BENEDETTA CRAVERI, Podróż na Krym

 

Władcza, pragmatyczna, konsekwentna, odznaczająca się zdrowym rozsądkiem, Katarzyna wyróżniała się wielkim optymizmem. Potrzebowała karmić swoją wyobraźnię, budować zamki na piasku, dawać się porwać entuzjazmowi, nikt zaś nie potrafił skłonić jej w równym stopniu do marzeń jak wizjoner Potiomkin. Ich ostatnim mirażem, który książę „przemienił w rzeczywistość i przełożył na powieść przygodową”, było przyłączenie Krymu, nazwanego ponownie, tak jak w starożytności, Taurydą. Chodziło niewątpliwie — i historia nie przestała tego potwierdzać — o nabytek o poważnym znaczeniu strategicznym, zapewniający Rosji wyjście na Morze Czarne, lecz w wyobraźni Katarzyny zdobycie ostoi Tatarów było pierwszym krokiem ku przepędzeniu Turków z Konstantynopola i odrodzeniu się greckiego cesarstwa bizantyjskiego, którego koronę miał włożyć pewnego dnia jej wnuk, nie przypadkiem noszący imię Konstanty. To było również marzenie Potiomkina, który, aby wykazać carycy, jak bardzo jest ono w zasięgu ręki, i zachęcić do zrealizowania razem z nim tej wizji, zaprosił ją do obejrzenia nowej prowincji, której gubernatorem zdążył już zostać. Katarzyna zgodziła się bez wahania na propozycję podróży przypadającej na dwudziesty piąty rok jej panowania, która nie tylko bawiła ją i zaspakajała jej dumę, lecz miała także cele polityczne. Nie tylko wpisywała się w dawną tradycję królewskich wojaży pozwalających władcom nawiązać bezpośredni kontakt z poddanymi, umocnić w nich kult panujących, lecz była również świetną okazją, by objawić największym monarchiom europejskim cywilizacyjną potęgę Rosji; pozwalała wreszcie carycy zastraszyć Turcję widokiem rosyjskiej siły wojskowej.

Katarzyna wyruszyła z Carskiego Sioła 7 stycznia 1787 roku, aby powrócić do Sankt Petersburga 22 lipca. Pierwsza część wyprawy odbyła się pod jej dyktando i potwierdziła raz jeszcze jej zamiłowanie do przepychu i znakomitą organizację, niezrównane wykorzystanie ludzi i środków. Druga część — od Kijowa aż na Krym — należała natomiast do kompetencji Potiomkina: to on, władca Taurydy i generał gubernator południowej Rosji, miał czynić honory domu i przyjąć carycę. Wraz z nim spektakl królewskiej potęgi miał zyskać magię bajki.

Niczego równie nadzwyczajnego nie widzieli nigdy Ségur, Fitzherbert i Cobenzl, trzej ambasadorowie zaproszeni do orszaku Katarzyny złożonego z czternastu karoc, dużych i wygodnych niczym domy, umieszczonych na płozach i ciągniętych każda przez osiem koni, za nimi zaś jechały sanie o skromniejszych rozmiarach ślizgające się po śniegu niczym „flotylle lekkich statków” i „pokonywały z niewiarygodną prędkością owe rozległe przestrzenie wyglądające jak ścięte lodem morze”. Caryca jechała w pierwszej karocy ze swoją damą dworu, hrabią Dmitriewem‑Mamonowem, swoim aktualnym faworytem, oraz austriackim ambasadorem, hrabią Cobenzlem, Wielkim Szambelanem, Szuwałowem i Wielkim Koniuszym, Naryszkinem. Ségur jechał w drugiej karocy razem z angielskim ambasadorem, Fitzherbertem i hrabią Czernyszewem — przewodniczącym Rady Wojennej. Ogromne stosy pni świerków, cyprysów i brzóz palono w niewielkich odstępach na całej trasie: „W ten sposób, podczas najciemniejszych nocy, dumna autokratka z Północy nakazywała, aby zgodnie z jej wolą fiat lux”. Podróżni odwiedzali się nawzajem, wieczorami zatrzymywali się na noc w siedzibach użyczonych im na czas długiej wyprawy. Odrzuciwszy wszelką etykietę, Katarzyna dołączała do gości, aby wieczerzać w atmosferze wielkiej serdeczności. W trakcie rozmowy poruszano najrozmaitsze tematy i każdy, poczynając od carycy, wnosił swój wkład w postaci anegdot, opowieści; bawiono się niczym na paryskich salonach, w zagadki, szarady, układanie wierszy. Ségur miał okazję popisywać się zdolnością improwizowanego rymowania i odnosił wielkie sukcesy.

Miesiąc po wyruszeniu orszak carski dotarł do Kijowa, gdzie miał czekać na odwilż, aby kontynuować podróż rzeką. Podczas gdy Katarzyna miała swój dwór w pałacu, trzej ambasadorowie przyjmowali w luksusowych rezydencjach udostępnionych im przez carycę, która uprzejmie wzięła na siebie wszystkie koszty. „Cały Wschód” — wspomina Ségur — przybył do dawnej rosyjskiej stolicy, by złożyć hołd „współczesnej Semiramidzie”. Książęta, notable, kupcy, wojskowi, Kozacy, Tatarzy, Gruzini, Kałmucy, najrozmaitsze ludy, najbardziej egzotyczne stroje tworzyły ogromny różnobarwny karawanseraj świadczący o rozległości imperium, którym władała Katarzyna. Każdego wieczoru jednak, gdy dopełniła już oficjalnych obowiązków, wycofywała się do swoich pokoi i odnajdywała przyjemności prywatnego życia razem z towarzyszami podróży. A kiedy nadjechał wreszcie książę de Ligne, jej „małe kółko” dało z siebie wszystko, co było w nim najlepszego. Ségur szczególnie mógł liczyć na pomoc przyjaciela, by francuski esprit de societé ożywiał podróżnych, łagodząc różnice polityczne, wzajemne pretensje, podejrzenia: belgijski książę był bowiem nie tylko — jak miała napisać Madame de Staël — jednym z najmilszych mężczyzn we Francji, lecz być może jedynym cudzoziemcem, który zdołał „stać się wzorem, a nie naśladowcą”. De Ligne urzekł już dawno Katarzynę. Przyjechał po raz pierwszy do Sankt Petersburga w sierpniu 1780 roku, wysłany przez Józefa II, aby działać na rzecz zbliżenia między Austrią a Rosją jako przeciwwagi dla Prus Fryderyka II i imperium otomańskiego. Był to szczęśliwy wybór, jak twierdził już we wrześniu tego samego roku angielski ambasador James Harris: „De Ligne ma talent mówienia carycy najważniejszych prawd tonem żartobliwym […], jego poczucie humoru i zdolność ośmieszania wyrządziły bez wątpienia nieodwracalne szkody stronnictwu francuskiemu i pruskiemu”. Caryca zaś budziła zazdrość barona Grimma, pisząc mu, że de Ligne „jest jedną z tych istot, których towarzystwo jest najmilsze i najbardziej zabawne”, z jakim zdarzyło się jej mieć do czynienia; to „oryginalny umysł, który rozmyśla w sposób głęboki i zdolny jest do szaleństw niczym dziecko”. De Ligne odwzajemniał się carycy szczerym podziwem, nazywając ją Katarzyną Wielką. Ségur przywoła wielokrotnie w swoich Pamiętnikach powody, dla których urok księcia był nieodparty zarówno w Wersalu, jak i w Schönbrunnie oraz Sankt Petersburgu: miał w sobie „żywą i bystrą wesołość, szlachetny i naturalny wdzięk, ów charakter skłonny do zgody, który wyróżnia jedynie ludzi inteligentnych i życzliwych, płodną i bogatą wyobraźnię, która ożywia niezmiennie rozmowę i która nawet na dworze, mimo etykiety, nie pozostawia ani trochę miejsca na nudę”. Charmeur d’Europe miał, słowem, zdolność tworzenia wokół siebie atmosfery wesołej i przyjaznej, co było jedną z największych zalet człowieka światowego. Jednak jego żywość nie była tylko sposobem zachowywania się zgodnym z wzorcem arystokratycznego światowca. Był to również szczery wyraz prawdziwej radości życia.

