BRENDA WINEAPPLE „Świetność Sybille Bedford”

 

„Ci, co przeżyli, płacą za to sumieniem”, mówi Sybille Bedford w swoich pamiętnikach Quicksands [Ruchome piaski], napisanych w 2005 roku, u schyłku jej bardzo długiego życia. Urodziła się w 1911 roku w Charlottenburgu pod Berlinem, zmarła w Londynie w 2006, miesiąc przed swoimi 95. urodzinami. Przeżyła, co prawda z daleka, dwie wojny światowe i poprzedzające każdą z nich okresy beztroski, Holocaust, a także bolesną, niemożliwą, lecz nieraz radosną odbudowę pewnych kultur: doświadczyła na własnej skórze, jak trudno być ocaleńcem. Może wskutek tego rozwinął się w niej talent do przedstawiania niezwykłych okoliczności, w których z perspektywy czasu widzimy „siły historyczne”, przedstawiania ich w taki sposób, że wydają się realne, namacalne, ludzkie. Tak samo jak „drobne rzeczy, które ludzie wyrządzają sobie wzajem każdego dnia, gdy tylko mają władzę, a brakuje im wyobraźni, albo jeśli sumienie im na to pozwala”, jak kiedyś napisała. „To pozostaje niezarejestrowane, rzadko kiedy dochodzi do głosu, ale żyje w pamięci tych, których dotyczy”.

Dziedzictwo, jej najlepsza, wspaniała pod każdym względem powieść, traktuje częściowo o pamięci, zarówno osobistej, jak i kulturowej. „Niektórzy twierdzą, że wymyślamy sobie własną przeszłość: w każdym razie często ją przerabiamy”, komentuje narratorka tej świetnej powieści, urodzona tuż przed wybuchem I wojny światowej (jak Bedford) i która z plotek, domysłów i strzępów rozmów zasłyszanych w dzieciństwie składa w całość swoje wyjątkowe dziedzictwo: opowieść o dawnym rodzinnym skandalu, który omal nie doprowadził do upadku rządu niemieckiego. „W pewnym sensie to moja historia — pisze Bedford. — Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek nie była przesączona doświadczeniami innych ludzi”. Jej specyficzne dziedzictwo jest więc także opowieścią o pruskiej dumie, skandalu politycznym, antysemityzmie i moralnym zaniedbaniu będącym schedą XX wieku.

Bedford nie opublikowała niczego aż do 1953 roku, kiedy w wieku 42 lat, „po okresie falstartów, porażek, używania życia, lenistwa i zwątpienia”, wydała swoją pierwszą olśniewającą książkę, pierwotnie pod tytułem The Sudden View [Nagły widok], zmienionym na A Visit to Don Otavio: A Traveller’s Tale from Mexico [Z wizytą u Don Otavio: opowieść podróżnika po Meksyku]. I rzeczywiście prowadziła życie wędrowne. Jej ojciec Maximilian von Schoenebeck był dobrze wychowanym, zamkniętym w sobie arystokratą z Baden w południowych Niemczech. („Tak, uchylał kapelusza przed osłem — wspomina Bedford — kiedy się spotkali na spacerze w parku”). W rodzinnych rozmowach wolał używać francuskiego, uważał, że niemiecki jest zbyt wulgarny. Jego druga żona, matka Bedford, była pięknością dwadzieścia lat od niego młodszą; po części Żydówka, rodem z Hamburga, wielka dama, kładła nacisk na angielski. Bedford wychowywała się w wielojęzyczności i rozdarciu.

Kiedy wkrótce po I wojnie światowej rodzice się rozwiedli, przez kilka lat mieszkała z ojcem w półodosobnieniu i półbiedzie na zamku w niemieckim Feldkirch, który mu sprezentowała matka Bedford. Hodowali kury i owce, wymieniali jabłka na sól i świeczki, ojciec nauczył ją, jak otwierać butelkę wina. Nocami zabawiali się, grając w ruletkę na prawdziwym stole do gry, ale kiedy Bedford przegrywała, jej rycerski ojciec następnego dnia dawał jej kieszonkowe. Posłał ją do wiejskiej szkoły dopiero wtedy, kiedy został do tego zmuszony, i natychmiast ją stamtąd zabrał, gdy dowiedział się, że ma wszy. Wkrótce potem matka wezwała ją do Włoch, gdzie wówczas mieszkała, i Bedford opuściła starego ojca, by go już nigdy więcej nie zobaczyć. Zmarł nagle w 1925 roku.

Przez następnych mniej więcej piętnaście lat kursowała między Londynem, gdzie matka wysłała ją do szkół, a małym portem rybackim Sanary‑sur‑Mer na Lazurowym Wybrzeżu, dokąd matka i młody włoski ojczym się przeprowadzili. W Londynie jej edukacja polegała głównie na słuchaniu całymi dniami, z zachwytem, rozpraw sądowych na Strandzie. W Sanary zetknęła się z kolonią artystów i pisarzy, w tym Aldousem Huxleyem i jego żoną Marią, którzy przyjechali tam, żeby być blisko umierającego D. H. Lawrence’a.

Poznała również grupę uchodźców niemieckich, którzy po pożarze Reichstagu w 1933 roku uciekli z ojczyzny i osiedlili się w okolicy: Liona i Martę Feuchtwangerów, Arnolda Zweiga, Ernsta Tollera, Franza i Almę Werflów. Jak wspomina w swojej dwutomowej biografii Huxleya, sztywny i uroczysty Tomasz Mann czytał im urywki ze swojej ostatniej książki, podczas gdy historyk sztuki Julius Meier‑Graefe słuchał go z nieobecną miną, skupiony na karmieniu swojej młodej żony białym mięsem kurczaka z własnego talerza. Proza Bedford to skarbnica takich właśnie ulotnych szczegółów.

Lata spędzone w Sanary były czasem terminowania. Czytała Flauberta, Stendhala, Prousta, Baudelaire’a, Colette i Evelyna Waugh. Czytała Huxleya i „The New Statesman”. Wiedziała już, że chce zostać pisarką, i zaczęła pisać po angielsku, wybierając język, o którym później powiedziała: „Był jak sznur, który mnie uratował od utonięcia w odmętach otaczającej wielojęzyczności”. Maria Huxley przepisała na maszynie jej pierwszy rękopis, a Aldous poddał go dość miażdżącej krytyce. Równie miażdżąca była pogłębiająca się narkomania matki morfinistki. Huxleyowie szczodrze zaproponowali pomoc, pieniądze, a nawet podróż do kliniki. Sytuacja się pogarszała. „Ostatni raz — napisała Bedford — widziałam matkę na dworcu w Tulonie, jak ją wnoszono przez okno do wagonu sypialnego, który odjeżdżał na północ. Aldous i Maria stali ze mną na peronie”. Matka zmarła w 1937 roku.

Tymczasem status Bedford jako obywatelki niemieckiej stał się we Francji niepewny. Nie mogła zdeponować we francuskim banku pieniędzy odziedziczonych po ojcu. Część należącej do Bedford gotówki przeszmuglowała z Berlina Maria Huxley, upychając ją w bucie. Po opublikowaniu przez Bedford w czasopiśmie Klausa Manna „Die Sammlung” artykułu krytycznego wobec nazistów jej niemieckie fundusze zostały skonfiskowane. „Nie zastanawiałam się nad skutkami — wspomina w Ruchomych piaskach. Gdybym się zastanowiła, to i tak zrobiłabym to samo”. Zarabiała niewiele, ucząc uchodźców angielskiego; napisała trzy odrzucone przez wydawców powieści — tymczasem kończył się jej niemiecki paszport. Nie mogła wrócić do Niemiec, żeby go przedłużyć. I znów Huxleyowie przyszli jej z pomocą. Dowiedziawszy się, że W. H. Auden ożenił się ostatnio z córką Tomasza Manna Eryką, dzięki czemu mogła ona zostać obywatelką brytyjską, zaaranżowali małżeństwo Sybille z Walterem Bedfordem, jeszcze jednym uczynnym angielskim gejem.

Ale poczucie bezpieczeństwa nie trwało długo. „We wrześniu 1939 życie wszystkich złamało się na pół”, napisała Bedford. Opuściła Francję i udało się jej wsiąść (i tym razem dzięki Huxleyom, przebywającym już teraz w Kalifornii) na ostatni statek płynący z Genui do Ameryki, gdzie pozostała do końca wojny. Znów uczyła angielskiego i znów próbowała pisać. Później, przed powrotem do Europy, razem z przyjaciółką Esther Murphy Arthur postanowiły zwiedzić Meksyk. Ta podróż stała się podstawą Z wizytą u Don Otavio. „Miałam wielką potrzebę przeprowadzki — tłumaczy na pierwszych stronach książki. — Bardzo chciałam wyjechać, słyszeć inny język, kosztować nowe potrawy, znaleźć się w kraju, który ma za sobą długą, okropną historię i tak mało historii współczesnej, jak to tylko możliwe”.

Po części pamiętnik, po części fikcja, po części komiczna relacja z podróży, a także sofoklesowa medytacja na temat czasu, historii i miejsca, Don Otavio jest opowieścią o dwóch kobietach wędrujących po wspaniałym wulkanicznym kraju. Jedynym przygotowaniem Bedford było Życie w Meksyku pani Calderón de la Barca oraz ostre poczucie absurdu. W rozmówkach angielsko‑hiszpańskich, w rozdziale zatytułowanym Przydatne słowa i zdania czyta: „Czy interesuje się pan śmiercią, książę? — Tak, ogromnie, ekscelencjo”. Bruce Chatwin nazwał Don Otavio cudowną podróżą, która nigdy nie sięga po „tanie, ironiczne chwyty” pisarza podróżnika. Proza Bedford jest trzeźwa, elegancka, cierpka i wiele zawdzięcza rozprawom, którym przysłuchiwała się w sądach na Strandzie: „mieszanka powagi i teatru”, wspominała później. „Połączenie kostycznego rozumu z prawością charakteru i uduchowioną romantycznością”.

W 1956 roku czterdziestopięcioletnia Bedford wydała Dziedzictwo, swoją pierwszą powieść. W Wielkiej Brytanii Nancy Mitford i Evelyn Waugh natychmiast powitali ją jako rzecz wstrząsającą i subtelną, odważną w treści i formie, a Huxley słusznie nazwał ją „książką niemożliwą do zaklasyfikowania, będącą jednocześnie powieścią historyczną, studium charakterów i zbiorem błyskotliwych obiektywnych portretów”. Przyjrzyjmy się postaciom wielbionym przez Huxleya: baron Julius von Felden, znany jako le beau Jules, podróżuje do Berlina z pół tuzina skórzanych walizek i z oswojonymi szympansami, Robertem, Tzarą i Leonem, żeby się ożenić z Melanią Merz, chorą na suchoty córką zamożnej żydowskiej rodziny, mieszkającej w ponurym jak grób, ociekającym bogactwem domu. Są lata dziewięćdziesiąte XIX wieku, epoka impresjonistów, okres pełen przepychu i namaszczenia, „mebli mahoniowych, kuchni w piwnicach, stiukowych sufitów i miękkich, grubo wypchanych foteli”. Epoka, której bogactwo reprezentują wyobcowani Merzowie: „Niemal nigdy nie opuszczali domu. Nigdy nie udawali się na wieś. Jeżeli się w ogóle ruszali, to po to, żeby jechać do wód, a wówczas podróżowali w prywatnym wagonie sypialnym i zabierali ze sobą własną pościel”.

Podczas gdy ich współcześni wzbogacali swoje kolekcje Boucherów pejzażami Corota, Merzowie instalowali w swoich pokojach elektryczne dzwonki na służbę. Tymczasem zjednoczone od niedawna Niemcy prężyły muskuły, wprawiając w zdumienie ekscentrycznych i równie wyobcowanych von Feldenów, katolickich i utytułowanych ziemian z Baden, mieszkających we własnym świecie fantazji. Z ich punktu widzenia rewolucja francuska wciąż trwała, a rewolucja przemysłowa jeszcze się nie zaczęła. „Prusy ignorowali, później nienawidzili ich, a jeszcze później mieli się ich bać. Morze uważali za żywioł wrogi i obcy”.

Te charakterystyki postaci — trochę z Gibbona, trochę z Austen, a nawet z Virginii Woolf — ożywiają zawiłą fabułę powieści. Po śmierci Melanii Merzowie w dalszym ciągu wypłacają Juliuszowi pensję (a nawet ją podwyższają) — również po jego ożenku z angielską pięknością, która rozumie i odrzuca zawikłane, bezczelne kłamstwa teraźniejszości. Narratorką powieści jest ich córka, która poznaje historię swojego wuja Johannesa (brata Juliusza), łagodnego, kochającego zwierzęta kadeta, który jakiś czas po wojnie francusko‑pruskiej uciekł z akademii wojskowej, dokąd odprowadzono go, ku zakłopotaniu armii, już na wpół obłąkanego. Mianowany kierownikiem stadniny i przez pomyłkę promowany na kapitana nie nosił munduru, nie odzywał się słowem, jadł tylko płatki owsiane, marchew i mleko, a w ogóle spędzał dni wśród koni aż do chwili, kiedy został przypadkowo zastrzelony przez innego oficera. „I tak pamięć o chłopcu, który żył i umarł długo przed moim narodzeniem, stała się skrzętnie ukrywanym epizodem mojej własnej przeszłości”, mówi narratorka.

To zabójstwo stało się cause célèbre, wyzwoliło potok zniewag i oskarżeń ze strony socjalistów, liberałów, antysemitów, związkowców, zwolenników wolnego handlu, antymilitarystów i katolików, którzy wszyscy walczyli o władzę i wszyscy byli przekonani o słuszności swoich poglądów. Ale skandal nie różnił się od innych skandali, jak mówi narratorka: „Najważniejsza jest, oczywiście, motywacja, ale w tym najtrudniej się zorientować. Jedni oskarżyciele działają z przekonania, inni z ramienia i w interesie jakiejś grupy, jedni kierują się poczuciem moralności, inni własną korzyścią, raz wchodzi w grę dobro przyjaciół, innym razem chęć pognębienia wrogów, a najczęściej jest to mieszanina wszystkich tych motywów. Każdy, ale to każdy jest przekonany, że kieruje się tak zwanym sumieniem obywatelskim”.

Dziedzictwo jest także tragedią obyczajową. Bo o ile Bedford z zadumą i realizmem przygląda się ludzkiej doli, o tyle pokazuje ją w sposób liryczny, a liryzm sam w sobie jest kojący. W gwałtownych wybuchach jest zwykle duża doza szczodrości, mówi narratorka, „Tu i ówdzie ukażą się jakieś słabe przejawy tolerancji, solidarności przyjacielskiej, jakaś chęć przysłużenia się społeczeństwu”. Mistrzynię opisu zaprzątają problemy etyczne, lecz nie jest ona wygrażającą palcem moralistką. Szczodrze obdarza swoje postacie, a także zamieszkiwane przez nie światy niezależnością, na przykład wtedy, gdy bez interwencji narratora prowadzą rozkoszne dialogi, przypominające rozmowy u Ivy Compton‑Burnett:

 

— Mogła w końcu przynajmniej spłacić jego długi karciane. To fatalna sytuacja dla człowieka.

— Co za kobieta! Żeby coś takiego zrobić własnemu mężowi?!

— Czy on wciąż ma tę aktoreczkę z teatru Lessinga?

— Tę i jeszcze jedną.

— To na pewno nie może być Sarze w smak!

— A także i parę innych rzeczy.

— Sprawa w ogóle nie jest dobra, jakkolwiek by się na nią spojrzało.

— Bardzo niedobra sprawa.

 

Błyski dialogów, błyski spostrzeżeń: Dziedzictwo składa się z błysków. Niedoszła powieściopisarka, matka narratorki, Karolina wchodzi do pokoju: „Ona też umiała się całkowicie odrywać od rzeczywistości. Przytłumiła swój zmysł obserwacji, starała się nie kojarzyć, nie osądzać, nie utożsamiać z tym, co się działo dokoła, nie porównywać — z Thackerayem, z Trollopem? — ale odczytywać wszystko w sposób bezpośredni, integralny, jak sztukę teatralną, odgrywaną na kilku planach. Była tam pozorna gładkość, podszyta wysiłkami zachowania pozorów, pozorny ład pokrywający niepokój, rosnący chaos. I nic więcej”.

Scena rozgrywająca się na kilku planach, która w całości robi silne wrażenie: to właśnie określa cel autorki. Bedford patrzy na żmudne i ulotne wysiłki opisywanych postaci okiem trzeźwym i obojętnym, tym bardziej współczującym, że obojętnym. „Wkroczyłam niegdyś w tę miłość jak w otwarty ogród — mówi Karolina. — Tego nie da się powtórzyć”.

 

Poznałam Sybille Bedford wiele lat temu, kiedy pojechałam do Anglii, aby przeprowadzić z nią wywiad do mojej biografii Janet Flanner. Jak napisałam we wstępie do książki, zetknęłam się z nią już wcześniej, prowadząc kwerendę w Bibliotece Kongresu, gdzie widziałam jej nieczytelne pismo na cieniutkiej zielonej bibułce, jakiej używała, aby chronić oczy od blasku białego papieru. Pamiętam, jak mnie zdziwiło, kiedy na pierwsze pytanie dotyczące Janet Flanner odpowiedziała na takich samych zielonych kartkach. Powiedziała, że dzięki temu czuje się jakby żyła po śmierci.

Pamiętam do dziś jej świetliste niebieskie oczy, niewyraźny głos, rząd butelek ciemnego wina na drewnianym stole w jej malutkim, wypełnionym książkami mieszkaniu. Pamiętam, że nasza pierwsza rozmowa ciągnęła się do późna w nocy. Pamiętam także, że była wtedy i jest nadal żarliwa, zabawna i do bólu szczera. Pamiętam, że myślałam, a potem napisałam, i nawet teraz tak uważam, jakie to niesamowite, że jedna z największych stylistek XX wieku, tworząca prozę o niezrównanej precyzji i wdzięku, szczerze przyznaje się do codziennej walki ze zniechęceniem z rozproszeniem, ze zwątpieniem. Ale to było dla niej charakterystyczne.

Pamiętam także, że 11 września 2001 roku była jedyną znajomą z daleka, która zadzwoniła do mnie, aby sprawdzić, jak się mamy, mój mąż i ja. I znów jej życie i jej praca były skupione na odpowiedzialności za innych. Powiedziała kiedyś, że „nasza zdolność do cierpienia nie jest zwykle tak rozciągliwa jak nasze sposoby zadawania cierpienia”. „Wytrzymujemy, a nawet możemy czerpać siłę z tego, że się urodziliśmy, pociechę z tego, że wciąż jesteśmy, pociechę z każdej łaski: wierności przyjaciół, zapałki zapalonej przez obcego, odkrycia własnych zasobów”.

To jest prawdziwa sztuka przetrwania.

Dobrze wiedziała, że przybiera ona miliony form. Po wojnie, pracując jako dziennikarka, relacjonowała dla „Esquire” i innych pism niektóre z najbardziej sensacyjnych procesów sądowych XX wieku: sprawę Johna Bodkina Adamsa, lekarza uniewinnionego z zarzutu morderstwa osiemdziesięcioletniej pacjentki, który zanim jeszcze opuścił salę sądową, został ponownie aresztowany za podobną zbrodnię (The Best We Can Do); oskarżenie dwudziestu dwóch byłych członków załogi obozu w Auschwitz (The Worst That Ever Happen); sprawę przeciwko wydawcy Kochanka Lady Chatterley. „Life” wysłał ją do Dallas na proces Jacka Ruby’ego2, a jej książka The Faces of Justice: A Traveller’s Report [Oblicza sprawiedliwości: raport podróżnika] jest ironicznym i mądrym studium porównawczym sądownictwa Anglii, Niemiec, Szwajcarii, Francji i Austrii.

„Jeżeli umysł prawniczy oznacza zdolność rozumienia faktów i ich konsekwencji, dar przedstawiania i chęć zrozumienia drugiej strony, to jest ważnym atutem dla każdego pisarza”, zauważa Bedford. Jasność i zdolność do rozpatrywania faktów z wielu stron nadaje kształt całej jej twórczości, czy to biografii Huxleya (napisanej con amore), czy powieściom, które ukazały się po Dziedzictwie. A Favourite of the Gods [1963, Wybranka bogów] opowiada historię mieszkającej za granicą Amerykanki, która wierzy w pacyfizm i w Lloyda George’a, ale jednym ruchem odrzuca literaturę i namiętność, uznając, że Proust jest afektowany, a Pani Bovary niepotrzebna, i której wnuczka Flavia, niedojrzała bohaterka książki A Compass Error [Błąd busoli], zakochuje się bez pamięci w wyrafinowanej starszej kobiecie. Zaskoczona rozwojem wydarzeń Flavia pyta matkę: „Jak żyć, jeśli każdy krok pociąga za sobą następny?”. Na co matka odpowiada: „Właśnie tak”.

Matki i córki obsesyjnie powracają w jej powieściach, podobnie jak pytanie o związek między prawdą a kłamstwem, o odwagę, jakiej trzeba, aby walczyć dalej. Bedford stale pyta, jak i czy możemy wrócić do ludzi i miejsc, które kochamy, co im zawdzięczamy, co dla nas nadal znaczą — jeśli dobrze, o ile w ogóle, je pamiętamy — jak mogą one nas ograbić, nawet jeśli dały nam wszystko. W czwartej z kolei powieści Jigsaw [Puzzle], określonej jako powieść biograficzna, Bedford znów opowiada historię rodzinną, tym razem o Sanary i złudzeniach wolności. Mówi także o upadku swojej ukochanej, trudnej matki. To nie czyjaś wina, to wina wszystkich.

W Dziedzictwie Bedford zauważa: „Życie nigdy nie jest ani takie dobre, ani takie złe, jak się człowiekowi wydaje”. Może, a nawet na pewno powieści przynoszą nam choćby tę pocieszającą konstatację. Tak właśnie jest z Dziedzictwem. Wpisany w tę opowieść zapis ludzkich żywotów, komicznych i bolesnych, splecionych ze sobą i rozbitych na drzazgi, zagubionych, niesprawiedliwych, a czasem całkiem przyjemnych to dziedzictwo, jakie nam przekazuje. Nadaje ono sens naszemu trwaniu.

 

BRENDA WINEAPPLE

tłum. Maryna Ochab

 

„The New York Review of Books” 5 III 2015 [wszystkie przypisy pochodzą od Red. „ZL”]. © 2015 by Brenda Wineapple