BRUCE CHATWIN „Cudowna podróż”

To, że na­kład A Vi­sit to Don Ota­vio Sy­bil­le Bed­ford mógł być kie­dyś wy­czer­pa­ny, na­le­ży do ta­jem­nic wy­daw­ni­czych XX wie­ku. Kie­dy bo­wiem po­wsta­nie hi­sto­ria współ­cze­snej an­glo­ję­zycz­nej pro­zy, Bed­ford zo­sta­nie za­li­czo­na do jej naj­bar­dziej olśnie­wa­ją­cych przed­sta­wi­cie­li. W la­tach sześć­dzie­sią­tych „li­te­ra­tu­ra po­dróż­ni­cza” (cóż za bez­sen­sow­na ka­te­go­ria!) prze­ży­wa­ła nie­wąt­pli­wie za­ła­ma­nie, sprze­da­wa­no za to ma­sę pre­ten­sjo­nal­nych, nie­na­da­ją­cych się do czy­ta­nia po­wie­ści. Ale prze­cież książ­ka Bed­ford nie jest no­tat­ka­mi z po­dró­ży, po­dob­nie jak Za­pi­ski my­śli­we­go Tur­gie­nie­wa nie opo­wia­da­ją o po­lo­wa­niu na słon­ki. A Vi­sit to Don Ota­vio to po­wieść w naj­lep­szym te­go sło­wa zna­cze­niu, któ­ra przy­no­si „świe­ży po­wiew no­wo­ści”. Tym sa­mym na­le­ży do otwar­tej przez Dzie­dzic­two try­lo­gii osnu­tej wo­kół hi­sto­rii au­to­bio­gra­ficz­nych. Opo­wia­da o wy­zwo­le­niu od klau­stro­fo­bicz­ne­go ży­cia w No­wym Jor­ku pod­czas II woj­ny świa­to­wej; do­ty­czy nie­zwy­kle trud­ne­go te­ma­tu, ja­kim jest Mek­syk (gdzie za­ła­ma­ło się ty­le li­te­rac­kich ka­rier), a koń­czy por­tre­tem nie­za­po­mnia­ne­go Mek­sy­ka­ni­na Don Ota­via de X y X y X.

„Ja­sne, że to jest po­wieść”, po­wie­dzia­ła mi kie­dyś Sy­bil­le Bed­ford. „Chcia­łam na­pi­sać coś lek­kie­go i po­etyc­kie­go… W Mek­sy­ku nie ro­bi­łam żad­nych no­ta­tek… Je­śli się ob­ło­żysz za­pi­ska­mi, ca­ły czar pry­ska. Oczy­wi­ście, wy­sy­ła­łam pocz­tów­ki do przy­ja­ciół i kie­dy za­czę­łam pi­sać, po­pro­si­łam, aby mi je zwró­ci­li”.

Sy­bil­le Bed­ford jest nie­zwy­kle ener­gicz­ną i elo­kwent­ną oso­bą, któ­ra upar­cie bro­ni się przed wszyst­kim, co oczy­wi­ste. Jej trzy naj­więk­sze pa­sje to pi­sa­nie, przy­jaźń i naj­lep­sze wi­na z oko­lic Bor­de­aux. Uro­dzi­ła się w Niem­czech kil­ka lat przed I woj­ną świa­to­wą, ale chy­ba przy­szła na świat w bie­gu. Jej mat­ka by­ła nie­po­ha­mo­wa­ną po­dróż­nicz­ką o cy­gań­skiej na­tu­rze, a w jej ży­łach pły­nę­ła mie­szan­ka krwi wie­lu na­ro­do­wo­ści. Oj­ciec był po­łu­dnio­wo­nie­miec­kim ba­ro­nem, „przy­ja­cie­lem wiel­kich ku­cha­rzy w Lon­dy­nie i Pa­ry­żu”. Kie­dy mia­ła sześć lat, za­dbał, aby nie roz­go­to­wy­wa­ła ha­ri­cots verts1 i umia­ła roz­po­znać do­bre wi­no: „Mo­je­mu oj­cu nie przy­szło­by do gło­wy, że sze­ścio­let­nie dziec­ko mo­że jesz­cze nie mieć wy­ro­bio­ne­go sma­ku”.