Jako dziecko swojej epoki, która uczyniła z dążenia do szczęścia na tym świecie centrum myśli filozoficznej i moralnej, de Ligne wybrał bycie szczęśliwym, zawierzając ufnie swojemu instynktowi, przekonany, że prawdziwa filozofia jest dziełem nie namysłu, lecz przyjemności. Przyjemności, którą chwytał bez skrupułów w locie, tam, gdzie mu się przytrafiała, unikając wszakże, o ile to było możliwe, zadawania cierpienia bliźnim. Jego radosny libertynizm nie miał w sobie nic perwersyjnego; pobłażliwy wobec samego siebie, gotów był przyznawać się do swoich „wyskoków”, nigdy się jednak nimi nie przechwalając. Cieszył się raczej, że nie jest gorszy od tego, kim jest „i z wielkiego talentu czerpania korzyści ze wszystkiego, aby być szczęśliwym”. Czym było owo „wszystko”, de Ligne opowiedział na setkach stron, próbując dotrzymać kroku rytmowi życia, gdyż pisanie było dlań egzystencjalną potrzebą, „sposobem, by nie przestać istnieć”. Nic dziwnego zatem, że żywił bezgraniczny podziw dla przyjaciela i rówieśnika, Boufflersa. Był pod wieloma względami jego sobowtórem. Pozostawał, tak jak on, w ciągłym ruchu, ciekaw wszystkiego, gotów rozkoszować się wszystkim, lekkomyślny i głęboki, „zbyt przewyższający innych, by mieć jakieś pretensje, i odmienny od wszystkich”. I tak jak on był zawsze i wszędzie „najszczęśliwszym i najmilszym z ludzi”.

Także de Ligne i Ségur byli od dawna przyjaciółmi. Obaj bliscy Polignacowi należeli w połowie lat siedemdziesiątych do kręgu faworytów Marii Antoniny i łączyła ich wzajemna sympatia. Nie przeszkadzało im to bardzo różnić się od siebie. Dwadzieścia lat starszy de Ligne był przenikliwym i pozbawionym złudzeń świadkiem politycznej bezwzględności oświeconych despotów, lecz wierny tradycyjnemu ustrojowi europejskich monarchii wystrzegał się pilnie, w odróżnieniu od swojego młodego francuskiego przyjaciela, marzeń o lepszym świecie (jego tajemnym pragnieniem było raczej ujrzeć swojego syna Charlesa, który poślubił piękną Hélène Massalską, na polskim tronie). I podczas gdy książę budził powszechny podziw dzięki swoim naturalnym skłonnościom, Ségur zawdzięczał swój sukces pilności i uporowi, przestrzeganiu nakazów światowego życia. Również ich sposób zabiegania o względy Katarzyny był odmienny. Ségur nie mógł zapomnieć, że zobowiązany jest bronić interesów i prestiżu własnego kraju, i, tak jak dwaj pozostali ambasadorowie w orszaku, żył w obawie, że zrobi jakiś fałszywy krok. De Ligne natomiast nie miał żadnej oficjalnej misji i mógł sobie pozwolić na swobodę wypowiedzi, która bawiła carycę i czyniła bardziej uwodzicielskimi jego pochlebstwa. Hrabia posiadał natomiast pewne umiejętności, których książę był pozbawiony: był doskonałym aktorem, miał na swoim koncie rozmaite sztuki teatralne, będąc mistrzem w improwizowaniu wierszy.

