|
|
|
|
|
Barbara Toruńczyk "Marek Edelman (1919-2009)" |
|
Strona 1 z 6 Marka Edelmana najtrafniej opisał Albert Camus. Chociaż go nie znał. Co myślałby doktor Rieux z Dżumy o skutkach plagi, której był świadkiem? Stwierdziłby może, jak Marek, że spowodowała metamorfozę myślenia o wszystkim, co ludzkie. Ta zmiana była wielka i nieodwracalna - na miarę przewrotu w kosmologii w wyniku zastąpienia geocentrycznej wizji Ptolemeusza przez Kopernikańską intuicję budowy Układu Słonecznego. Holocaust wywołał według Marka równie rewolucyjną zmianę w umysłach. Dzieło zniszczenia dokonane podczas II wojny światowej podcięło ideologię postępu wraz z jej fundamentem - wiarą w dobrą naturę człowieka. Dla niego samego oznaczało to konieczność przemyślenia ideologii Bundu, socjalistycznej organizacji żydowskiej, o której pamięć podtrzymywał całe życie. Rozprawiał o tym na swój własny sposób. Obywał się bez retoryki intelektualistów i nie podejmował tematu bezpośrednio. Pod jakimkolwiek pretekstem dowodził jednak, że klęska dotychczasowej wizji świata i człowieka zapisała się w rozwijanych na Zachodzie naukach społecznych spotęgowaniem odruchu intelektualnej redukcji i relatywizacji wszelkich wartości, łącznie z samą wizją życia ludzkiego i waloru człowieczeństwa. Holocaust - twierdził - nauczył pogardy do człowieka, pokazał, że z ludzkim istnieniem można zrobić wszystko i ani kultura, ani religia, ani cywilizacja czy nauka nie stanęły temu na przeszkodzie. Wręcz przeciwnie, widząc swoją bezradność, przestały stawiać bariery szerzącemu się złu i z czasem same mu uległy.
Tropił we wszelkich dziedzinach ludzkiej aktywności triumf nikczemnych eksperymentów. Mówił o złej i zwierzęcej naturze ludzkiej, uzdolnionej do wyrządzania krzywdy (człowiek to zwierzę, powtarzał, tyle że gorsze od innych, bo niszczy własny gatunek). Swoje obserwacje czynił ze szczególnego, odosobnionego punktu widzenia, gdyż w jego osobie złączył się zarazem badacz i lekarz ludzkiej natury. Dane mu było wypróbować ją wraz z całym kodeksem europejskiej kultury i poddać na swoim osobistym przykładzie wszelkim możliwym sprawdzianom męstwa i granic wytrzymałości. Pod tym względem rzeczywiście przeistoczył się w Camusowskiego doktora Rieux.
W jego wizję historii i kultury wpisane zostało dzieło zniszczenia. Ukryte, niewypowiedziane, nienazwane zło było nieuchronne i irracjonalne. Jego korzeń w każdej cywilizacji i w każdej kulturze był zawsze ten sam - moment, w którym człowieka odziera się z ludzkich przymiotów, odmawia mu się prawa do istnienia, uznaje za nie człowieka. Przydarzyło się to Żydom za jego życia. W młodości i w warunkach najbardziej ekstremalnych potrafił się temu przeciwstawić z bronią w ręku, a kiedy trzeba było - przebiegłością, gołymi rękoma, zwierzęcym instynktem tropionego człowieka, który nie zamienił go jednak w bestię.
Jego celem stało się ocalenie ofiar Zagłady od przeznaczonego im nieludzkiego losu. Zamknięty w getcie podczas okupacji zaciekle walczył o życie. W ówczesnych warunkach był to wybór śmierci - wyrażenie zgody na nią; miała ją jednak sprowadzić wojna wypowiedziana przez niego oprawcy, czyli w jedyny sposób pozwalający na zachowanie wolności, gdy na przetrwanie nie było szans. Mówi się często, że bojownicy z getta warszawskiego wybrali godną śmierć. Edelman się na takie określenie nie godził. Uważał, że nie mniej godna była śmierć matki niedającej się rozdzielić z dzieckiem i śmierć córki dobrowolnie dołączającej do rodziców, aby towarzyszyć im w transporcie do obozu zagłady. Jeśli wybrał walkę, to dlatego że nie godził się na wykonywanie upokarzających rozkazów, na los niewolnika III Rzeszy, na pozbawienie prawa do decydowania o swoim losie. Śmierć wpisał do porządku życia. Była sądzona każdemu, a on starał się ją po prostu odwlec, uczłowieczyć. Tak naprawdę kochał życie, o śmierci mówił: "To jest nic, chwilka tylko". Był do niej przygotowany. Może opisze to kiedyś Paula Sawicka.
Start Poprzednia 1 2 3 4 5 6 Następna Ostatnia |
|
|
|
 |