EWA BIEŃKOWSKA, Goncourtowie, seks, sukces i historia

Tym razem chcę się podzielić z czytelnikami nie najnowszą Nagrodą Goncourtów, lecz pomnikiem literackim drugiej połowy XIX wieku — Dziennikiembraci Goncourt, wydanym w trzech ogromnych tomach i tak drobnym drukiem, że jego lekturę przypłaciłam trwającym do dziś bólem oczu. Może to mieć wpływ na jego ocenę, ale spróbuję przekroczyć swój oftalmologiczny subiektywizm.

Edmund i młodszy kilka lat, wcześnie zmarły na syfilis Juliusz znani są z ufundowania nagrody literackiej, przyznawanej przez specjalną akademię, na którą przeznaczyli, z braku potomstwa, całą fortunę. Byli tak ze sobą spojeni, że nie tylko wydawane dzieła podpisywali wspólnie, ale nawet dziennik, rzecz raczej intymną, prowadzili na cztery ręce, tak że nie widać szwu, gdy jeden bądź drugi prowadzi pióro. Edmund cierpiał niewymownie po śmierci Juliusza, młodszego, piękniejszego, bardziej utalentowanego i jego zdaniem jedynego oddanego przyjaciela. Przeżywał stratę mocniej niż wydarzenia historyczne: wojnę z Prusakami, Komunę Paryską, zmianę reżimu politycznego (bardzo mu niemiłą). Gdy czas ukoił smutek, Edmund wrócił do pisania powieści i sztuk teatralnych, rozwijając i stosując teorię naturalizmu, który miał ukazywać ludzi w ich prawdzie: w szczegółach ukrytych, w nieświadomych motywacjach, gdzie człowiek się rzeczywiście ujawnia. Realizm Flauberta, rzekomo na podobnej zasadzie zbudowany, był przyjęty z entuzjazmem w gronie pisarzy i artystów, wśród czytelników, mimo, a może z powodu wytoczenia mu procesu o niemoralność. Podobnie Zola — mimo różnych „obrzydliwości” w cyklu powieściowym, szybko zyskał pozycję liczącego się epika. A powieści i dramaty Goncourtów, jak się zdaje, nie przekroczyły progu uznania, choć też szarpała je cenzura. W DziennikuEdmund żali się sobie, żali się potomności i wyznaje, że nie potrafi zrozumieć, dlaczego tak się dzieje. Dla nas sprawa jest oczywista, przeczytajmy którąś z uchodzących za udane powieści braci i postawmy obok niej Panią Bovary, Szkołę uczućalbo Prostotę serca. Przepaść jest głęboka — i kropka.

Niewybitni twórcy fikcji literackiej okazują się czasem znakomitymi dziennikopisarzami — i odwrotnie. Jak to jest u Goncourtów? Nie muszę powtarzać za krytykami, że ich dziennik jest cenny dla historii społecznej i historii literackiej. Sami autorzy wielokrotnie powtarzali, że chodzi im o obraz współczesnego środowiska literackiego. Zwłaszcza jeśli opisy ich własnych codziennych poczynań, opisy, których jest niemało, zaliczyć też do kroniki środowiska. Autorzy są tu przedmiotem i podmiotem pisarstwa. Fascynująca sytuacja? Bracia mają wyostrzony zmysł psychologii i potrafią wniknąć w umysły osób, które spotykają. O ilu tajemnicach wybitnych osób się dowiadujemy! Ale stopniowo i one zaczynają nas nudzić — bracia niewiele więcej mają do napisania o Flaubercie, Wiktorze Hugo, Dumasie, Daudecie. Są bardziej wrażliwi na osobę i twórczość Turgieniewa, stałego kompana literackich biesiad, może przez jego egzotyczność. Okazują mu wyraźnie więcej sympatii i wsłuchują się w jego rosyjskie wspomnienia. Ale decydującym elementem rozmów z artystami jest życie seksualne. Nasza współczesność, przynajmniej we Francji, nie odkryła niczego nowego: wystarczyło sięgnąć do „naturalizmu” pradziadków. Scena najbardziej znamienna to gabinecik w znanej paryskiej restauracji, temat to sukces lub porażka w przygotowaniu któregoś z ulubionych dań, obżeranie się bez pamięci, narzekania na obolały brzuch. W gabineciku prowadzi się rozmowy (Edmund wspomina, nie opisuje jednak, że można było zaprosić jedną z „tych pań”). Kolejne zwierzenia, jak to im idzie z kobietami, poparte są przykładem. I jak to szło im w młodości, kiedy potrafili spędzić wiele dni w burdelu (to wyznanie Zoli); mowa o własnych sukcesach, ale też o fiasku. Na ich spisywanie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku Goncourt jest łasy. Sam zachowuje milczenie co do pragnień w tej dziedzinie.

