy — możemy chyba dopowiedzieć — wyrzec się arché, istoty rzeczy, ograniczyć się do tego, co indywidualne, specyficzne, pojedyncze, czyli skazane na zagładę.

I na nic się tu zdadzą nowoczesne bóstwa mające zaradzić temu procesowi odczarowania: kult Historii, bo historia pozbawiona jest sensu, a w wydarzeniach nie sposób odkryć jakiejkolwiek konieczności, a jedynie ich przypadkowe następowanie, ubóstwiony „rozumujący rozum”, nauka, w tym szczególnie krytykowana przez Chiaromontego psychologia, naczelna skądinąd nauka XX wieku, prawdziwa „wiedza totalitarna”, pretendująca do poznania mechanizmów rządzących człowiekiem, do prawdy obiektywnej, z góry ustalonej i dogmatycznej. W pragnieniu, by w ślepym pędzie w czasie wyodrębnić to, co zdolne mu się oprzeć i co do czasu nie przynależy, nie pomoże nam również idea osobowego despotycznego Boga, religii jako systemu reguł, pouczeń, nakazów.

Co zatem pozostaje, czyli trwa i pozwala zmienić życie w „zrozumiałe, znośne i znaczące”? Możemy potraktować cały tom Notatek jako wciąż ponawianą próbę odpowiedzi na takie pytanie; kluczowym, powracającym słowem będzie nigdy nieabsolutyzowany sens, a resztę terminów uznać wypadnie za jego synonimy: ciągłość, sedno, pamięć. Jest nim również ostrożna wiara czy raczej ufność w wyobrażalny ład, ostateczne dopełnienie, ufność sprawiająca, że możliwe jest „życie z jakąś normą Dobra”, a wybrać je znaczy „nie żyć dla Nicości”.

Gdzie jednak szukać sensu i prawdy, nie popadając ani w relatywizm, ani w złą wiarę? To sytuacja paradoksalna, kondycja filozofa — znana już według Chiaromontego Platonowi — „który wie, że prawda istnieje, że nigdy nie przestaje istnieć i że jest zawsze ta sama, a równocześnie nie może jej potwierdzić z niezawodną pewnością, nie uciekając się przy tym do mistyfikacji i nie narażając się na śmieszność”.

Do owej prawdy — sedna, sensu, esencji — można dotrzeć, opierając się na moralnej pewności i intelektualnym wątpieniu, na próg czegoś, co jest „poczuciem religijnym”, intuicją nieprzeniknionego prawa, które musi pozostać nieprzeniknione. Proces ten dokonuje się w świadomości — „na tej małej wyspie, jaką jest świadoma i rozważająca część człowieka”, w realnym doświadczeniu, gdzie nic nie jest czyste i niezachwiane.

Nieuchronne myślenie o skończoności, o życiu pośród cieni zmiennych rzeczy, nie przechyla szali na korzyść filozofii egzystencjalizmu — intrygująca jest, nawiasem mówiąc, również antypatia Elzenberga do tej szkoły filozoficznej — nie chodzi bowiem, pisze Chiaromonte, o Heideggerowskie „życie ku śmierci”, lecz o „życie w życiu, o poświęcenie uwagi życiu, a nie o śmierć, o częste myślenie o śmierci, o jej «kontemplację»”, niczym w kanonicznej scenie śnieżycy w Czarodziejskiej górze, w której Hans Castorp zdrowieje w chwili, kiedy postanawia, że nie pozwoli panować śmierci nad swoimi myślami.

Punktem zaczepienia będzie więc odwołanie się do tej cząstki w człowieku, która pozwala na rozstrzygnięcia moralne, przekonanie, że chociaż „nie posiadamy nic prócz zmiennego cienia zmiennych rzeczy”, jesteśmy zdolni odwołać się do idei ładu, kosmosu, Boga, choćby wszystkie te słowa należało umieścić w cudzysłowie. Wskazywałoby to na doświadczenie świata sprzed Nietzscheańskiej „utraty całości”, pod warunkiem wszelako, że nic nam o tej całości nie wiadomo.

