EWA BIEŃKOWSKA „Jarmark w Colmarze”

Colmar należy odwiedzać w dwóch momentach roku. Raz w październiku, kiedy okoliczne winnice są dojrzałe do zbiorów, rzeczywiście złote dzięki liściom i gronom, a pogoda do błękitu dodaje przezroczystą mgiełkę. U podnóża Wogezów widać jak na dłoni rozsypane wioski winogrodników, wśród których domyślamy się Miłoszowskiej Mittelbergheim. Po raz drugi, jeśli lubi się folklor dumny z wierności tym samym obyczajom, przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy przez miesiąc trwa gwiazdkowy jarmark. To obyczaj niemiecki, świadectwo dawnej przynależności miasta do innej kultury, która obejmowała oba brzegi Renu. Najsłynniejszy jest jarmark strasburski, rozkładający się na pięć tygodni na placu katedralnym, wokół wspaniałej, tak różnej od gotyku francuskiego, budowli z czerwonego kamienia. Ale kiermasz w Colmarze tym razem przesłonił stołeczne miasto Alzacji, gdzie raziła mnie banalność i jednostajność dekoracji.

Colmar to co innego. Gdy z hotelu, leżącego lekko na uboczu, udajemy się do centrum, przechodzimy przez kilka kręgów, stopniowo wprowadzających nas w święto. Miasto wydaje się malutkie, na kilkanaście minut spaceru. Najpierw idziemy obok słynnego muzeum z zachowaną niemiecką nazwą Unterlinden, w dawnym kościele i klasztorze żeńskim znanym w okolicy z przydomka „Pod Lipami”. Przechodzimy przez ulice ozdobnych domów z trójkątnymi szczytami, ulicę Kluczy, Ślusarzy, Piekarzy, Kupców, Augustynów i Kościelną, zbaczamy w stronę ulicy Głów, gdzie stoi dom z wyrzeźbionymi na wyższych piętrach głowami, idziemy do ulicy Pfistera z kamienicą ozdobioną drewnianymi wykuszami, drewnianą galeryjką i pobożnym malowidłem. Trudno określić, jaki jest styl tych budowli, chociaż wiele pochodzi z XVII wieku. Późniejsze dodatki, upodobanie do zdobniczych psikusów, historyzm, który zalewał XIX‑wieczne miasta Europy, w bogatszych domach wyrażają się bezstylowymi basztami, hełmami wież, w duchu malowniczym. Dzielnica Garbarzy, krok dalej, zachowała więcej autentyczności: strome dachy, kolorowe ściany pokreślone drewnianym belkowaniem.

Tutaj się nie handluje, ale uroczystość jest widoczna w dekoracjach: o tej porze roku przy łagodnych temperaturach zimę reprezentuje biel zawieszonych wysoko rózg i błyszczących łańcuchów. Gwar dobiega z placu przed kolegiatą Świętego Marcina, gdzie rozłożyło się targowisko. Budki ze straganami prześcigające się w ozdobach, sztuczny śnieg i ustrojone bałwany, barwne daszki, opary pieczonych kiełbasek i grzanego wina, towary rozłożone apetycznie, od kulinarnych specjałów, z których słynie Alzacja, do zabawek, ubrań ze skóry i samodziału. Wyglądają bardzo atrakcyjnie przy pierwszym spojrzeniu, choć strach się w nie ubrać. Panuje wesoły ścisk, dobijanie się do straganów, po chwili można zdać sobie sprawę, że ludzie raczej oglądają z przyjemnością i mało kupują, z wyjątkiem gorącego wina pachnącego korzeniami. Opatuleni, przestępując z nogi na nogę, sprzedawcy zachowują dobrą minę. Dookoła domy kapią od ozdób, poprószone śniegiem, obwieszone mikołajami z workami prezentów i wspinającymi się na wyższe piętra białymi niedźwiadkami w furażerkach. Biel sztucznego śniegu oznacza wstęp do zimowej bajki, z Grimma albo Disneya — do święta oraz na wyścigi dziecinno‑turystycznego kiczu. Mówi się, że w każdym pokutuje odrobina dawnego dziecka łakomego rzeczy, do których ręka sama się wyciąga. Tak jest i ze mną: na chwilę nawiązuję porozumienie z tajną stroną osobowości, z czasami, kiedy takie widowiska otwierały cały świat marzenia. Nawet gotycka kolegiata, zgrabna i nieduża, przydaje obrazkowi charakteru staroświeckiej ryciny. Rzewności, której nie widzi się w miastach prowincji prawdziwie francuskich, dumnie pokazujących swoje bogactwa lub zgryźliwie zamkniętych przed podróżnikiem.