Obecność ich obu pozwoliła Katarzynie na stworzenie małego „przenośnego” kółka zapewniającego jej rozrywki, które uczyniły sławnymi paryskie salony. Nie przypadkiem w trakcie podróży, zachwycona wynikiem eksperymentu, postanowiła powrócić do dawnego pomysłu powołania do życia towarzystwa na wzór Sublime Ordre des Lanturelus markizy de la Ferté-Imbault — zbuntowanej córki Madame Geoffrin — oddającego się badinage i kpieniu z własnych członków. Towarzystwo, które odniosło wielki sukces — sama Katarzyna została członkiem korespondentem — proponowało obraz świata na opak, „głosiło wyrzeczenie się powagi i chęć zerwania z salonami, gdzie nie robiło się nic poza wymyślaniem na nowo świata i społeczeństwa”. Katarzyna powołała do życia Société des ignorants i de Ligne, Ségur, Cobenzl oraz Dmitriew‑Mamonow wręczyli carycy Certificat d’ignorance i Brevet d’ignorant, znajdując w parodii nową okazję do pochlebstw. Kiedy powrócili do Sankt Petersburga, Société des ignorants ustąpiło miejsca Cercle de l’Hermitage, które zaspakajało ambicję carycy, by w jej teatrze wystawiano sztuki napisane specjalnie dla niej po francusku. Pomiędzy końcem 1787 a zimą następnego roku wystawiono na scenie dziewiętnaście utworów — komedii i przysłów — z których pięć było autorstwa Ségura, jeden de Ligne’a, jeden Cobenzla, jeden Dmitriewa‑Mamonowa, pięć Katarzyny, która dumna ze swojego teatralnego tour de force, mając nadzieję, że staną się one impulsem do powstania narodowego teatru rosyjskiego, chciała oddać je od razu do druku.

Wraz z nadejściem wiosny odwilż sprawiła, że rzeka Borystenes — dzisiejszy Dniepr — stała się wreszcie spławna i 1 maja 1787 roku Katarzyna mogła wsiąść na swoją galerę, za którą podążała „najbardziej wykwintna flotylla, jaka płynęła kiedykolwiek wielką rzeką”. Nadzwyczajny orszak wodny składał się z siedmiu ogromnych galer, prawdziwych pływających rezydencji wykończonych z niespotykanym przepychem, za nimi zaś podążało około osiemdziesięciu małych statków z trzema tysiącami załogi. Pierwszą galerę zajmowali więc Katarzyna, jej faworyt i dama do towarzystwa; drugą książę Potiomkin i jego siostrzenice kochanki, jeszcze inną austriacki i angielski ambasador. Ségur dzielił na szczęście swoją z de Ligne. W ich sypialni stało przepierzenie pozwalające na rozmowę z jednego pokoju do drugiego i każdego ranka de Ligne budził przyjaciela, recytując mu wiersze i piosenki, które dopiero co ułożył. To był tylko początek, bo chwilę później wręczał mu już długie listy z żądaniem natychmiastowej odpowiedzi, „w których mądrość, szaleństwo, polityka, galanteria, wojskowe dowcipy i filozoficzne epigramy przeplatały się ze sobą w nader oryginalny sposób”. Książę i francuski dyplomata nie tracili okazji do komentowania niewiarygodnej wyprawy, w której brali udział. Obaj zostawili nam jej opisy — sześćdziesiąt stron de Ligne’a i dwieście trzydzieści Ségura — równie cenne jak odmienne od siebie. De Ligne przedstawił swoje doświadczenie w dziewięciu listach napisanych podczas podróży i zaadresowanych do markizy de Coigny — „okrutnej piękności od Lauzuna”, o której względy starał się także książę. Rejestrują one na bieżąco wrażenia podróżnego. Tak jak listy, które Boufflers pisał do matki ze Szwajcarii, również listy de Ligne’a do jego paryskiej przyjaciółki wywodziły się z estetyki światowej epistolografii, mającej zadziwiać i bawić. Wiedział, że markiza jest surowym sędzią zarówno jeśli chodzi o esprit, jak i o styl, i że nie należy nadużywać jej uwagi. Ségur natomiast postanowił przywołać wyprawę na Krym niemal po czterdziestu latach, odwołując się do wspomnień i wykorzystując wszystko, co pomogłoby mu wypełnić luki. Zachował prawdopodobnie kopię sprawozdań wysyłanych niegdyś do Wersalu o tym, co widział i słyszał w trakcie podróży. Mógł też posłużyć się relacjami na jej temat zamieszczanymi w prasie połowy Europy. Także opublikowane listy de Ligne’a do markizy de Coigny, bardziej niż cokolwiek innego, pozwoliły mu doświadczyć na nowo emocji związanych z tamtą odległą przeszłością.