Oj­ciec zmarł rok póź­niej. Sy­bil­le wy­sła­no wów­czas do mat­ki we Wło­szech, a po­tem wsa­dzo­no na sta­tek do An­glii, gdzie mia­ła otrzy­mać „tak zwa­ne wy­kształ­ce­nie, do cze­go jed­nak nie do­szło”. Póź­niej, ja­ko mło­da dziew­czy­na, zo­sta­wio­na sa­ma so­bie na po­łu­dniu Fran­cji, za­nu­rzy­ła się w lek­tu­rach Bau­de­la­ire’a, Sten­dha­la, Flau­ber­ta — nie czy­ta­ła za to żad­nych an­giel­skich kla­sy­ków. Al­do­us Hux­ley ja­ko pierw­szy za­chę­cił ją do twór­czo­ści i pod je­go wpły­wem na­pi­sa­ła „trzy na­dę­te po­wie­ści fi­lo­zo­ficz­ne”, któ­rych jed­nak nie opu­bli­ko­wa­ła. Po wy­bu­chu woj­ny ucie­kła z Fran­cji do Ame­ry­ki Pół­noc­nej; kie­dy woj­na się skoń­czy­ła, uda­ła się na po­łu­dnie, do Mek­sy­ku; „bar­dzo chcia­łam wy­je­chać, sły­szeć in­ny ję­zyk, kosz­to­wać no­we po­tra­wy; zna­leźć się w kra­ju, któ­ry ma za so­bą dłu­gą, okrop­ną hi­sto­rię i tak ma­ło hi­sto­rii współ­cze­snej, jak to tyl­ko moż­li­we. Po­my­śla­łam, że ta­kie sze­ro­kie prze­strze­nie znaj­dę w obu Ame­ry­kach, w No­wym Świe­cie, któ­ry po­ru­szał już elż­bie­tań­ską wy­obraź­nię”.

Nie ma sen­su wy­mie­niać wy­zwań, wi­do­ków, sma­ków i fan­ta­stycz­nych nie­spo­dzia­nek „cu­dow­nej po­dró­ży” Bed­ford ani też wy­chwa­lać ni­czym nie­za­kłó­co­nej, kry­sta­licz­nej czy­sto­ści jej sty­lu. Po pro­stu ma­my przed so­bą księ­gę cu­dow­no­ści, któ­rą war­to czy­tać na okrą­gło. Bed­ford nie scho­dzi do po­zio­mu sa­ty­ry. Nie jest fry­wol­na, nie po­pa­da w ton ka­zno­dziei i nie się­ga po ta­nie iro­nicz­ne chwy­ty, któ­re au­to­rzy ksią­żek po­dróż­ni­czych ma­ją za­wsze na po­do­rę­dziu. Na­wet kie­dy wy­ja­śnia mrocz­ne dzie­je Mek­sy­ku — Mon­te­zu­my czy Cortésa, ce­sa­rza Mak­sy­mi­lia­na, Be­ni­to Juáre­za, czy też ostat­nio, mark­si­stow­skich re­wo­lu­cjo­ni­stów — nie mo­ra­li­zu­je i nie ro­bi po­li­tycz­nych alu­zji. Tu­taj i w in­nych swo­ich po­wie­ściach po­ka­zu­je, jak bar­dzo wszyst­ko jest zło­żo­ne, a na na­szą kon­dy­cję skła­da­ją się mi­lio­ny lu­dzi: los rzu­ca ich w róż­ne za­kąt­ki zie­mi, a oni pró­bu­ją się ze so­bą po­ro­zu­mieć, ale wciąż coś im to unie­moż­li­wia.

BRU­CE CHA­TWIN

tłum. An­na Ar­no

 

B. Cha­twin, In­tro­duc­tion. W: Sy­bil­le Bed­ford, A Vi­sit to Don Ota­vio. A Tra­vel­ler’s Ta­le from Me­xi­co, Lon­don, Pi­ca­dor, 1997.