Rozmowa z Barbarą Toruńczyk

Prezentujemy fragmenty rozmowy Agnieszki Papieskiej z Barbarą Toruńczyk, która ukazała się w miesięczniku "Nowe Książki" 2012 nr 10, z okazji wydania książki "Żywe cienie".

CZASAMI MAM POCZUCIE, ŻE IDĘ POD PRĄD

Z Barbarą Toruńczyk rozmawia Agnieszka Papieska


ImageAGNIESZKA PAPIESKA: Stanisław Barańczak na XX-lecie „Zeszytów Literackich”, dedykując Pani trzy limeryki, napisał: „Basi Toruńczyk za wieloletnie i niezłomne stawianie oporu moim naciskom, aby «Zeszyty Literackie» z pisma intelektualno-elitarnego uczynić normalnym pismem wulgarnie-rozrywkowym”. Od tamtej pory minęło kolejne dziesięć lat. Czy w tym czasie zetknęła się Pani z podobnymi, tyle że bardziej serio wyrażonymi naciskami, aby zrezygnować z elitarności pisma?
BARBARA TORUŃCZYK: To jest problem, który nam towarzyszy, od kiedy w 1992 roku wydawnictwo przeniosło się do Polski. Bo w pierwszym, paryskim okresie istnienia pisma opór rzeczywistości napotykaliśmy z innej strony, w Polsce zaś w wyniku przemian ‘89 roku – mam na myśli zarówno procesy demokratyzacji, jak i pojawienie się gospodarki rynkowej – wezbrała fala kultury masowej. To było nowe wyzwanie, zresztą nie tylko my musieliśmy mu sprostać. Staszek Barańczak, jak zawsze, bardzo szybko to pojął. Muszę przyznać, że do dzisiaj jest to nasz największy problem.

AP: Cofnijmy się o trzydzieści lat. Jest Pani na stypendium doktoranckim w Yale i nagle, wiosną 1982 roku, rzuca Pani świetnie rozpoczętą karierę naukową, rezygnuje ze stypendium i zakłada w Paryżu pismo literackie – od zera, bez pieniędzy, mając tylko pomysł. To było wbrew rozsądkowi. Co Panią kierowało?
BT: Pierwszy raz mogłam zapomnieć o Europie Środkowo-Wschodniej, a nawet o Europie, bo każdy, kto znajdzie się w Ameryce, czuje zanurzenie w nowym świecie. Przede mną rozciągała się perspektywa całkowitej wolności, co dobitnie uzmysłowił mi Josif Brodski, mówiąc, że Ameryka jest jedynym krajem, gdzie można się oderwać od presji społeczności, polityki, a w tamtym czasie w Polsce, mówię o latach 70. i 80., budowaliśmy – ja i moje środowisko – ruch opozycyjny. Brodski nalegał, żebym przyjęła tę wielką ofertę wolności, którą daje Ameryka. Dla mnie znaczyłoby to zerwanie z całym dotychczasowym życiem. Dla Brodskiego jako twórcy jest to zapewne ważne, żeby wykonać taki skok z trampoliny, ale ja nie odczuwałam podobnej potrzeby, nie chciałam rezygnować z wpojonego mi rozumienia wolności, obejmującego również kontekst społeczno-polityczny, historyczny. Czułam się przede wszystkim silne związana z moim środowiskiem. To był szczególny czas, wszyscy moi przyjaciele byli aresztowani lub internowani, niezależny ruch wydawniczy, który współtworzyłam od początku, był kompletnie rozbity. Nie szukałam kariery. Zresztą to też złożona sprawa. Wtedy w Stanach panował kryzys. Widziałam losy moich przyjaciół, emigrantów z 1968 roku, którzy byli już zakorzenieni w Stanach, pokończyli najlepsze uniwersytety, i z dnia na dzień tracili pracę. Ja miałam około trzydziestu lat, zanim skończyłabym studia, weszła w środowisko amerykańskie... Choć to akurat było bardzo łatwe, bo tam nie ma barier, jakie stwarza elitarystyczna Europa i Polska. W kręgach, w których się obracałam, na wyższych uczelniach, wśród intelektualistów, pisarzy, panowała merytokracja, to znaczy można było dotrzeć do najwybitniejszych osób, jeśli było się kierowanym uzasadnionymi powodami. Brodskiego poznałam w pierwszym tygodniu mojego pobytu w Stanach. Jednak nie myślałam o tym, żeby tam zostać. Chciałam założyć pismo, przeważyły więzy z przeszłością, z Polską.