Bez „busoli, map, religii, doktryn, świętych ksiąg”, opierając się despotyzmowi mrocznych bóstw, człowiek może doświadczyć jedności, wspólnoty, wolności właśnie dlatego, że ów ład jest zarówno konieczny, jak i niejednoznaczny, stąd swoboda jednostkowej odpowiedzi. Wspólnota, którą ma na myśli Chiaromonte, tak radykalnie odrębna od wszelkich XX‑wiecznych tendencji umasowienia i demokratyzacji, ma charakter wybitnie elitarny, czy, jak kto chce, utopijny, to ekskluzywne bractwo pojedynczych jednostek: „taka konkretna wspólnota, która może się realnie pojawić, to jednak tylko wspólnota ludzi nielicznych, rozproszonych wszędzie, którzy podobnie jak my odczuwają przeznaczenie człowieka […]. Jest to wspólnota mimo wszystko idealna, wspólnota naturalna bowiem nie istnieje”. Długa droga kultury — ważnego terminu Elzenberga, dość pomyśleć o jego olśniewającym aforyzmie: „Kultura jest próbą zmuszenia dziejów, żeby służyły wartości” — ma dla Chiaromontego moc uzdrawiającą życie społeczne, a jest to „droga doskonalenia zdolności duchowych w niewielkich grupach osób, które […] chcą jednak żyć w inny sposób, niż żyją masy”, kultura tworzona przez nielicznych dla mniejszości.

Notatki Elzenberga obejmują znacznie dłuższy okres, bo niemal pół wieku, te wojenne i powojenne powstawały w skrajnie trudnej sytuacji zewnętrznej, dowodząc jednocześnie, jak niewielkie to może mieć znaczenie dla suwerenności myśli. Potwierdzają przekonanie Chiaromontego, że to nie zewnętrzne okoliczności decydują o jakości doświadczenia, i Elzenberg, wykładając w stalinowskich i gomułkowskich czasach na prowincjonalnym uniwersytecie, zgodziłby się najpewniej z Włochem, gdy ten pisał: „Twierdzenie, że życie jest pełne w każdych warunkach, nie jest nakłanianiem do uległości, lecz przeciwnie, namową do chronienia siebie i walki o własne istnienie”.

Obszary dociekań są niemal te same: literatura i filozofia, etyka i estetyka, wspólni nawet powracający jako pewien wzorzec autorzy: Malraux i Camus, wspólna filozoficzna i duchowa postawa, na którą, jak pisała o Elzenbergu Hanna Malewska, składają się: rzetelność, mądrość, odwaga, subtelność. Ale wspólny jest przede wszystkim opór stawiany „niepokojącemu gościowi”, chociaż nic w doświadczeniu nie pozwala powołać się na absolutną wartość. Odjąć własnym notatkom posmak dogmatyczności, pozostawić wszystkie możliwości rozumienia świata otwarte to postulat poznawczy, który Elzenberg dzieli z pewnością z Chiaromontem.

Zarazem już od samego początku ambicją młodego myśliciela staje się osobisty intelektualny wysiłek, by „samemu zorganizować świat myślą własną”, a wysiłek ma ten sam cel co w wypadku rozważań włoskiego autora: uwolnić się od wszechogarniającej władzy czasu i jego niszczycielskiego nurtu, wyodrębnić, jak pisze Elzenberg, wartość, która „nie jest w czasie, więc i nie ginie”. Na tej drodze bezinteresownego trudu nie będą mu pomocą nauka (filozofia bowiem zaczyna się tam, gdzie zaczyna się kwestionowanie poznania naukowego), utylitaryzm (kultura nie rodzi się z potrzeb), religijna wiara („kulturę — tę uduchowioną — stworzyły epoki bez wiary w życie wieczne”), kult Historii (gdyż dzieje są tylko kanwą i podłożem). Zwłaszcza naukę spotyka krytyka analogiczna do tej, jaka powraca na kartkach Notatek Chiaromontego, zarzuty pozostają te same: aspiracja do definitywnego rozwiązania problemów, odczuwanego jako śmierć myśli, zastój, utrata kontaktu z rzeczywistością. Jeśli człowiek jest „smutną kroplą nicości” i u kresu wszystkiego jest nicość, gdzie można poszukiwać trwałego fundamentu? Odpowiedź zatrzymuje się ponownie na progu tajemnicy, tam gdzie przemożność sensu możliwa jest tylko dlatego, że pozostaje on nienazwany. Gdybym miała wybrać jedną tylko notatkę Elzenberga, w której skupia się cały jego trud stawiania czoła „niepokojącemu gościowi”, wysiłek, który musi pozostać niedookreślony, wybrałabym tę dotyczącą Leopardiego: „Nie sztuka żyć złudzeniami, ale wyzbyć się ich i żyć, to jest sztuka; a jeszcze większa: zostać bez złudzeń, a kochać szlachetność i piękno. Dlatego najwspanialszym dowodem wielkości i wzniosłości ludzkiego ducha są dla mnie poeci pesymistyczni. Być takim pesymistą jak Leopardi, a jednak kochać piękno i tworzyć: to jest jakaś wielkość, jakieś zwycięstwo”.