W odróżnieniu od przyjaciela Ségur pisał już z perspektywy niedawnej przeszłości i zamierzał dostarczyć swoim współczesnym historycznego świadectwa na temat tego, czym był ekspansjonizm Katarzyny. Dla Francuzów, którzy w 1815 roku widzieli Kozaków pojących swoje konie w paryskich fontannach, Rosja nie była już odległym krajem, pełnym uroku i egzotycznym; była krajem, który pokonał Napoleona, i Ségur poświęca cały rozdział Pamiętników próbie zrozumienia, jak to się stało. Był ambasadorem w Sankt Petersburgu w okresie, w którym, jak mówił podniośle Diderot, „Rosja była jeszcze tylko kolosem na glinianych nogach”; następnie jednak „pozwolono, by glina stwardniała i przemieniła się w brąz”. Ségur był jednak zbyt wielkim liberałem, by sądzić, że despotyzm może mieć jakąś przyszłość i jako pierwszy zlekceważył zagrożenie, jakie stanowił. Zafascynowany, podobnie jak jego współcześni, nową wielką potęgą republikańską, która narodziła się za oceanem, z opóźnieniem zauważył, że począwszy od lat siedemdziesiątych, despotyczna Rosja Katarzyny zaczęła zmieniać dawną logikę monarchii ancien régime’u i obok Stanów Zjednoczonych Ameryki stała się nowym mocarstwem, z którym Europa miała się liczyć w przyszłości.

De Ligne, poddany cesarstwa habsburskiego i reagujący alergicznie na nowe idee, był nieskończenie bardziej realistą: doskonale zdawał sobie sprawę z ambicji Katarzyny, sprzyjał osobiście wojnie aż do ostatecznego zwycięstwa z Turkami i nie mógł lekceważyć politycznego znaczenia podróży na Krym. Ale w listach do Madame de Coigny wystrzega się pilnie bezpośredniego poruszania tych kwestii, raz jeszcze wybierając estetykę lekkości, której był niezrównanym mistrzem. Zresztą wybór korespondentki też nie był przypadkowy. Pisząc do markizy, będącej wówczas u szczytu towarzyskiego sukcesu, de Ligne był pewny, że dotrze do znacznie szerszego kręgu czytelników. Jego listy czytane na głos, komentowane i przepisywane miały krążyć z rąk do rąk, ciesząc paryski wielki świat. Z głębi Rosji książę przypominał najbardziej wymagającemu w Europie światowemu towarzystwu o swojej błyskotliwości i, posługując się paradoksem i żartem, zachęcał je, by uświadomiło sobie bezgraniczną władzę Katarzyny. Podróż, która była aktem politycznej propagandy, mającej na celu ustanowienie nowego porządku w Europie środkowo‑wschodniej, zdawała się w jego listach sprowadzać do przyjemnej gry między przyjaciółmi. Metafora pozostawała jednak jasna: jaka inna monarchia mogłaby sobie pozwolić na podobną rozrywkę? „Flotylla Kleopatry wypłynęła z Kijowa, kiedy tylko wystrzał armatni powiadomił nas, że lody puściły na Borystenesie”, rozpoczyna swój list książę. „Gdyby spytano nas, kiedy wsiadaliśmy na nasze duże i małe statki z osiemdziesięcioma żaglami i trzema tysiącami ludźmi załogi: «Ale co do diabła będziecie robić na tej galerze?», moglibyśmy odpowiedzieć: «Będziemy się bawić i cała naprzód!», nigdy bowiem żeglowanie nie było równie wspaniałe i przyjemne”.

 

Pierwszą, która była zdumiona wspaniałością programu przygotowanego przez Potiomkina, była sama caryca. I to ona zaraziła swoją radością towarzyszy podróży, przyczyniając się w zasadniczy sposób do wesołego nastroju całego kółka. Każdy z jego członków z wciąż nowym zapałem odgrywał swoją rolę: Cobenzl — miłego dworzanina, Fitzherbert — kaustycznego i melancholijnego Anglika, a Wielki Koniuszy Naryszkin — błazna. Ségur i de Ligne dysponowali niewyczerpanym repertuarem tematów do rozmowy i niestrudzenie układali na poczekaniu madrygały, szarady, przysłowia, zagadki. Sama Katarzyna była błyskotliwą rozmówczynią i od Grimma wiemy o „jej werwie, o wymykających się jej dowcipnych ripostach, o żartach następujących jeden po drugim”. Caryca potrafiła także kpić z samej siebie: wzięła u Ségura kilka lekcji prozodii, po czym wzbudziła powszechną wesołość, zatrzymując się już na drugim rymie. W euforii zaproponowała swoim gościom przejście na ty, czym wprawiła ich w panikę. Dlaczego mieliby jej okazywać więcej szacunku niż Bogu? De Ligne wybrnął z kłopotu za pomocą wielokrotnie powtarzanego zwrotu „Twoja Wysokość”, inni nie wiedzieli, co powiedzieć i „Wysokość mówiąca do wszystkich «ty» i żądająca, by mówiono do niej «ty», wyglądała mimo wszystko nadal jak władczyni Wszech Rosji, by nie rzec całego świata”.

Jaka rozrywka zresztą mogła się równać z zadziwiającą fantasmagorią, którą dzień po dniu mieli przed oczami? Zarówno de Ligne, jak i Ségur posługują się terminem féerie, ale to przede wszystkim ten ostatni pozwala nam zrozumieć przyczynę podobnego olśnienia. W miarę jak rzeczny orszak dociera do regionów — kilka lat wcześniej jeszcze niezamieszkanych — którymi rządzi Potiomkin, podróżni widzą na brzegach rzeki „miasta, wsie, wiejskie domy, a czasami chłopskie chaty, tak ustrojone i ukryte za łukami triumfalnymi, wieńcami z kwiatów i eleganckimi architektonicznymi ozdobami, że iluzja była całkowita i przemieniała je na naszych oczach w cudowne siedziby, wzniesione nagle pałace, w ogrody stworzone za sprawą czarów”. Kozacka kawaleria i doborowe eskadry wojskowe ożywiały swoimi manewrami jeszcze puste połacie. Reżyserem tego bajkowego spektaklu był oczywiście Potiomkin: „Wiedział on, jak cudownym sposobem pokonać wszelkie przeszkody, okiełznać przyrodę, skrócić odległości, upiększyć nędzę, odwrócić wzrok od monotonii stepów, a umysł od nudy długiej podróży, nadać pozór życia najbardziej jałowym pustkowiom. Wszystkie etapy były pomyślane tak, by flotylla zatrzymywała się tylko naprzeciwko miast i wsi malowniczo położonych. Liczne trzody pasły się na łąkach; grupy wieśniaków stały na piaszczystych brzegach; otaczały nas bez przerwy niezliczone łodzie, na których chłopcy i dziewczęta śpiewali ludowe pieśni ze swoich stron, nic nie działo się przypadkowo”.

Minister Katarzyny był nie tylko wielkim iluzjonistą, czarodziejem posługującym się trompe l’oeil (do tego stopnia, że „wioski potiomkinowskie” staną się synonimem fasad z papier-mâché); jego niewiarygodny spektakl nie byłby jednak możliwy bez imponującego przedsięwzięcia kolonizacji i rozwoju gospodarczego, jakie dokonało się już z jego inicjatywy na zdobytych bezkresnych terenach. Ségur jako pierwszy zmuszony był przyznać, że za rządów Potiomkina liczba ludności wzrosła czterokrotnie, ściągnął bowiem dzierżawców rozmaitej narodowości, rozwinął rolnictwo i handel, sprawiając, że prawdziwe wsie zaczęły powstawać wszędzie. Podróż, do której zaprosił Katarzynę, była dla Potiomkina przede wszystkim okazją do przekonania się wraz z nią, jaką drogę polityczną przemierzył i jakie rezultaty osiągnął. Z pewnością wiele jeszcze pozostawało do zrobienia i trzeba było tuszować rzeczywistość, lecz spektakl, jaki zaprezentował, nie był oszustwem; był makietą tego, czym kraj miał się stać w przyszłości, o której oboje marzyli. I był również „dziełem poety, który, przynajmniej raz, zaznał upojenia towarzyszącego spełnieniu własnych marzeń”.