AP: Jednak był w tej decyzji jakiś pierwiastek irracjonalny.
BT: Z doświadczenia wiem, że gdy ktoś chce powołać do życia coś nowego, to ma wizję tego przedsięwzięcia, natomiast dla wszystkich wokół jest to irracjonalne. Znalezienie miejsca na coś nieznanego wymaga twórczego podejścia do rzeczywistości, która jest do tego nieprzygotowana. Rozumiem, że mój krok mógł się innym wydać szaleńczy, ale ja widzę w nim pewną konieczność. Był to logiczny rozwój mojego życia, mojej osobowości, zainteresowań. Przed wyjazdem z kraju byłam współzałożycielem i przez pewien czas sekretarzem redakcji pierwszego niezależnego pisma literackiego „Zapis”, które zgromadziło najwybitniejszych pisarzy polskich i szybko stało się zapleczem intelektualnym rozwijającego się ruchu demokratycznego. Wtedy powstał KOR, krótko potem Towarzystwo Kursów Naukowych. Wiedziałam, jak trudno takie pismo zakorzenić w świadomości społeczeństwa, zarówno autorów, jak i czytelników, i jak trudno zdobyć i utrzymać potrzebną do tego bazę materialną. „Zapis” zaczął być wydawany w kraju na powielaczach podziemia, a potem dzięki staraniom przyjaciół na emigracji, Eugeniusza i Niny Smolarów, nakładem Index on Censorship – jako „normalne”, drukowane czasopismo. Niełatwo było znaleźć na to pieniądze, zapewnić regularność i wysyłkę do kraju, zorganizować dystrybucję. Na skutek wprowadzenia stanu wojennego wszystkie już zdobyte środki mogły przepaść. Wydawało mi się, że w takich „wojennych” warunkach najpilniejszym zadaniem jest ratowanie ciągłości kultury, żeby nie było luki, żeby nie powstała przepaść, żeby nie udało się zdławić ducha wolności. Dlatego w pierwszej chwili myślałam o tym, żeby wydać symboliczny numer „Zapisu”, korzystając z tej szczęśliwej okoliczności, że część redakcji i autorów „Zapisu” była tuż koło mnie, w Stanach Zjednoczonych: Stanisław Barańczak, Kazimierz Brandys, Jakub Karpiński, Natalia Gorbaniewska, Josif Brodski. Sądziłam, że byłoby wspaniałym symbolicznym gestem wydać taki numer, który pokazałby opinii świata, i w Polsce, że kultura niezależna istnieje. Zrobiłam taki numer przy udziale ludzi, których wymieniłam, ale nie chciałam go wydawać bez zgody kolegów w kraju. Do Teresy Boguckiej, która pełniła wówczas funkcję sekretarza redakcji „Zapisu” (Wiktor Woroszylski i Jacek Bocheński byli internowani), napisałam list z pytaniem, czy się na to zgadzają. Odpowiedź nie nadchodziła. Dopiero po latach się dowiedziałam, że osoba, której powierzono ten list, nigdy go nie wysłała. Czas mijał, w Polsce zaczęły się ukazywać pierwsze niezależne pisma, i zrozumiałam, że symboliczny gest z „Zapisem” byłby już poniewczasie. Zrozumiałam też rzecz wtedy może zasadniczą: że to uderzenie w „Solidarność” może zagrozić ruchowi oporu w Polsce. Ludziom związanym z „Solidarnością” wydawało się niemożliwe zniszczyć tak potężny ruch społeczny, 10 milionów członków. Ja byłam od roku na Zachodzie, nawiązałam kontakty z emigrantami czeskimi po 1968, z rosyjskimi opozycjonistami – jak Władimir Bukowski, Aleksander Zinowiew, Brodski, poznałam uchodźców z Węgier. Uważałam, że należy się nastawiać na okres normalizacji co najmniej tak długi jak w Czechosłowacji, to znaczy co najmniej dziesięć lat, i przez ten czas trzeba pokazać, że ruch oporu przetrwał, i zrobić wszystko, żeby on rzeczywiście przetrwał. Wydawało mi się, że stworzenie niezależnych instytucji, chwilowo na emigracji, potem być może w kraju, jest najważniejsze. To właśnie mną kierowało, kiedy pomyślałam o założeniu pisma. Rozmawiałam o tym ze Stanisławem Barańczakiem. To człowiek, który nie zna słowa „nie”. Byłam przy tym, jak mu zaproponowano wstąpienie do KOR-u. Zanim zdążyłam zaprotestować, bo uważałam, że takiego człowieka trzeba zachować dla kultury polskiej, a to była ryzykowna decyzja, on już się zgodził. Kiedy go zapytałam, co myśli o tym, żeby założyć pismo, powiedział: „Dlaczego nie? Oczywiście, że tak, ale to musi być bliżej Polski”. Wtedy zdecydowałam pojechać do Paryża, też – można powiedzieć – straceńczo, bo nie miałam tam żadnego punktu zahaczenia. Skasowałam stypendium w Stanach, choć dziekan mnie przekonywał, żeby poczekać, aż się wyjaśni sytuacja w kraju. Ale ja uważałam, że trzeba jak najszybciej doprowadzić do powstania pisma. I tak się stało.


Fragmenty, całość w miesięczniku „Nowe Książki” 20121 nr 10.


ImageNowość
Na kartach tej książki ożywają cienie Marka Edelmana, Jerzego Giedroycia, Zbigniewa Herberta, Pawła Hertza, Jana Kotta, Jana Lebensteina, Aliny Margolis-Edelman, Czesława Miłosza, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Jerzego Turowicza, Wiktora Woroszylskiego. Mowa jest też o Jacku Woźniakowskim, Jacku Kuroniu, Adamie Michniku...

Komentarze

Napisz komentarz
Imię:Gość
Tytuł:
Komentarz:

 

 

login

hasło

Zapamiętaj mnie
Zapomniałeś hasła?
Nie masz konta? Załóż je

 
 
Zapisz się na newsletter ZL: