EVELYN WAUGH „Dziedzictwo” Sybille Bedford

Od początku aż do końca
Ty goniłaś za zwierzyną,
Ty toczyłeś próżne wojny,
Ciebie zwiedli kochankowie.

Te linijki, rzadko cytowane przed pięćdziesięciu laty, dzisiaj stały się łatwo rozpoznawalnym opisem naszej najnowszej historii. Boleśnie kojarzą się z imperialnymi Niemcami. Nie da się do nich dopisać kolejnych wersów:

Dobrze, że się wiek już skończył,
Teraz pora zacząć nowy,

ponieważ wiemy, że w Europie to, co nastąpiło po 1914 roku, pogłębiło jeszcze wcześniejszy stan upadku. Kajzerowskie Niemcy — bardzo kajzerowskie przez wszechobecność cesarza w życiu prywatnym, społecznym i politycznym oraz sprawowaną przez niego za pośrednictwem prasy kontrolę zarówno nad możnymi, jak i maluczkimi; Berlin, stolica Filistynów, wielka nowoczesna narośl pośród sosen i piasku, z jej brutalną, zdeprawowaną armią i żarłoczną żydowską burżuazją; południowe Niemcy, nadal z księstwami i sentymentalnie katolicką, feudalną szlachtą, szczebioczącą po francusku i eksperymentującą po amatorsku w dziedzinie nauk przyrodniczych — cały ten świat jest bardziej zamierzchły niż Ateny Peryklesa czy Rzym epoki Borgiów. Książka o tym świecie, która właśnie się ukazała, napisana została tonem tak wiarygodnym, że wymusza aprobatę, będąc wybitnym osiągnięciem nieznanego dotąd pisarza.

Aby nie wyglądało to na nieuzasadnioną, a więc raczej wątpliwą pochwałę, pozwolę sobie od razu powiedzieć, czego brakuje jej do doskonałości. Pewna niezręczność w opowiadaniu historii świadczy o niewprawnej jeszcze ręce. Porządek chronologiczny jest niepotrzebnie nadmiernie zakłócany. Nie trzeba było opowiadać o bankructwie Edu już na pierwszych stronach powieści. Można było z tym zaczekać. Co więcej, mamy tu narratora, wnuczkę, która wsuwa nos w szparę w drzwiach i od czasu do czasu, bardzo rzadko, zwraca się do nas w pierwszej osobie, podając informacje, których nie mogła znać. Druga połowa książki jest słabsza, zbyt wiele w niej rozmów Sary z Karoliną, jakby autorka zachłysnęła się głęboko Henry Jamesem i chwilowo się nim odurzyła. Moim zdaniem mechanizm końcowej katastrofy jest nie do końca prawdopodobny. Mamy też teologiczną niepewność. Uwagi wypowiadane przez papistów: „Czy nie jest uporczywym trwaniem w błędzie przedstawianie na obrazach tego, co samo w sobie jest iluzją?” i „Już samo mówienie o zbawieniu świadczy o arogancji”, brzmiałyby naturalniej w ustach buddysty z Hollywood czy zrozpaczonego jansenisty. Odnotowawszy te nieliczne wady, wypada uznać książkę za rzecz absolutnie wyśmienitą. Autorka w sposób godny podziwu nie traci kontroli nad złożoną intrygą. Temat nie jest powierzchownie oryginalny; dwie zupełnie odmienne rodziny, jedna żydowskich milionerów, pozbawionych zmysłu artystycznego, druga z lekka dekadenckich katolickich arystokratów zostają złączone przez małżeństwo. Tego rodzaju sytuację wystarczająco często przedstawiano już wcześniej. Jednak tutaj wszystko jest nowe, rześkie, dowcipne, eleganckie, urozmaicone — od makabry pruskiej edukacji wojskowej po farsę z małpami w Kaiserhof Hotel. Sceny chrztu żydowskiej dziedziczki są nieodparcie komiczne, choć nie ranią uczuć religijnych. Nie ma w książce ani krzty (wstrętne, puste słowo) nostalgii. Sympatyczny, kulturalny „bohater” jest bezlitośnie obnażany i demaskowany. Jedynie kamerdyner Gottlieb nie zostaje skompromitowany. Pozostali są, „wszyscy, wszyscy od początku do końca”, oszustami i bankrutami, a każde wydarzenie w misternej strukturze powieści ma bezpośredni związek z ich ujawnieniem.

Nie wiemy, ile lat ma autorka, jakiej jest narodowości czy religii. Ale z wdzięcznością witamy wśród nas nowego artystę.

 

EVELYN WAUGH

tłum. Maryna Ochab

 

* „The Spectator” 13 IV 1956. Omówienie powieści Sybille Bedford Dziedzictwo. Wyd. pol.: Warszawa, Czytelnik, 1974 (tłum. Mira Michałowska).