Również król Polski, który udał się na spotkanie z Katarzyną w Kaniowie, ukraińskim miasteczku nad Dnieprem, nie baczył na koszty, pragnąc złożyć jej hołd, poświęcił „trzy miesiące i trzy miliony na to, by przebywać z carycą przez trzy godziny”. Kulminacyjnym momentem świętowania były sztuczne ognie symulujące wybuch Wezuwiusza. Jeśli spektakl miał być alegorią miażdżącej potęgi władczyni, pomysł nie okazał się dobrą wróżbą: zaledwie sześć lat później, wraz z drugim rozbiorem Polski, cała Ukraina miała się stać częścią Rosji.

Stanisław nie widział od dwudziestu ośmiu lat jedynej kobiety, którą prawdziwie kochał i od której zależał, teraz bardziej niż kiedykolwiek, los jego samego i jego kraju. Miał też nadzieję, że Katarzyna pamięta o łączącym ich niegdyś uczuciu. Spotkanie jak w powieści, wspomina Ségur, odbyło się na carskiej galerze. Gdy król się zjawił, wszyscy obecni otoczyli ich oboje, „chcąc ujrzeć pierwsze emocje i usłyszeć pierwsze słowa dostojnych osobistości, w okolicznościach jakże odmiennych od tych, w których się niegdyś spotkali, i kiedy łączyła ich miłość, teraz zaś rozdzielała zazdrość i prześladowała nienawiść”. Ale świadków spotkało rozczarowanie, gdyż po tym jak wymienili pozdrowienie „poważne, majestatyczne i chłodne”, Katarzyna zaprosiła Stanisława, by udał się wraz z nią do gabinetu i rozmawiała przez pół godziny w obecności jedynie Dmitriewa‑Mamonowa. Nie wiemy, co powiedziało sobie dwoje byłych kochanków. Prawdopodobnie Stanisław narzekał na arogancję, z jaką rosyjski ambasador — który zastąpił de Lauzuna w sercu Izabeli Czartoryskiej — panoszył się w Polsce i poprosił o wsparcie Katarzyny w przeprowadzeniu reform koniecznych dla stabilności kraju. Z pewnością nie omieszkał zapewnić jej o swojej lojalności i byciu wdzięcznym po wsze czasy. Ale sądząc po jego smutnym wyrazie twarzy na zakończenie rozmowy, Katarzyna nie była szczególnie hojna w obietnicach. Wzruszyła się nie widokiem niegdysiejszego kochanka — który zresztą, jak napisał Grimm, wydał się jej bardzo zmieniony — lecz sceną zazdrości, równie gwałtowną jak absurdalną, swojego młodego aktualnego faworyta. Rozczarowanie nie przeszkodziło Stanisławowi odegrać do końca swojej roli. Po kolacji, przy pożegnaniu, rozejrzał się wokół, szukając swojego kapelusza, i kiedy Katarzyna, która dostrzegła go pierwsza, podała mu go, wykrzyknął: „Dwukrotnie stroicie mi głowę!”, robiąc aluzję do korony, którą jej zawdzięczał. „Ach, pani, obdarzacie mnie nadmiarem dobroci i zmuszacie do wdzięczności”. Caryca nie wzięła nawet udziału w balu wydanym na cześć Stanisława i przyspieszyła odjazd. Pilno jej było spotkać się z władcą o wiele ważniejszym od króla Polski, któremu chciała pokazać swoje podboje. […]

 

BENEDETTA CRAVERI

tłum. Joanna Ugniewska

Fragmenty, całość w „Zeszytach Literackich” nr 137