Jasne jest, że nie chodzi tu o projekt czysto intelektualny czy estetyczny, lecz o coś znacznie ważniejszego. O budowanie świata przeciw światu, pisze Elzenberg, używając słowa „świat” w dwóch różnych znaczeniach, lub lepiej, o oddanie sprawiedliwości światu przez dostrzeżenie w nim tego, co w nim wartościowe. Tak czyni kultura, którą Elzenberg nazywa heroiczną, bo jej wysiłek wciąż ponosi klęskę i pozbawiony jest metafizycznej gwarancji. Na tej drodze możliwa jest — znów jak u Chiaromontego — elitarna wspólnota, „rodzina podmiotów, państwo podmiotów, solidarność podmiotów”, dążących do tego, by stworzyć „wyspę sensowności w morzu bezsensu”, w coraz silniejszym kontraście z tendencjami epoki. Jeśli Chiaromonte mógł obserwować przyspieszony rozwój kultury masowej na Zachodzie, w powojennej Polsce Elzenberg mógł się posłużyć jedynie swoją nadzwyczajną intuicją, gdy w 1950 roku kreślił obraz świata, w którym ludzie chcą coraz wygodniejszej empirii i zatracenia się w zewnętrzności.

Ale również kultura wysoka nie może być absolutyzowana, najświetniejsza nawet kultura, pisze Elzenberg dziesięć lat później, to jednak tylko jakiś spektakl, fikcja, bezsilność wobec grozy życia. Istotne jest „dno”, głębia, religijny, choć pozbawiony wszelkiej idei osobowego Boga, substrat życiowej postawy czy filozofii, na koniec bowiem trudno odróżnić jedną od drugiej.

Powtórzmy zatem raz jeszcze pytanie z Notatek: co pozostaje? Niestety, musimy na nie odpowiedzieć sami, lecz dysponujemy dwiema sugestiami, które mnie przynajmniej wydają się dla obu myślicieli kluczowe, choć uznanie ich za życiowe wskazówki byłoby intelektualnym nadużyciem. Elzenberg: „«Jak to jest ostatecznie?» — Niestety: tylko głupiec to wie ostatecznie”. Chiaromonte: „I w żadnym razie z realności nie można uchwycić niczego, jak tylko jej cień. Jedynie ten cień pozostaje z nami i właśnie z tego cienia człowiek tworzy obiekty najbardziej ważkie i odporne na działanie czasu — ciągi swoich myśli”.

Dziś ton głosu ich obu zdaje się dochodzić z bardzo daleka; w epoce „myśli słabej” ich wysiłek dociekania trwałej podstawy naszego bycia w świecie skłonni jesteśmy uznać za zbyteczny, a „niepokojący gość” zdążył tymczasem uwieść nas tysiącem nowych sztuczek. Kiedy jednak odkładamy obie książki, nietrudno nam będzie pomyśleć wraz z Hanną Malewską, inicjatorką wydania Kłopotu z istnieniem: „Wspaniała szkoła! Gdybyśmy mieli kwalifikacje na pojętnych uczniów!”.

 

JOANNA UGNIEWSKA