Alzacja pretenduje do odrębnej kultury pogranicza i do odrębnego języka. Jest to bardziej odczuwalne w Colmarze niż w kosmopolitycznym Strasburgu. Po wczesnym przyjeździe udałam się do bufetu dworcowego na śniadanie, było ogólnofrancuskie, z gorącym rogalikiem maczanym w kawie. Z boku przy stoliku zaciekawiły mnie trzy rozgadane kobiety z pakunkami, z jakimi podróżują chłopki. Mówiły w gardłowej mowie, która po chwili wsłuchiwania się okazała się podobna do niemieckiej, z innymi końcówkami słów, innymi przyimkami, z akcentem, który pewnie można odszukać w dialektach oddalonych krain niemieckich. Alzacki nie ma łatwej sytuacji kulturalnej i psychologicznej. Był jednym z narzeczy germańskiej wspólnoty językowej, świadectwem, że Ren nie stanowił nieprzepuszczalnej granicy, odwrotnie, był dowodem na niepewność podziałów. Przez kilka stuleci, od średniowiecza do wojny trzydziestoletniej, dziesięć miast cesarskich na lewym wybrzeżu, w tym Colmar, było zgromadzonych w związku nazywanym Decapolis. Zmiótł go pokój westfalski, otwierając nową sytuację w sercu Europy i oddając Alzację Ludwikowi XIV. Trudno wyobrazić sobie bez dokładniejszych studiów, jak się miewała nadreńska odmienność w ramach scentralizowanego państwa francuskiego. Otoczony czcią obraz prowincji znalazł się w centrum uczuć Francuzów po klęsce w wojnie z Prusami w 1870 roku — Alzacja i Lotaryngia zostały wcielone do Rzeszy i do I wojny światowej rozwijała się literatura przedstawiająca osieroconą córkę zasmuconej matki. W różnych częściach Francji, w domach, gdzie gromadzono wielopokoleniowe pamiątki‑szpargały, można zobaczyć ilustracje gazet z przełomu stuleci, na których Matka spogląda smętnie na błękitną linię Wogezów, a po drugiej stronie granicy Córka w czepku z ogromną czarną kokardą wyciąga ramiona. Wola odwetu — po obu stronach — do końca II wojny określała stosunki francusko‑niemieckie.

Problem miała rozwiązać jednocząca się Europa. Łagodząc cezurę granic państwowych, wzbudziła problemy regionów poczuwających się do historycznej i kulturalnej odrębności. Nie tylko Korsykanie, Baskowie w Pirenejach, Bretończycy w północnym Finis Terrae objawiają nie do końca jasne pretensje, rozmawiając po swojemu, gdy do sklepiku bądź baru wejdzie klient ze środkowej Francji. Alzatczycy zachowują się tak w wioskach oddalonych od szlaków turystycznych i pamiętam niechęć gospodyni hotelu w Wogezach, która rozpromieniała się na widok Niemców. Ludzie tutejsi mają znakomitą opinię jako pracownicy, i to na rozmaitych polach, produkują dobre wina, zwłaszcza białe, ale do dzisiaj nabywcami są głównie przybysze zza Renu. Zaprzyjaźniony (wokół wspólnego kultu Miłosza, u mnie poetyckiego, u niego reklamiarskiego) winogrodnik z Mittelbergheim opowiadał kiedyś, że w niedziele przyjeżdżają klienci z dalekich niemieckich stron, by załadować samochód butelkami. Na jarmarku grudniowym w Colmarze wśród turystów niemiecki słyszy się na równi z francuskim; czasem nachodzi mnie pytanie, jak po obu stronach Renu myśli się o tożsamości tej pięknej krainy — być może pokutuje przekonanie, że została oderwana od germańskiej zbiorowości „za karę”.

Colmar oprócz starych kamieniczek, majestatycznego gmachu Dawnego Cła zwanego też Koïfhus, komandorii kawalerów świętego Jana, ma atrakcję w postaci rzeczki Lauch (wymawianej Lok?) łagodnym łukiem przecinającej tereny, które kiedyś były przedmieściem, a dziś należą do turystycznego rdzenia. To Mała Wenecja otoczona malowniczymi domkami, również ozdobiona gwiazdkowo. Tutaj w letnie wieczory jadało się na wystawionych stolikach, prowincjonalna błogość objawia się ciszą przerywaną czasem młodzieńczym śmiechem. Teraz mimo dekoracji przypomina niepotrzebną fosę. Zimowe spacery mają to do siebie, że wchodzi się pod dach, do muzeum, do baru z taką przyjemnością, jakby wracało się do siebie. Co do muzeum, wchodzą w grę dwa, zaczynam od tego, które jest mniej podniecające. Dom Auguste Bartholdi, znanego z nowojorskiej Statuy Wolności, to piękna mieszczańska siedziba na trzech kondygnacjach z podwórcem, gdzie możemy wyobrazić sobie doborowe towarzystwo z okolic, gości z Paryża i z Ameryki. Zdobią go Trzy Podpory Świata podtrzymujące bez wysiłku globus: Odwaga, Praca, Sprawiedliwość. Sztuka oficjalna z końca XIX stulecia wróciła dziś do łask, z ironicznym upodobaniem przypatruję się nagiemu młodzieńcowi z koroną laurową, dwóm nimfom w zwiewnych szatach odlanych z brązu. Po błyszczących i skrzypiących schodach wchodzimy na piętro, gdzie mieści się trochę gipsowych miniatur wielkich form uprawianych przez mistrza, zdjęcia kolejnych faz budowy Statuy Wolności i odtworzenie paryskiego mieszkania. Syn Colmaru interesuje tylko tych, którzy mają zbyt dużo czasu i chronią się przed kolejnymi falami deszczu.

Ale w Colmarze wszystkie drogi prowadzą do Ołtarza z Isenheim, skarbu niemającego sobie równych. Jego siedzibą jest gmach muzeum Pod Lipami, zwykle pokazują go w nawie skromnego kościoła przyklasztornego. Tej zimy został wyprowadzony, muzeum odnawia się i powiększa, a elektroniczny ekran zawiadamia przechodniów, ile dni zostało do jego nowego otwarcia: dokładnie rok. Poliptyk odwiedza się w kolegiacie św. Marcina, gdzie nie ma tak jasnej prezentacji jak w muzeum, choć działa z równą siłą. Tu byłoby miejsce na podzielenie się z czytelnikiem własnymi wrażeniami, ale ręka waha się przed podjęciem zadania.

Nieznany z nazwiska malarz, identyfikowany przez przydomek Grünewald, pracował dla zakonu braci antoninów (od św. Antoniego pustelnika, opiekuna w ciężkich chorobach) w miasteczku Isenheim. Sporządził dzieło, którego pierwszą cechą, zauważalną gdy przystępujemy do oglądania, jest dziwność — i siła wyrazu. Mimo Hieronima Boscha i ekspresyjności późnośredniowiecznej nie jesteśmy przyzwyczajeni do takich przedstawień. I do takiej obfitości obrazów pojętych jako całość, tworzących troje podwójnych skrzydeł do części środkowej, przy zamknięciu przedstawiającej Ukrzyżowanie, przy całkowitym otwarciu rzeźbioną figurę świętego Antoniego w otoczeniu świętych Augustyna i Hieronima; te ostatnie oczywiście nie są tworem malarza. Poliptyk został rozmontowany i skrzydła ustawione jedne za drugimi, żeby widz miał dostęp do całości, a dzieło nie zostało naruszone przez ciągłe otwieranie i zamykanie. Inaczej niż u Boscha i u Bruegla, których upiorne wizje nie dotyczą samych boskich osób, malarstwo, które można nazwać halucynacyjnym, jest tu zastosowane do najświętszych prawd wiary. Halucynacja zaczyna się przy najważniejszej scenie, przy ołtarzu Ukrzyżowania. W potworności konania, w rozpaczy postaci przy Krzyżu, w figurze św. Jana Poprzednika monstrualnym palcem wskazującego na Chrystusa, nawet w Baranku, który patrzy na Krzyż, krwawiąc do kielicha, w naturalizmie umęczonego ciała i grymasie twarzy jest nie tylko potworność. Jest coś spoza jawy, groza koszmarów sennych, kwintesencja zła, jaką można wyrządzić człowiekowi. Jest mistyczne porozumienie dłoni, ogromnych, wykręconych u Ukrzyżowanego, splecionych w bezsilnej litości u Magdaleny i Matki Boskiej, demonstracyjnej u Jana Chrzciciela, który firmuje całość wypisanym płomiennie zdaniem o nadrzędności Jezusa wobec jego własnej misji. Próbuję wyobrazić sobie dobrych antoninów z Isenheim, pielęgnujących chorych biedaków, dzień w dzień, kilka razy dziennie postawionych przed tym wizerunkiem, wzbraniającym wszelkiej pociechy, zatrzymującym historię świata w Wielki Piątek. Tylko widz z zewnątrz obrazu mógłby podpowiedzieć, że przyjdzie Wielka Niedziela. Oni, świadkowie wewnątrz obrazu, nie wiedzą i patrząc na to, co się dokonało, nie mogliby sobie tego wyobrazić. Dodam, że otwierając odrzwia poliptyku, od razu trafiamy na Zmartwychwstanie. Sporo o nim pisano — do tego stopnia jest niesamowite, że budziło pytania o narkotyk, który wywołuje takie zwidy. Niemieszcząca się w ramach rzeczywistości jest nie tylko postać Zmartwychwstałego w nimbie jakiejś zorzy polarnej z innej planety, pokazująca przebite dłonie jak w figurze ekstatycznego tańca. Nierzeczywiste są kolory, nierzeczywista przestrzeń, gdzie horyzont zatyka ogromny głaz otwartego grobu. Z organicznych i mineralnych barwników, którymi posługiwali się artyści, z początków malarskiej perspektywy Grünewald wydobył inne możliwości: poszerzenia świata o obszar poza doświadczeniem. Podobne uczucie towarzyszy oglądaniu innych skrzydeł: Bożego Narodzenia, koncertu anielskiego, spotkania dwóch pustelników i kuszenia św. Antoniego, gdzie grozę wzmacniają rysy komiczne.

Ta sztuka, karmiona wieloma dopływami duchowości północnej, wyczulona na atmosferę quasi‑gotycką pierwszego okresu reformacji, nie ma analogii w malarstwie. Po kasacji zakonu antoninów Colmar stał się strażnikiem tego wytworu imaginacyjnej alchemii ukrywającej się za pozorem koszmaru. Mógł on nawiedzać anachoretę zaprawionego długim postem albo artystę szukającego nowej ekspresji dla rzeczy, których oko nie widziało, ucho nie słyszało. Zwiedzający kręcą głową i dla wytchnienia oddają się śledzeniu fantazyjnych detali obrazu, bo nie da się łatwo wchłonąć zapisanego w nim olśnienia. Porównując małą grupkę turystów ciekawych dzieła z tłumami jarmarcznymi, stwierdzam, że prócz rozchichotanych lub wymęczonych wycieczek szkolnych ryzykantów jest niewielu. Wewnętrzna aura poliptyku ma coś kacerskiego, co nie pozwala przesunąć go w sferę obiektów sztuki, które ogląda się z poczuciem podniesienia własnej kultury artystycznej. Jest skarbem miasta, dzięki któremu znawcy wpisują je do najbardziej wymagających osobistych przewodników, osobliwością bez nazwy i bez zastosowania. Notatka, że twórca jest współczesnym Dürera i Rafaela, wywołuje efekt obcości, jak zestawienie przedmiotów, których nie łączy materia ani gatunek.

Krótki dzień ustępuje wieczorowi rozniecającemu odświętną iluminację. Stragany, fasady domów, okna, balkony, łuki miejskich podcieni jarzą się i mrugają, paruje grzane wino, podróżni są zachęcani do próbowania specjału alzackiego: kiszonej kapusty. Pora aperitifu, za wcześnie na kolację. W barze, który wydaje się mniej turystyczny, wypełnionym perorującymi mężczyznami, podsłuchując, dowiaduję się, że nad pogodnym niebem prowincji zawisło niebezpieczeństwo, którego nikt nie przewidział. Oto rząd w pogoni za oszczędnościami w budżecie wpadł na diabelski pomysł. Struktura kraju podzielonego na departamenty grupujące się w regionach zostanie uproszczona, krainy będące dzielnicami historycznymi, z mocną tradycją i poczuciem przynależności, zostaną połączone na chybił trafił. Alzatczycy dowiadują się z dnia na dzień, że ich prowincja, której odrębność jest przedmiotem drażliwej dumy, będzie połączona z Szampanią i Ardenami, wbrew wszelkiej logice i bez konsultacji z ludnością! Znowu w Paryżu coś wymyślili.

 

EWA BIEŃKOWSKA