Następny temat to walka każdego z twórców o społeczne uznanie: poniżenie, na które gotowi są uznani pisarze, by uzyskać recenzję, przebić się do repertuaru teatralnego, zdobyć jakiś order… Wieczny ból autora: recenzje! Zwłaszcza w szanowanej gazecie — ile da się wycierpieć, aby sprawozdanie ukazało się nazajutrz po premierze, nawet gdy tylko połowicznie obłaskawiony krytyk zawrze w nim wiele złośliwości. Zgroza wobec milczenia gazet, wobec niemrawej publiczności teatralnej. Autor jest za kulisami, wzrokiem zaklina aktorów przy wyjściu na scenę, oczekuje z aktu na akt rozgrzania się widzów, oklasków chłodnych bądź cieplejszych. Edmund, który sam prowadzi Dziennikod śmierci Juliusza (1870) do śmierci własnej (1896), przeżywa gorycze artysty, który w pocie czoła pracuje nad dziełem stanowiącym szczyt jego doświadczeń, szczyt prozy artystycznej (przypisuje sobie szczególnie wyrafinowaną francuszczyznę) — i tak słabego, zależnego od anonimowych sądów, od źle nastawionego recenzenta. I jeszcze upokorzenia towarzyskie: niemożność dostania się do dwusetletniej już Akademii Francuskiej, która praktykuje konwencjonalną moralność „przyzwoitości”; pominięcie przy rozdawaniu orderów. Goncourt pracuje bez wytchnienia, do powieści, esejów o sztuce i dramatów dodaje nocne czy poranne zapiski w Dzienniku— ileż godzin spędzonych z piórem w ręku! A rezultat? Wie, że pozostanie w historii literatury, ale przyszłość nie jest najlepszą towarzyszką dla pisarza, który wyżywa się w towarzystwie, w kawiarni, w loży teatralnej, w salonach.

Tymczasem w żałobnym roku śmierci młodszego brata wybucha wojna francusko‑pruska. Drugie cesarstwo Ludwika Napoleona III zdruzgotane, Francja w chaosie, Prusacy w Paryżu. Gdy się wycofują, wybucha Komuna Paryska. Wrzaskliwy i żądny krwi tłum kłębi się na ulicach pod wodzą chłystków, którzy za cesarstwa już odsiedzieli swoje. Gdy poprawia się zaopatrzenie stolicy, Edmund przypatruje się przerażony nowej wojnie wypowiedzianej przez lud. Z zapisków nie wynika jasno, czy był „imperialistą” (zwolennikiem cesarstwa), czy raczej monarchistą (za władzą potomków Burbonów bądź Orleanów). Jest za władzą silną, trzymającą za łeb wichrzycieli. Jego odrzucenie koncepcji najskromniej nawet lewicowych ma charakter fizjologiczny: boi się i brzydzi. Politycy jak republikanin Gambetta są jego zdaniem nikczemnymi demagogami. Czy kultura może się rozwijać tam, gdzie niweluje się klasy społeczne, podważa naturalne elity, rozzuchwala prostaków? W Dziennikuśledzi rozwój sytuacji, atak „wersalczyków” na Komunę, sukcesy armii. Kiedy mowa o kompromisie, drży, że „wersalczycy” częściowo ustąpią pola komunardom, marzy o całkowitym krwawym zniszczeniu przeciwnika… Tak też się staje. Szybko diarysta przyzwyczaja się do nowych władz, do republiki, widząc, jak pacyfikuje ona społeczeństwo, przywraca porządek. Oczywiście, zamożnemu, choć znowu nie tak bogatemu, mieszczaninowi chodzi o własne interesy. Ale jeszcze ważniejszy jest stan jego świadomości: czas ma stać w miejscu, rządzić ma łaskawy dla osób wybitnych władca, najlepiej Ludwik Napoleon, salony jego krewniaków mają nadawać ton. Jak słynny jeszcze w oczach Prousta pałacyk księżniczki Matyldy, swobodnej w mowie i geście bratanicy cesarza, na której „żurkach” dla najbliższych przyjaciół Edmund jest zawsze obecny. Po powrocie do domu notuje jej wady i śmieszności, ale zapamiętuje również szczodrość i poczucie humoru. Ponieważ salon Jej Wysokości przetrwał zawieruchę i zdobił Paryż swym blaskiem do końca wieku, można rzec, że nic się nie zmieniło, po niedługich w końcu konwulsjach historia znów stanęła. Goncourt może spokojnie pisać, oddawać się swej pasji: zbieraniu chińskich i japońskich bibelotów. Dziennikbędzie czekał na ujawnienie w następnym stuleciu. Pióro zapisującego łagodnieje, umierają kolejni przyjaciele. Raz jeszcze odezwie się piekąca zazdrość. Gdy Paryż w 1885 wyprawia Wiktorowi Hugo pogrzeb apoteozę, Edmund notuje: „No tak, całe życie lizał tyłek ludowi” (w oryginale brzmi to jeszcze gorzej…).

EWA BIEŃKOWSKA