JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI „Oczy nicości”

Gdyby istniała nicość, byłaby jej okiem. Myślę o garści popiołu wygrzebanej po wojnie na Okólniku, przechowywanej dziś w Pałacu Rzeczypospolitej, w Sali Biblioteki Wilanowskiej. Wystawionej jakby ze wstydem — jak przechowuje się mleczne zęby czy pępowinę, już nawet nie wiadomo dla kogo. Święte relikwie pokryte rdzą ropy i krwi. Na cokole regału, w szklanej urnie. Monstrancja ze spopieloną hostią.

„Wtedy w Bibliotece Krasińskich — wspominał Bohdan Korzeniewski starania, by chronić księgozbiór przed hitlerowskim «książkobójstwem» — postanowiliśmy przynajmniej utrudnić spalenie zbiorów teatralnych. Wybraliśmy w podziemiach Biblioteki loch zakończony ślepą ścianą. Bezcenne egzemplarze jeszcze z odręcznymi notatkami Wojciecha Bogusławskiego i równie unikatowe tomy afiszów ułożyliśmy ciasno aż pod samo zaokrąglone sklepienie. Przypuszczaliśmy, że nawet przy pożarze gmachu tak stłoczone dokumenty ocaleją. Papier, jak wiadomo, pali się niełatwo…”.

A tak — wciąż w relacji Korzeniewskiego — wygląda powojenna klamra tego samego wspomnienia, moment powrotu do ukrytych książek: „Przy pierwszym spojrzeniu można było doznać oszałamiającej radości. — Ależ tak — chciało się zawołać — zbiory ocalały! Leżały w grubych, równych warstwach. Uderzał nawet jakiś porządek, którego nie zostawiliśmy, maskując schron. Nie było blach ani worków z piaskiem. Zwracał także uwagę znacznie niższy poziom pokładów. Woluminy nie przylegały już tak ciasno do sklepienia, jak wówczas kiedyśmy je układali.

Bliższe podejście odkrywało sekret tych zmian. Był ohydny. Przy dotknięciu warstwy równo ułożonych egzemplarzy już nawet nie rozpadały się, ale znikały. Zbiory zetlały doszczętnie w ogniu, który musiał je trawić wolno przez wiele dni…”.

Opis Bohdana Korzeniewskiego tylko z pozoru przypomina fragment Rzymu Felliniego, gdzie oczom budowniczych metra objawia się cud antycznych fresków i ich natychmiastowa zagłada. Różnica pomiędzy filmem a tą garścią prochu jest taka jak pomiędzy repliką a oryginałem; wierszem a ręką, która go napisała. W wielkim filmie jest wielka sztuczka, zabawa. Interpretacja wspomnień robotników, którzy widzieli zakopany świat chwilę przed dotykiem Meduzy powietrza i światła. W prochu z Okólnika jest oddech żywego trupa.

Kiedy się tak je zobaczy, wśród starych książek zesztywniałych w pogrzebowych szeregach, oko nicości patrzy bez uprzedzenia i z punktu narzuca sens nie przez interpretację, zbyteczną i niestosowną, lecz przez wspólnotę siostrzanych bytów. Jest czymś organicznym i martwym, jak organiczny w gablocie jest palec świętego Tomasza, czaszka świętego Jana Chrzciciela, pierś świętej Agaty. Martwym nieodwołalnie, bo nawet w najodważniejszej religii trudno wierzyć w zmartwychwstanie książek. Organicznie kruchym jak ciało połamane upadkiem z siódmego piętra, ubrane do trumny w przyduży, nakrochmalony garnitur.

Jest wydarzeniem na miarę Całunu Turyńskiego. Z tą różnicą, że szkic na Całunie wyzwolić miała energia życia, a poziomy zarys pojedynczej książki narysowało umieranie materii, bezradny bezwład, zapaść.

Jest bratem Polifema, któremu Ulisses wypalił oko, powtarzającym pytanie o źródło własnego bólu, słyszącym w odpowiedzi „Nikt”. Jest znakiem duszy w czyśćcu cierpiącej, wypalonym na kupce zapomnianej mąki. Jest dziurą po Mesjaszu, zaginionej powieści Brunona Schulza. Jedynym zapamiętanym z niej zdaniem: „Wiesz — powiedziała mi rano matka. — Przyszedł Mesjasz. Jest już w Samborze”. Jest milczeniem Zuzanny Ginczanki w ostatnich dwóch latach przed śmiercią, wytłumaczalnym tylko tym chyba, że ten sam gestapowiec, który jedną ręką wywlekł ją za włosy, drugą chwycił jej wiersze i wrzucił do pieca.

Musiało być tak, że w tym dalekim i bliskim 1945 roku, w natchnionej intuicji, ktoś — sam Korzeniewski? — włożył rękę w martwą ścianę popiołu i wyjął z niej tyle, ile zmieściło się w garści. Wyjął i — jak robi się z czymś, z czym nie wiadomo co zrobić, choć wiadomo, że trzeba przechować — włożył do naczynia. Za szklaną ścianą urny to coś jest dzisiaj fatamorganą książki. Łatwo dostrzec stopione w zbitą masę krawędzie kartek, rysunek grzbietu jak odcisk muszli na skale wapiennej. W dziwnej perspektywie grubego szkła widać, co było, przez to, że tego już nie ma.

Siostrzanym bytem urny jest również kamienica przy ulicy Waliców 14. Dom poety Władysława Szlengla i Menachema Kipnisa, etnografa i fotoreportera. Kikut pięciopiętrowej kamienicy z brudnej cegły. Jadę ją obejrzeć z Eugeniuszem Tkaczyszynem‑Dyckim, poetą i przyjacielem. Obejrzeć i dotknąć.

Ewidentnie było tak, jak czytam w opisie: „goliat” musiał rozwalić cały front, została tylna część domu.

Weszliśmy tak daleko, jak można. Na absurdalnej kanapie przy śmietniku spał włóczęga. Okna z powybijanymi szybami jak grafika artysty o wyobraźni gotyckiej. Zastygłe mięśnie i żyły ścian jak z grafiki Bronisława Linkego, tylko bez gestu przytulenia dla powracających. Bo przecież nikt tu nie wraca. Czasami ktoś przyjdzie, jak dzisiaj Eugeniusz i ja.

Weszliśmy na podwórko kamienicy obok: odrapane drzwi do piwnic, stare framugi. W klatce schodowej, za niektórymi drzwiami ktoś jeszcze mieszka.

To samo — czyli nic — dzieje się w kamienicy następnej.

Obchodzimy całą bryłę. Na ścianie zewnętrznej od strony Grzybowskiej mural ze słowem „kamienico”, rozstrzelonym tak, by wyczytać w nim „nic” i „co”. A w górze czerwony balonik.

Biorę nadpalony strzęp cegły, bo Władysław Szlengel tu się urodził, stąd wyjechał po wybuchu wojny do teatru w Białymstoku. Bo kiedy wrócił, okazało się, że jego dom jest w getcie.

Ma to sens, ale niewypowiedziany. Jak każdy sens, który słusznie się broni przed słowem.

JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI