BOGDAN TOSZA „Głos nocy”

Żółty, zabytkowy tramwaj linii 28E z chrzęstem starej mechaniki zatrzymuje się przy okazałych budynkach parlamentu wieńczących wzgórze. Następny przystanek, jeszcze bardziej w górę, będzie przy Bazylice Estrela i pięknych ogrodach o tej samej nazwie. Na ich obrzeżach znajduje się Angielski Cmentarz, gdzie pochowany został Henry Fielding, autor Toma Jonesa. W najbliższej okolicy ulokowano oficjalną rezydencję premiera i Akademię Nauk oraz wiele innych siedzib centralnych instytucji Portugalii. Jest lipcowe południe, cała Lizbona powoli zbiera się do sjesty. Przed parlamentem zmiana warty. Z odchodzących żołnierzy ścieka pot. Ich dowódca ma jednak poczucie, że są oglądani i fotografowani przez grupkę turystów. Mobilizuje podwładnych do ostatniego już dzisiaj wysiłku. Tylko przyjezdni, którym zawsze brakuje czasu, włóczą się o tej porze ulicami. Kilkaset metrów od parlamentu przy ulicy São Bento 193 znajduje się Dom‑Muzeum Amálii Rodrigues.

Estrela Carvas, przez prawie czterdzieści lat sekretarka Amálii, mieszka do dziś w domu pieśniarki. To właśnie ona przygotowała ponad trzydzieści albumów dokumentujących jej dorobek. Jak pisze Vítor Pavão dos Santos, autor biografii Amália Rodrigues. Najsłynniejsza śpiewaczka fado, książki, której zawdzięczam większość wiadomości na jej temat, Estrela „zgromadziła niezwykle cenny materiał graficzny i dokumentalny”. Strażniczka pamięci, w granatowym oficjalnym kostiumie, prowadzi nas przez kolejne pokoje, w których wszystko zachowano tak jak za życia Amálii. Oglądamy wnętrza, próbując wyobrazić sobie jej życie, zwłaszcza w ostatnim okresie, u szczytu sławy. Patrząc na stare meble, zgromadzone obrazy i porcelanę, gitary, które być może towarzyszyły jej śpiewowi, słyszę głos dyskretnie dobiegający z głośników. Żaden z artystów fado nie przebił się tak jak ona do światowej publiczności. Ta muzyka, która była wyrazem ekspresji upadłych kobiet, dzięki niej osiągnęła najwyższy artystyczny poziom. Kiedy Amália, po kilku latach nauki pod koniec lat trzydziestych, zaczęła śpiewać, rodzice świadomi pochodzenia fado, zmusili ją dla przyzwoitości do małżeństwa. „Ale to nie był dobry związek. I po trzech latach doszło do rozwodu” — opowiada Estrela Carvas prostą angielszczyzną, lecz za to z przekonującą mimiką i gestami, które nie pozostawiają wątpliwości, jakim mężczyzną był pierwszy mąż Amálii. Dopiero drugi związek, z Césarem Seabrą, milionerem z Brazylii, był udany — pozostali razem do końca życia. Seabra nie miał wątpliwości, z kim żyje, tak jak Estrela, która drżącym głosem, zapewne codziennie, powtarza zwiedzającym: „Amália była boginią”. Z czworga rodzeństwa żyje tylko młodsza siostra, także śpiewa fado, nawet dobrze, ale oczywiście nie tak jak Amália, bo tak jak ona nikt nie potrafi. Razem z Estrelą w staroświeckich kapciach froterujemy wypastowaną drewnianą podłogę. Dom wypełniony jest portretami gwiazdy, malowano i rzeźbiono ją wiele razy, liczba fotografii — nie do policzenia, tak jak plakatów koncertów na całym świecie. Od sukcesu na Copacabana w 1940 roku zaczęła się trwająca do końca życia w 1999 roku sława. Przestała śpiewać zaledwie trzy lata wcześniej. Czy zdecydowała o tym śmierć ukochanego męża? W wypełnionym przedmiotami domu zwraca uwagę wielka liczba dewocjonaliów. Amália była osobą głęboko wierzącą. Na jednym ze zdjęć widać ją wraz z Césarem na audiencji u Jana Pawła II. Okryta czarną koronkową mantylką tryska radością, podobnie jak papież. Czy jej religijność zwiększała uwielbienie tłumów, dla których śpiew Amálii Rodrigues stał się najdoskonalszym odbiciem portugalskiej duszy, w której splatają się duma i melancholia spowodowana utratą wielkości i pogrążeniem się w prowincjonalizmie na krańcach Europy? Szukano dla niej stosownych określeń. Bodaj najbanalniejsze to właśnie „królowa fado”, tym bardziej że tkwi w tym sformułowaniu jakiś przedziwny oksymoron. Królowa? Fado było i jest nadal, poza swoją wersją „cepeliowską”, pieśnią „strzaskanej przez życie czterdziestolatki”. Podczas pobytu w Lizbonie najprawdziwszym fado, jakie słyszałem, był spontaniczny występ kucharki w knajpie na Alfamie. Wyszła z zaplecza, pewnie na papierosa, i nagle, jeszcze w fartuchu, zaczęła śpiewać. Niekształcony, zdarty głos i nadzwyczaj przejmująca pieśń. O Amálii mówiono, że to „czarny płomień”, że jest „głosem morza”. Jednak mnie najbardziej przekonuje francuski krytyk, który w 1959 roku po występie w paryskiej Olimpii napisał: „To jest głos nocy. Gwałtowna, egzaltowana, umęczona, wyczerpana, zwija w cierpieniu naszyjnik zwisający jej u szyi i boleśnie kurczy twarz. Ale ból i szaleństwo wyrażane przez tę Portugalkę są pełne pożądania”.

W pustym dziś domu Amálii słychać tylko jej nieśmiertelne nagrania. Rzadko zaglądają tu turyści. Na jej głos najmocniej reaguje duża popielata papuga na srebrnym łańcuszku, doglądająca ogrodu na tyłach posesji. Kiedy słodko szczebiocze z Estrelą, wiem, że mówią o swojej Amálii, bo nikt nie znał jej tak dobrze jak one. Cisza panuje również w odległym Panteonie po drugiej stronie miasta, gdzie półtora roku po śmierci wśród polityków i artystów spoczęła wielka śpiewaczka. Do jej nazwiska nie trzeba było nic dodawać. W drugiej kaplicy pochowano Eusebio, pod jego nazwiskiem dopisano „Piłkarz”. W domu na São Bento stoi zdjęcie obojga. Amália czule gładzi policzek sportowca. Dwie największe portugalskie pasje, dwie najbardziej rozpoznawalne postacie portugalskiego społeczeństwa uwieczniła jedna fotografia. Estrela Carvas odkłada zdjęcie i jak prawdziwa gospodyni odprowadza nas aż na ulicę. Na pytanie o dom Fernanda Pessoi z ożywieniem odpowiada: „Ach, to blisko. Tędy, kilka minut w górę”. I dopiero teraz przypominają się słowa, jakie o narodowej pieśni napisał autor Księgi niepokoju: „Fado nie jest ani radosne, ani smutne. Ukształtowała je portugalska dusza w czasach, kiedy jeszcze nie istniała i kiedy pragnęła wszystkiego, nie mając siły, aby tego pragnąć”.

Bogdan Tosza